Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiówka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

DNF – ukończyć pomimo wszystko

Źródło: http://www.knitbygodshand.com/
DNF – ukończyć pomimo wszystko
Nie zawsze jest łatwo. Czasem na życiówkę czeka się latami. Mój najlepszy wynik w maratonie ma już 6 lat. Chwilę po tym, kiedy go uzyskałem byłem pewien, że za kilka miesięcy pobiegnę jeszcze szybciej. Wydawało mi się oczywiste, że wystarczy przykręcić jeszcze trochę śrubę. Nie przypuszczałem, że swoje pułapki zastawi na mnie życie. I ja sam.

Widok z Mount Everestu
Weszliście kiedyś na Rysy? Co z nich widać? Ja nie widziałem prawie nic, było mgliście i nieprzyjemnie. A pomimo to, mile łechtało mnie, że jestem w najwyższym punkcie Polski. Sama świadomość sprawiała mi ogromną radość. Kiedy schodziłem, czułem jednak lekkie kłucie pod żebrem. Jak to? To już? Nic więcej? A może by teraz Mont Blanc? A potem Mount Everest? Choć były realne, żadnego z tych marzeń nawet nie zacząłem realizować. Może podświadomie bałem się tego ukłucia – jak to? Wyżej się nie da?
19 kwietnia 2009 byłem herosem. Maczo. Samcem alfa. Naładowany adrenaliną bezpośrednio po zrobieniu życiówki w maratonie, przejechałem pół Polski jako kierowca. Brałem rozpęd, żeby pobiec szybciej. Realizowałem kolejne punkty planu, wydawało mi się, że mogę wszystko. A na pewno, że uda mi się urwać jeszcze 20 minut i złamać trójkę.
Pierwsze pęknięcie przyszło w wakacje. Na drodze Sochy-Zwierzyniec robiłem akcenty po 1600m. Pierwszy raz naprawdę poczułem, że nie daję rady. Że brakuje mi czegoś, żeby ten trening zrobić w założeniach. Dochodzę do jakiejś granicy. Jestem na swoim szczycie. Żeby wejść wyżej – muszę zmienić pasmo górskie. Coś zaczęło zgrzytać.  Zgubiłem entuzjazm i motywację. A nakręcały mnie one przez ostatnie dwa lata tak, że opuściłem przez ten czas zaledwie 2 albo 3 treningi. Musiałem szukać nowej motywacji . Życiówki przestały się sypać jak z rękawa. Były chwile, kiedy chciałem zejść z trasy…

Dwa kroki do tyłu
Musiałem zrobić dwa kroki do tyłu. Nabrać rozpędu. Odpuścić, żeby nie zejść ostatecznie z bieżni. Kiedyś czytałem, że połowa osób, które kończą maraton – robi to tylko raz w życiu. Kolejny punt z tysiąca rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Skoczyć na spadochronie, zobaczyć Wenecję, przebiec maraton… Wtedy zrozumiałem jak blisko byłem porzucenia regularnego biegania. Bywały miesiące, w których robiłem raptem kilkadziesiąt kilometrów…
Często na biegach myślałem, żeby zejść z trasy. Często na ósmym, siedemnastym, trzydziestym piątym kilometrze pojawiała się taka myśl. Po co się męczyć? Po co robić to wszystko? Jeśli ktoś Wam mówi, że nie przeżył takiego kryzysu na zawodach, to albo kłamie, albo dopiero zaczyna.

Ostatnio słuchałem wykładu jednego z największych ultrasów w tym kraju. Opowiadał o tym jak zrezygnował na drugim punkcie kontrolnym w Biegu Rzeźnika. Biegnie się głową. Ciało jest tylko narzędziem. W moim bieganiu można przegrać, ale nie można się poddać. Nawet gdy wiem, że nie będzie życiówki, że nie będzie realizacji przedstartowych założeń… Bo często pokonanie słabości daje niesamowitą siłę naszej psychice. Buduje znacznie ważniejsze rzeczy niż mięśnie. Buduje umiejętności, które można wykorzystać potem w świecie,  który istnieje poza bieganiem.

poniedziałek, 5 maja 2014

Miliard w środę, miliard w sobotę

Tak mam, że czasem po głowie mi chodzą stare hasła reklamowe. „Ociec? Prać?” czy „Pędem nabędę”…  Bez Googla – kto pamięta co reklamowano taką piękną frazą? Teraz za mną chodzi „Miliard w środę, miliard w sobotę”. Hasło, którym na polski rynek weszło Lotto zastępując Totalizator Sportowy. Choć skoro już jesteśmy przy sporcie to powinno być „w piątek” i „w niedzielę”. I nie „miliard”, a „życiówka”.
Zacznijmy od tego – jestem przeciwnikiem biegania zawodów dzień po dniu. Przynajmniej na dużej intensywności. Organizm potrzebuje regeneracji po starcie. W zależności od dystansu i wieku przerwa pomiędzy startami powinna wynosić tydzień lub więcej. Ale od czego są zasady? Od tego żeby je czasem naginać. I skoro w piątek nabiegałem życióweczkę na dychę, a mięśniowo czułem się znakomicie, to postanowiłem wykorzystać, że w niedzielę są zawody niedaleko miejsca mojej zsyłki i pobiec kolejne zawody. W sumie to tylko 1609m. Mila mnie nie zabije. Pewnie – na świeżości mógłbym pobiec jeszcze szybciej. Ale uliczne mile biegam raz do roku. Pod warunkiem, że akurat jestem w okolicy. Być może więc za rok czy dwa znowu zaatakuję swój rekord na dystansie 1 mili. Ale teraz postanowiłem „po prostu pobiec najlepiej jak się da”.
Gdybym poprawił życiówkę o 33 sekundy na dystansie maratonu - byłbym szczęśliwy…
Gdybym tyle urwał w półmaratonie – ucieszyłbym się jeszcze bardziej…
Gdybym pobiegł 10km o 33 sekundy szybciej… Ups! W piątek zrobiłem coś takiego :)
Na 5km poprawienie życiówki o 33 sekundy, to różnica klas…
Ale na 1 milę? 33 sekundy na 1609 metrów??? To musi świadczyć tylko o jednym… Że moja poprzednia życiówka była do dupy.
Dziękuję. Dobranoc. Kurtyna.

(zaczynamy blok reklamowy: „Miliard w środę, miliard w sobotę…”)

Życiówka przez gapiostwo…

Są starty, na które się spinasz i takie, które biegniesz na luzie. Jako sprawdzian formy albo wręcz jako akcent w cyklu treningowym. Jeśli walczysz o wynik – ostatni tydzień lub dwa robisz wyostrzenie i luzujesz. W przeciwnym razie idziesz normalnym mikrocyklem treningowym.
Choć Dzień Flagi ma już 10 lat, Bieg Flagi organizowany był dopiero drugi raz. Wspaniałe jest to, że impreza organizowana na warszawskiej Cytadeli – otwiera niedostępne na co dzień dla cywilów tereny wojskowe. Trasa jest wymagająca – trzy pętle, a każda zakończona podbiegiem pod skarpę wiślaną. Najpierw kilkadziesiąt metrów po śliskiej kostce do Bramy Bielańskiej i kiedy wydaje się, że to już – kąt nachylenia jeszcze rośnie. Jasne więc dla mnie było, że II Bieg Flagi to tylko akcent w cyklu budowania wytrzymałości. Rok temu przebiegłem tę trasę dzierżąc flagę. W tym roku plan był podobny. Cały tydzień uczciwie pracowałem. W niedzielę zrobiłem najpierw trening płotkarski na AWF-ie, a potem 8 mocnych krosowych 2-minutówek. W poniedziałek wieczorem 21km tlenówki. We wtorek ponad godzina piłki nożnej z dzieciakami. Środa – znowu krosowe dwuminutówki. Lżejsze, ale za to 10 sztuk. Czwartek – lekkie roztruchtanie i piłka nożna… Nie oszczędzałem się zatem przed startem. No ale miało być rekreacyjnie – z flagą w dłoni.
W dniu startu ochłodziło się. Musiałem załatwić jeszcze przed wyjazdem zakupy dla domu, zawieźć dokumenty do NFZ-u. Pakowałem się w ostatniej chwili. Kiedy poszedłem do suszarni szukać flagi – okazało się, że jej tam nie ma. Byłem w lekkim niedoczasie, przejrzałem jeszcze kilka miejsc, w których mogła być, ale jej nie znalazłem. Plan żeby biec z flagą spalił na panewce. Na dłuższe poszukiwania zabrakło mi już czasu. Pojechałem bez.
Na Cytadeli byłęm pół godziny przed startem. Odebrałem numer, przebrałem się i ruszyłem na rozgrzewkę. Dogrzałem się w ten zimny dzień, ale gdy stanąłem na starcie zaczęło kropić. Wystrzał z armaty… i deszcz. Nagle zrobiło się ślisko. Postanowiłem biec „na samopoczucie”. W miarę mocno. Ale bez wielkich oczekiwań. Po prostu 10km to nie mój dystans. Zawsze się na nim strasznie męczyłem. Żenująca życiówka (42:41) miała aż 5 lat. Przez ten czas – szczerze mówiąc nawet się do niej nie zbliżyłem. Wiadomo – perypetie życiowe sprawiły, że 2 lata straciłem, ale zbliżenie się do 43 minut zdawało się być poza zasięgiem. Był nawet czas, kiedy przestawałem wierzyć w to, że kiedyś 10km pobiegnę szybciej.
A więc wystrzał z armaty... Ruszamy. Równym dobrym tempem wybiegam z Cytadeli na uliczki Żoliborza. Mijam tabliczkę n numerem „7”. Wyobraziłem sobie jaki będę szczęśliwy, jak zobaczę ją trzeci raz. Drugi kilometr jest trochęw dół. Trzeci też. Ale nie ma nic za darmo. Na czwartym – podbieg pod skarpę wiślaną. Dylemat – tracić sekundy zwalniając czy ryzykować większe zakwaszenie, które może ściąć mnie na kolejnych kilometrach? Mocno pracuję żeby nie stracić za wiele – nadrabiam na wypłaszczeniu. Dość dobrze biegnie mi się po 4:15. Sam jestem zaskoczony, bo nie biegałem ostatnio tak szybko. I jak pisałem – ten start był z mocnego treningu. Na drugiej pętli mam lekki kryzys. Klasyczny wmordewind wpycha mi powietrze do gardła. Charczę, pluję, ale na 50m opanowuję sytuację. Noga podaje i po połowie dystansu widzę, że szykuje się niezły wynik, a siła jest. Jak mantrę powtarzam definicję wytrzymałości…
Wytrzymałość jest to zdolność do znoszenia bólu
Tylko ból nie przychodzi. Jeszcze nie teraz. Brakuje mi trochę świeżości i szybkości żeby docisnąć szybciej, ale wytrzymałościowo jest dobrze. Drugi podbieg. GPS gubi się na chwilę w bramie i pod drzewami. Pokazuje jakieś dramatycznie niskie tempo. Znowu wyrównam na wypłaszczeniu. Ruszam na ostatnie kółko. Teraz koncentruję się na nowe zdaniu:
Tylko tego nie spieprz
Wiem, że jest dobrze. Wiem, że muszę teraz utrzymać tempo. Tylko tyle. Wiem, że nawet jak pobiegnę po 4:20 będzie dobrze. Ale każdy kolejny kilometr jest w okolicach 4:15. Lubię biegać równo jak maszyna. Mijam tabliczę numer "7". Zaczynają się dwa najtrudniejsze kilometry w biegu na 10km. Wciąż czekam na ból, ale ten się nie pojawia. Na ostatnim kilometrze trzeci raz podbieg. Troszkę zwalniam. Ślizgam się na mokrej kostce i nie chcę już ryzykować. Mijam jeszcze jedną czy dwie osoby i zaczyna się dobieg do finiszu. Nie bardzo wiem gdzie jest linia mety, ale na szczęście na tym poziomie zawsze ktoś biegnie szybciej. Wchodzę w ostatni zakręt. Słyszę doping i zrywam się do sprintu. Ostatnią setkę biegnę ok. 3:00/km. Sam jestem zaskoczony jak łatwo mi to przychodzi. Wpadam zasapany. Spiker czyta, że zająłem 100 miejsce. Równiutko. Patrzę na Forerunnera i nie wierzę. Zrobiłem życiówkę!!!
Ogarnąłem się, ubrałem w nieprzemakalny płaszczyk z maratonu w Paryżu i stanąłem kibicować tym, którzy jeszcze biegli. Choć wiem, że pobiegłem najlepiej jak mogłem, ciągle mi czegoś brakowało… Nie bolały mnie mięśnie.
Dwa dni później czekała mnie jeszcze jedna nagroda. Organizatorem biegu była Sztuka Kadru. Andrzej Chomczyk robi wspaniałe zdjęcia sportowe. Zawsze marzyłem żeby znaleźć się na jego fotografii. Po kilku latach biegania udało się. Wspaniała nagroda!


piątek, 24 stycznia 2014

Progres, czyli na co stać człowieka

Luty 2008. Zimowy Bieg 3 Jezior w Trzemesznie.
5:00 Punkt wyjścia
23 września 2007 roku wydawało mi się, że dokonałem największego sportowego osiągnięcia w moim życiu – pokonałem (bo nie przebiegłem) swój pierwszy maraton – 29. Flora Maraton Warszawski. Poobcierany, obolały, wyczerpany, czułem się jak bokser po nokaucie. Czas 5:00:00 netto. Dałem z siebie wszystko. Kiedy opadła euforia – pojawiło się pytanie – jak to jest, że inni pobiegli ten dystans szybciej, a przybiegli mniej zmęczeni? Że mogli się cieszyć, podczas gdy ja walczyłem o przetrwanie?

4:30 Podporządkowanie
Podejmuję decyzję – niech ktoś mądrzejszy ustawi mi trening. Rozpisze, poprowadzi. Ja będę realizować te założenia krok po kroku. W pełni zdając się na wiedzę drugiej strony – podporządkuję się, zagryzę zęby, odstąpię od własnych pomysłów. Może uda się dzięki temu pobiec na wiosnę maraton w 4:30? Może uda się pobiec 10km poniżej 50 minut (dotychczasowy rekord 55:08)?
W internecie poznaję Bogusia, który podejmuje się tego nierealnego zdawałoby się zadania – urwać pół godziny w kolejnym maratonie. Zaczyna się wspólna praca. Jesienna szaruga za oknem nie zachęca do biegania, ale plan, zewnętrzny trener – trzyma dyscyplinę. Trenując dla samego siebie – odpuściłbym wiele razy, wiedząc, że ktoś poświęcił mi swój czas – nie mogę go zawieść moim lenistwem. Zmieniam nieco dietę, uczę się podstaw. Skipy biegałem ostatnio w szkole podstawowej. Teraz poznaję dodatkowo co to są tempówki, OWB…
Nastawiam się na spokojną realizację założeń treningowych. Wierzę, że efekt przyjdzie.

4:00 Kształtowanie
Jesienna plucha, zima, śnieg, śnieg z deszczem. A ja tłukę skipy, przebieżki i kilometraż. Czasem muszę wyjść na trening po 22.00, czasem muszę wstać o 5:40. Regularne treningi godzę z pracą, ale spora część opieki nad dziećmi spada na żonę. Tydzień planuję pod kątem rozmieszczenia treningów. Szczęśliwie omijają mnie kontuzje. Uczę się pracy nad sobą. Czasem trudniej niż biegać szybko jest zwolnić do założonego tętna. Czasem chciałoby się pobiec, wyrwać do przodu…
Motywuję się małymi kroczkami. Robię wszystko według planu. Objętość treningu zwiększa się do ok. 70km tygodniowo. Pojawiają się małe sukcesy – 46.30 na 10km. 1:12 na 15km. Wyniki, o których na jesieni bym nawet nie śnił. Powoli czuję, że realne staje się złamanie 4 godzin w wiosennym maratonie. Wiem, że nie jestem wyjątkowym talentem, ale nadrabiam regularną pracą. Przez całe pół roku opuszczam tylko 2 treningi. O ten sylwestrowy mam żal do samego siebie – odpuściłem. W lutym oszczędzam bolące kolano.
Zbieram piękne momenty – księżyc nad stawami, mgła na białostockiej wsi, pierwsze odgłosy i zapachy wiosny. To one dają nadzieję w codziennym znoju, gdy czasem pot zamarza mi na twarzy.
Poprawiam 15km na 1:09, 10km na 43:55. Półmaraton Warszawski biegnę w 1:38:26. Czuję się mocny psychicznie, jestem w życiowej formie fizycznej. W wieku 33 lat ważę najmniej od wczesnych czasów licealnych. Odmłodniałem kilka lat.

3:45 Szlifowanie
Pewnego dnia okazuje się, że już jest wiosna. Nagle na porannym treningu słyszę ptaki, których dawno nie słyszałem, zauważam, że drzewa nie są już takie łyse. Czterystumetrówki na krakowskich Błoniach wychodzą dobrze. Zgodnie z założeniami. Zaczyna się wielkie odliczanie i planowanie samego startu. Diabeł tkwi w szczegółach. Jak się ubrać, jak się przygotować. Tygodniowo biegam po 70-80 kilometrów. W sumie przebiegłem ich ponad 1600 przez 6 miesięcy. Jestem gotowy na dobry wynik.

3.39 Start
Na sprawdzian wybrałem Vienna City Maraton. Melduję się na starcie ok. godziny przed startem. Udało mi się zdobyć miejsce w dobrej strefie startowej. Rozgrzewka, rozciaganie. Poranek jest bardzo rześki, ale dzień zapowiada się ciepły. Kiedy na starcie słyszę walca „Nad pięknym modrym Dunajem” wiem już, że startujemy za moment. W tłumie kilkunastu tysięcy biegaczy (równocześnie jest półmaraton i sztafeta maratońska) ruszam na Reichsbruke. Dalej uliczki parku przy Praterze i wbiegamy na Ring. Pierwsze kilometry w tempie ok. 4:55. Zaczyna być bardzo ciepło. Na każdym punkcie łapię izotonik i wodę. Pilnuję tempa. Na 14-ym kilometrze zauważam żonę i synów – kibicują mi w tym upale. Łzy napływają do oczu. Przejechali ze mną ponad 700km żeby zobaczyć na co tata pracował przez ostatnie pół roku. Będą jeszcze na 42-im, ale wtedy już nie będę w stanie ich zauważyć skupiony na ostatniej walce ze słabościami. Tymczasem wspinamy się powoli pod Schonbrunn, niewidoczne z pozoru nachylenie odbija się jednak na tempie. Żeby utrzymać właściwą prędkość trzeba mocniej pracować. Kilometry mijają nawet, boli przeciążone udo, upał daje się we znaki. Ale walczę, trzymam się. Odżywki dodają nieco energii. Ale najwięcej daje świadomość dobrego przygotowania. Przypominam sobie te wszystkie śniegi, błota, piaski przez które biegałem w okresie przygotowawczym. Te interwały, ćwiczenia, całe poświęcenie, które pozwoliło mi stanąć dziś na starcie. Stanąć z podniesioną przyłbicą. Śmiało spojrzeć na królewski dystans.

Za słupkiem „34” nagle coś się zacina. Wiem, że nie mam szans na wymarzone 3:30, bieg przechodzi w szybszy chód. 2 minuty i dalej biegnę, i tak kilka razy. Za 40 kilometrem widzę, że i o 3:40 będę musiał powalczyć. Spinam się w sobie. Ostatnie 2 kilometry biegnę znowu w tempie ok. 5 min/km. Widzę wąski szpaler kibiców, nie rozpoznaję twarzy. Słyszę zgiełk, znowu mijam biegaczy. Heroicznym zrywem wbiegam na HeldenPlatz, mam jeszcze siłę na ostry finisz. Wpadam na metę 3:39:54. W stosunku do pierwszego maratou urwałem ponad 80 minut. 

maj 2008

czwartek, 9 stycznia 2014

Vienna City Marathon 2008

[30 kwietnia 2008]
Sukces ten dedykuję mojej kochanej żonie, bez której niemożliwe byłoby zrealizowanie tego marzenia. Zapracowała na ten sukces w nie mniejszym stopniu niż ja. Bez jej poświęcenia nie mógłbym solidnie trenować. Drugim współtwórcą sukcesu był oczywiście Trener. Człowiek, który w pół roku zmienił mnie z dreptacza w biegacza-amatora. Dziękuję Wam!

Pół roku ciężkiej pracy i oto jestem w mieście mych snów. Cesarski Wiedeń wita mnie chłodno. Jutro maraton. A ja zasuwam ponad 10km po zimnym Wiedniu z dzieciakami na plecach, na rękach, na boku. Sporadycznie dają się wsadzić do wózka. Więc zaliczamy poranny spacer po Miedling, bieganie po metrze, obchodzimy cały teren Messe Halle Wien, kawałek Prateru, potem Stephansplatz, szybka wyprawa na Favoriten i zaliczenie całego deptaku, znowu Prater, na Ring i powrót na Miedling. Jestem wykończony. Czuję udo, czuję kręgosłup. A jutro maraton.
Pobudka o 6.00 nie jest niczym niezwykłym. Szybkie śniadanie, organizacja startu zajmuje trochę czasu. Izotonik, regeneracja, strój, numer. Wszystko gotowe. Zbieram się i idę do metra. Na peronie widzę już kilka osób z charakterystycznymi błękitnymi torbami do depozytu. Uśmiechamy się do siebie. Podjeżdża metro, a w nim kilkudziesięciu kolejnych maratończyków, półmaratończyków i sztafeciarzy. Wszyscy wystartujemy razem.
Przesiadka do czerwonej linii U1, która dowiezie nas na linię startu. Wagony zapchane biegaczami i kibicami. Tylko pojedyncze osoby nie jadą akurat na stację Alte Donau. Na każdej kolejnej stacji dołączają kolejni zawodnicy. Za chwilę kolorowy, międzynarodowy tłum wyleje się przed budynek ONZ.
Idąc na linię startu wpadam na stację ESSO, żeby kupić izotonik. Ze zdziwieniem widzę, że na stacji sprzedają również żele energetyczne! Przy ciężarówce-depozycie przebieram się, przygotowuję. Lekkim truchtem idę na start. Widzę grupę Polaków ze Zrywu Namysłów, widzę Metę Lubliniec. W zielonej strefie spotykam biegacza z BRE Banku, chwilę rozmawiamy i idę do swojej błękitnej. W tłumie cierpliwie czekamy na sygnał, grają kolejne hity muzyki klasycznej. Kiedy w głośnikach rozlega się „Nad pięknym modrym Dunajem” wiadomo, że do startu pozostał już tylko moment.
Pierwszy raz biegnę w strefach i jest rewelacyjnie. Nie ma tak popularnych blokersów, którzy stają w pierwszym rzędzie, żeby po 200m zacząć iść z wysiłku. Idziemy równym tempem. Wyprzedzanie jest powolne. Pierwszy km w 5:05. Biegniemy mostem, zaraz za nim widać już tłumy kibiców – będą nam towarzyszyć niemal przez całe 42 kilometry. Po chwili mijamy Prater, rzut oka na Riesenrad i równym spokojnym tempem biegnę kolejne kilometry. Pierwsze 5km w założeniach. Spotykam dwójkę Polaków, po wymianie pozdrowień powoli ich wyprzedzam. Biegnę równym tempem po 4:54. Zaczyna się robić ciepło. Wiem, że za chwilę będzie bardzo ciepło. Na razie jest jeszcze lekko. Na razie jest pięknie. Choć czuję prawe udo po noszeniu dzieci, choć czuję kręgosłup – biegnę, rozkoszuję się miastem. Zwykli Wiedeńczycy wyglądają z okien, machają nam. Na 14km zauważam Karolinkę z chłopakami. Zdążyła mi jeszcze strzelić dwa zdjęcia, Jaś mnie zauważył i pomachał. Dodaje to sił na długim kilkukilometrowym podbiegu. Ehhh… gdyby mogli być gdzieś na 35km… Mniej więcej do 20km pniemy się niepostrzeżenie pod pałac Schonbrunn. Nie widać przewyższenia, ale jest zdradliwe, powolutku zakwasza. Rozmawiam chwilę z Polakiem z Krakowa. Zaprasza na Bieg Papieski. Lecę dalej. Słońce zaczęło już prażyć, punkty odświeżania funkcjonują tak sobie, na szczęście jest ich sporo i są świetnie oznaczone. Za Schonbrunn skręcamy, za chwilę zacznie się z górki. Rozmawiam z dwójką Maniaców, razem zbiegamy z Mariahilfer Strasse. To tu wypadnie najszybszy kilometr – 4:36. Tłumy kibiców pozdrawiają nas, machają, dzieci wyciągają ręce. Wracamy w obręb Ringu. Zaczynam czuć żar. Półmaratończycy skręcają na swoją metę – robi się luźniej. Trzecia dziesiątka idzie już trochę ciężko, boli udo. Skupiam się na biegu, dużo mniej rozglądam się na boki. Zaczyna się walka na każdym kilometrze. Wskazania Forerunnera coraz bardziej odbiegają od oznaczeń kilometrów. 300 a nawet 400 metrów przed znaczkiem słyszę charakterystyczne pip i widzę swoje tempo. 30km za mną. Na trasie spotykam Polaka z Sulejówka – biegnie ciężko, ale równo. Ja zaczynam mięknąć. Kolejne kilometry dłużą się niemiłosiernie. Park przy Praterze daje tylko iluzję ochłody. Ponieważ ten odcinek to agrafka – widzę szybszych biegaczy. Oni już wracają… 34km i nie wiem dlaczego – pękam. Tak mi brakuje tutaj kogoś z kim mógłbym się zabrać. Kogoś kto by na mnie czekał, dodał otuchy… Idę dwie minuty, potem wracam do biegu, ale nie mogę się zmusić do biegnięcia ok. 5 min na km. Nogi niosą 5:30. Na szczęście jestem już za zawijką i teraz ja patrzę na tych, którzy mnie gonią. Zbieram siły. Znowu 3 minuty marszu, kilka minut biegu, jest trochę lepiej. Wracamy na Ring. Ok. 40km z głośników lecą walce, aż chciałoby się zatańczyć. Tylko te nogi jakieś takie ciężkie. Patrzę na zegarek i widzę, że będzie ciężko złamać 3:40. Ostatnia mobilizacja, ostatni zryw, ostatnie 2km… Wracam do tempa ok. 5min/km. Nie widzę przed sobą prawie niczego, czuję tylko bliskość kibiców, biegnę już w wąskim szpalerze, omal nie wpadam na kogoś, kto się za mocno wychylił. Pędzę, mijam kolejne osoby, jeszcze kilometr z kawałkiem, jeszcze kilkaset metrów. Gdzieś tam stoi Karolinka z chłopakami, ale nie mam szans ich zauważyć. Jedyne co widzę, to uciekające minuty i plecy kolejnych mijanych osób. Szarża na 3:40. Ostatni zakręt, jeszcze 200m, zaczynam finisz, sekundy uciekają, wbiegam na murawę – ostatnie 100m biegniemy po trawie. Jest!

3:39:54