Au revoir Paris!
Język francuski okazał się nie taki straszny jak się wydawał. Udawało mi się zamówić nawet wegańskie jedzenie. Trochę się osłuchałem, trochę poćwiczyłem, no i bez dwóch zdań spisał się Google Translate. Nie tłumaczyłem całych zdań, ale poszczególne słowa. Wystarczyło.
Smartfon był głównym narzędziem tej wyprawy. Zastępował mi słownik, mapę, aparat fotograficzny i przewodnik turystyczny. Jak kiedyś ludzie mogli żyć bez internetu??? ;)
Paryż opuszczałem o świcie. Różnica kilku stopni długości geograficznej sprawiła, że o 7:00 Paryż dopiero powoli rozjaśniał czerń nocy. Powoli wchodził w coraz to jaśniejsze odcienie szarości. Poranne metro w dniu roboczym wyglądało już codziennie. Niedobudzone twarze, ziewanie i cisza. Najbardziej uderzał brak weekendowego zgiełku. Obserwowałem odbicia w szybie wagonu. Patrzyły na mnie oczy chłopca, któremu kończą się właśnie wakacje. Uśmiechałem się do niego, a on do mnie. Zawołaliśmy: Au revoir, Paris!
Turystycznie - ledwo liznąłem. Sportowo - nie udało się. Trudno. Nie zawsze się udaje. Nie mnie pierwszemu i nie ostatniemu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Ale tę porażkę przyjąłem na chłodno. Bez rozdzierania szat, za to z analizą. Minimum przyzwoitości. Ukoił mnie artykuł o Kurcie Cobainie czytany na szczycie Montemartre. Mówił m.in. o zmianie podejścia do porażki na przestrzeni ostatnich 200 lat. Żyjemy w świecie presji sukcesu. Oczekujemy, że nasze życie będzie ciągłym marszem pod górę. Szefowie sprzedaży zakładają ciągłe wzrosty. Nie myślimy o tym czym naprawdę jest sukces, czy robimy to co chcemy. Ukończyłem swój 17-ty maraton. Przeżyłem, zobaczyłem świat, którego nie znałem. To mi wystarczyło.
Merci beacoup.
Katorżnik 2013
by Fotomaraton
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porażka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porażka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
niedziela, 22 grudnia 2013
Upadek (Susz 2012)
Ktoś mi podał bidon, ktoś podniósł rower. „Wszystko OK?” –
usłyszałem głos gdzieś spoza kadru. W kadrze miałem tylko asfalt i buty
kibiców. Wstałem oszołomiony, sprawdziłem kask, ręce, nogi. Kask chyba cały.
Rękami mogę ruszać, ale bolą. A nogi – w końcu stoję. „Tak – chyba wszystko dobrze”
rzuciłem w tłum. Wsiadłem na rower, ktoś jeszcze pozbierał z ziemi moje
drobiazgi – żele, batony, jakieś części rowerowe. Za mną było 1900m pływania i 200m roweru. Samego pedałowania
zostało jeszcze ponad 89km. A potem półmaraton…
Tego dnia w Suszu było bardzo gorąco. Przed startem wszyscy
byli już zgrzani i wejście do wody było
wspaniałym uczuciem. Kilka minut przed wystrzałem startera leżeliśmy spokojnie
na środku jeziora relaksując się i koncentrując przed zawodami. Przypomniałem
sobie cały poprzedni dzień i dzisiejszy poranek. Byłem jakiś rozlazły i
niezorganizowany. Niczym kot w dowcipie o pustyni – nie ogarniałem kuwety. Tej
przy moim stanowisku w strefie zmian. Wciąż mi czegoś brakowało, wciąż coś było
nie tak. Coś przekładałem, coś wywalałem. Koła w rowerze dopompowywałem w
ostatniej chwili. Byłem najogólniej mówiąc – nieprzygotowany. Za ten brak
koncentracji zapłaciłem zaraz po wyjściu z wody. Zresztą to rozmemłanie startowe
jest bardzo dobrym odzwierciedleniem tego jak wtedy było mi w życiu. Niepozbierany
jeszcze po ciężkiej kontuzji. Bez pewności siebie, z za dużymi aspiracjami,
rozleniwiony i słabo przygotowany porwałem się na dystans pół-Ironmana. Wodę
zrobiłem w założeniach, przyzwoicie jak na tamten moment. Samozadowolenie ponad
miarę wyłączyło koncentrację na rowerze. Ruszyłem , odebrałem bidon i podczas
wkładania go do tylnej kieszeni „wyszedłem z progu” na drobnej nierówności. Co
było dalej – już wiadomo.
Pierwsze kilometry po upadku to adrenalina. Kilka minut bez
bólu. Do siódmego-ósmego trzymałem jeszcze założoną prędkość, ale wtedy ból
zaczął narastać. Zaciskałem zęby, ale akurat wyjechałem z miasteczka. Do karetki
na 20-tym kilometrze dowlokłem się, z kolana lała się krew. Podobnie z łokcia.
Każde naciśnięcie na pedał okupione było bólem. „Może powinien się Pan wycofać?”
spytał lekarz. „Wycofam się jak mnie zeskrobiecie z trasy, zesram się, a nie
będę miał w wynikach DNF”. Minuty w karetce dłużyły się. Czyszczenie rany,
dezynfekcja, opatrunek, środek przeciwbólowy… Z powrotem wsiadłem na rower i
ruszyłem na samotną walkę. O wyniku nie było mowy. Sukces wizualizowałem sobie
jako to, że ukończę. Tylko tyle.
Krzyczałem do siebie różne zaklęcia. Te miłe i te wulgarne.
Kolano odmawiało współpracy, a zostało jeszcze kilkanaście kilometrów biegu. Na
pętlach wokół Jeziora Suskiego wciąż mijaliśmy się z innymi zawodnikami. Łzy
napływały do oczu i momentalnie parowały – temperatura sięgała 30 stopni.
Kuśtyk, kuśtyk… 200 metrów, a zmęczenie jakby to był kilometr. Noga nie podaje,
prowizoryczny opatrunek dawno już się zsunął. Kilometry mijają, ale o wiele za
wolno. Widzę znanego aktora, którego zabiera pogotowie ratunkowe, widzę
zawodników, którzy się poddają, schodzą z trasy. Dzięki nim dalej walczę. Żywię
się energią, którą zostawili. Doczłapuję się na metę. Walkę opłacę kilkoma dniami,
podczas których trudno mi będzie chodzić. Wygrywam walkę. Nie przypuszczam, że
te kilka godzin z bólem jest tylko przetarciem, rozgrzewką. Że życie
przygotowuje dla mnie właśnie największe wyzwanie…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

