Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

Bieganie jest nudne!

Pixabay


Biegam regularnie już prawie 9 lat i powiem Wam coś: bieganie jest nudne! Cudowne, ale nudne. Herezja? Może trochę tak. Czułem to od jakiegoś czasu, ale nie potrafiłem tego zwerbalizować. Ale dziś rano, kiedy leżałem w wannie tytuł tego felietonu przyszedł do mnie sam. Zanurzony w ciepłej wodzie zrozumiałem. Bieganie jest nudne.

Oczywiście, nie w taki sposób jak o tym myślą niebiegający mugole. Jeśli ktoś sporadycznie wychodzi potruchtać, to wiem, że trudno jest złapać tę biegową koncentrację na rytmie kroków i oddechów. Na pewno sporty zespołowe dają więcej stymulacji i bodźców na minutę, ale bieganie daje inny rodzaj doznań. W tym sensie – nie jest nudne. Nudne stało się dla mnie coś innego…

Siedziałem w kuchni obskurnego hostelu gdzieś w Europie. Przez korytarz przewijali się identyczni backpackerzy. Wszystko było do bólu konwencjonalne. Dormitoria, trasy turystyczne i kolejne destynacje. Te same przewodniki i konserwy. Dziewczyny w krótkich spodenkach i traperach, chłopaki w bojówkach i T-shirtach. Where are you from? Have you been to…? Do you know how to get to…? It’s absolutelty amazing and uncommon place! Small-talki i licytacja, kto dotarł w bardziej „nieturystyczne” miejsce. Grupa ludzi, których trajektorie życia przecięły się w tym miejscu i czasie, ludzi którzy zobaczą się raz w życiu. I wśród gwaru podchmielonych zdobywców świata przysiadł się V. Przy kolejnym sączonym piwie spytał mnie: „But deep in your heart, are you a happy man?”. Przegadaliśmy pół nocy i rozjechaliśmy się do naszych światów.

Jest taki dowcip: Po czym poznać na imprezie triathlonistę lub biegacza? Po niczym, sam Ci o tym powie. Bieganie bardzo karmi ego biegającego. Dlatego niezbyt lubię imprezy z biegaczami. Życiówki, nowe buty, ciężkie treningi, udane starty… Trasy, błędy pomiaru, odżywianie, kolejne wyzwania… Słyszałem to setki razy, sam o tym mówiłem o tym tysiące razy. Miliony. Tak moi drodzy… o większości z Was wiem jaki macie rekord w maratonie, gdzie pobiegniecie w przyszłym roku, jakie są Wasze ulubione buty. A nie wiem kim jesteście. Tak po ludzku. Gdzie pracujecie, jacy jesteście „deep in your heart”… Bo bieganie to często wygodna poza, ucieczka, łatwy sposób karmienia własnego ego. Sam wiem o tym najlepiej. Ale za kilometrami stoi człowiek. Za życiówkami, wybieganiami jest „real life”. Mniej spektakularne. Ten nasz piec, w którym  palimy treningowymi endorfinami. Znam ludzi, którzy biegają kompulsywnie. Znam takich, którzy biegają straceńczo. Znam takich, którzy uciekają i takich, którzy gonią. Wszyscy oni też mieszkają po trochu we mnie. Znam te historie…


Dziś wieczorem kultowy „Bieg od Metra”. Ponad 23km wzdłuż wciąż jedynej linii warszawskiego metra. Prawie 3 godziny (światła, skrzyżowania itp.) w tempie konwersacyjnym. Nie chcę dziś gadać o bieganiu. To jest nudne. Chcę słuchać o Was. Bez odznak w endo, bez statusów na fejsie. Bo ciekawi są ludzie. Bieganie jest nudne.

piątek, 5 grudnia 2014

Forum Idiotów


Jestem zwierzęciem internetowym. Zakochałem się w sieci 20 lat temu. Żeby połączyć się z Internetem musiałem wypożyczyć z pracowni komputerowej „dyskietkę internetową”. Była to duża 5 ¼ cala miękka dyskietka systemowa z wgranymi driverarami, które pozwalały odpalić na wydziałowym Novellu usługę telnet. Dalej unixowy serwer i hulaj dusza! Gopher, IRC, lynx… I chociaż było wtedy bardzo mało zasobów, bardzo mało ludzi, to cyberświat fascynował. Odkrywał niemożliwe do tej pory obszary poznawania ludzi z drugiego końca świata. Nagle okazywało się, że gdzieś w RPA żyje człowiek, który słucha tej samej niszowej kapeli z kaset magnetofonowych… Tak zaczęła się lawina.

Pytanie: Drogi fejsbuczku, jakie buty biegowe polecacie do biegania?
Odpowiedź: Ja polecam model X firmy Y. Sam w nich biegam. Więc na pewno będą dla Ciebie dobre.
Pytanie (niezadane): A jaki rozmiar polecasz?

Wielkim odkryciem internetu okazało się odnajdywanie ludzi o podobnych poglądach, zainteresowaniach, fascynacjach. Ludzi zakręconych na punkcie swojego hobby. Niejedną noc zawaliłem dyskutując na IRCu o niuansach, zawiłościach i smaczkach różnych utworów. Penetrowałem sieć w poszukiwaniu forów, dyskusji,  które fascynowały mnie poznawczo, choć były bardzo odległe od moich zainteresowań. Fani Harrego Pottera, kibole, radiotelegrafiści, miłośnicy niecodziennych praktyk seksualnych, maratończycy…

Pytanie: Drogi fejsbuczku, biegam od dwóch miesięcy i wczoraj pierwszy raz udało mi się pokonać 10km. Marzę o przebiegnięciu maratonu za 2 miesiące. Myślicie, że to dobry pomysł?
Odpowiedź1 : Tak! Maraton jest spoko. Też chcę w tym sezonie zadebiutować.
Odpowiedź2: Nie wierz tym, którzy mówią, że powinnaś poczekać z debiutem. Dasz radę!

Zaraz, zaraz… Czy ja napisałem „maratończycy”? Z zapartym tchem czytałem dyskusje, porady, artykuły, relacje… Zacząłem się wkręcać. Wiedziałem, że to nie dla mnie, ale podziwiałem. Czytałem, ale nie śmiałem nawet o nic zapytać. Na odwagę zebrałem się kilka dni przed moim pierwszym maratonem. Pochwaliłem się swoimi nędznymi treningami i szalonym pomysłem, żeby przebiec maraton. Wylano mi wtedy na głowę kubeł zimnej wody. Taki sam, jaki i ja wylałbym dziś, gdyby ktoś chciał przebiec maraton biegając po 20-30km tygodniowo.  Z tym, że dziś odpuściłem „poradnictwo” na grupach i forach biegowych. Dziś zamiast kubła zimnej wody, można dostać wiadro pomyj.

Pytanie: Przebiegłem 10km w 51 minut. Za miesiąc chcę złamać 40 minut. Jaki trening polecacie?
Odpowiedź: Rób co drugi dzień kilometrówki po 4:00. Najpierw 3, potem  5 i tak dalej aż do 12 w serii. Jak ktoś z Was myśli inaczej, to jest tępą dzidą, bo ja biegam 10km w 38minut.

Kiedyś o bieganiu nie wiedziałem nic. Przez lata się dokształcałem, zrobiłem kurs Instruktora Sportu w Lekkiej Atletyce. Jeździłem na obozy, podglądałem i podpytywałem trenerów, słuchałem wykładów, czytałem artykuły i książki. I dziś o bieganiu wiem – „trochę”. Zresztą słuchając wykładu doktora Huberta Krzysztofiaka, który jest lekarzem kadry PKOl , co chwila słyszałem, jak wielu rzeczy on nie wie. Jak wiele jest domysłów, obszarów niezbadanych i luk. Im głębiej wchodzimy w jakiś temat, tym więcej pytań, nie odpowiedzi. Ale moje „trochę”, to więcej niż „niewiele” sprzed kilku lat i „nic” z samego początku. Dlatego wkurwia mnie wszechwiedza laików. Brak odpowiedzialności za kretyńskie porady, których udzielają przekonani o swej nieomylności .

Pytanie: Moi drodzy, mam kontuzję, boli mnie stopa nawet jak chodzę. Co robić, bo kocham biegać?
Odpowiedź: Weź ketonal i biegaj.

Jest takie powiedzenie: Dopóki nie wszedłem do internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów. Każdego dnia przekonuję się, o prawdziwości tej tezy. Niestety też na niwie biegowej.
Jedną z największych zalet internetu jest jego egalitaryzm. Każdy może zaistnieć i zdanie każdego jest równie ważne. Demokracja idealna. Ale ma to również ciemną stronę. Równie ważny jest głos mędrca i idioty. Fachowca i laika.

PS.
Wszystkie cytaty powstały na podstawie prawdziwych dyskusji na forach biegowych.

sobota, 12 lipca 2014

Mambałaga, czyli co mi dało bieganie

Ktoś mi zadał pytanie o to co mi dało bieganie. Czułem, że tysiące wyrazów, setki zdań za chwilę wystrzelą w przestrzeń. Tak wiele chciałem powiedzieć. Tyle cudownych i ważnych rzeczy się wydarzyło w moim życiu dzięki bieganiu. Nie wiedziałem od czego zacząć. I zanim zdążyłem się namyśleć – zrozumiałem, że na tak postawione pytanie najlepsza będzie krótka, jednozdaniowa odpowiedź. Krótka puenta. Punchline.
Zacząłem sobie porządkować to co chciałem powiedzieć. 
Zaczęło się od małego zwycięstwa. Od wstania od komputera i kilkuset metrów, może 3 kilometrów przeplatanych marszem. Odzyskałem poczucie kontroli nad ważnym aspektem własnego życia – zdrowiem. Potem przyszło dosyć szybkie zrzucenie kilkunastu kilogramów. Bez wspomagaczy, bez bardzo restrykcyjnej diety. Zacząłem akceptować własne ciało. Ciało, którego nie lubiłem chyba od czasu gdy byłem nastolatkiem. Musiałem zrobić porządki w szafie. Z rozmiaru L/XL znowu wróciłem do M. Wyrzucałem wszystkie workowate ubrania, które sprawiały, że czułem się w nich jak emeryt.

Następnym krokiem było poczucie własnej wartości. Pierwszy bieg na niewyobrażalnym wówczas dystansie 10km, ale przede wszystkim przeglądanie się w oczach innych, tych, którzy nie widzieli mnie przez kilka miesięcy. Lubiłem tę lekką nutkę zazdrości. Przez chwilę czułem się lepszy. Najpierw od innych, ale szybko zrozumiałem, że tak naprawdę jestem lepszy od siebie samego sprzed przemiany.
Poczucie kontroli, samoakceptacja, poczucie własnej wartości… Jako pierwsze wróciły na swoje miejsce. Do tej pory były rzucone gdzieś w zapomniany kąt mojego ja. Powoli ogarniałem bałagan.

Pierwszy maraton dał mi pokorę, której – nie ma co ukrywać – trochę mi brakowało. Dał mi impuls do systematycznej, porządnej pracy. Do codziennego planowania. Najpierw treningów. Potem okazało się, że również jedzenia i regeneracji. Nie dało się wybiec zaraz po posiłku, nie dało się dobrze biegać bez snu. Zaczął mi się porządkować rytm dnia. Jedzenie – trening – sen. Zaskoczyło mnie, że nie muszę już „liczyć baranów”. Wcześniej często było tak, że kładłem się z głową pełną stresu, problemów, spraw niedokończonych. Przewracałem się godzinę, wstawałem, wciąż żyłem tym od czego powinienem odpocząć. Zdarzało się, że żeby przed snem zająć głowę czymś innym – liczyłem np. kluby piłkarskie w podziale na województwa. Potrafiłem grubo przekroczyć 700 wymienionych, a sen nie nadchodził. Rozwalony rytm, bałagan w głowie. Systematyczny trening wyregulował tę kwestię.
Pokora, rytm dnia, tygodnia… Kolejne klocki układanki znalazły swoje miejsce.

Potem przyszła pora na jedzenie. Wzrastała świadomość własnego ciała, czułem doskonale co mi służy, co nie służy. Odkryłem, że po kurczaku z fastfoodu nie ma treningu. Nawet kilka godzin później czułem palący zgagą tłuszcz w całym przewodzie pokarmowym. Takich odkryć było coraz więcej. Potem zrezygnowałem z mięsa. Okazało się, że najlepiej mi się biega na diecie roślinnej. Proste nieprzetworzone jedzenie. Uporządkowałem kolejną cholernie ważną kwestię. Skończyły się wymówki, drobne odstępstwa, które zawsze przeistaczały się w przesunięcie granic. Czuję, że teraz moje paliwo ma  więcej oktanów.

Porządkowałem ciało, porządkowałem umysł. Zrezygnowałem z telewizora, okazał się zupełnie zbędny. Nie potrzebowałem go. Zrozumiałem, że czasu mam tak mało, że muszę go spędzać wartościowo. Godzina treningu była więcej warta niż 4 przed odbiornikiem. Trochę się bałem tego jak sobie poradzę z dziećmi. Wiadomo – jak trzeba coś zrobić – najłatwiej jest posadzić dzieciaka przed Mini-mini i zająć się swoimi sprawami. Na starszym synu przez 2 lata ta metoda się sprawdzała. Mały siedział jak zahipnotyzowany, a ja miałem „spokój”. Takie rozwiązanie wydawało się proste. Na pewno było bardzo wygodne. Ale kiedy zacząłem biegać, musiałem codziennie wygospodarować przynajmniej godzinę na trening, poprzestawiać pod to inne aktywności – czasu zaczęło brakować. Zauważyłem jak telewizor przeszkadza w tym, żeby być razem. Powoli zacząłem się dostrzegać to co najważniejsze. I skupiać się na tym. Z grona znajomych część osób zaczęła się wykruszać. Pojawiali się inni. Niektórzy tylko na chwilę. Zacząłem szanować mój czas i spędzać go z ludźmi, którzy byli ważni, a nie tylko fajni. Znowu bałagan zastąpiłem porządkiem.

W najtrudniejszym momencie bieganie dało mi życie. Wyrywało z czarnej rozpaczy rodzica, którego dziecko miało wypadek. Bieganie zmuszało do walki – również o siebie. Przez cały czas spędzony przy łóżkach (a właściwie pod łóżkami)  w dziecięcych szpitalach miałem siłę maratończyka. Byłem gotowy na długi dystans. Nie szafowałem siłami „na pierwszych kilometrach”, wiedziałem, że przed nami bardzo długi wysiłek. Miałem to już przepracowane i uporządkowane. Wiedziałem na czym się skupić żebyśmy przetrwali.  

W świecie pełno płytkich afirmacji, które mówią, że wystarczy chcieć by coś mieć/coś osiągnąć. Ale to fałsz. Może co najwyżej pół prawdy. To, żebyśmy czegoś chcieli jest zaledwie warunkiem koniecznym, ale nie dostatecznym. Drugi warunek konieczny, to wytrwałe i ukierunkowane dążenie do tego o czym marzymy. Bieganie nauczyło mnie odróżniać prawdy od fałszu. Na rozmowie o pracę – ściemnisz, na randce – ściemnisz, na egzaminie – ściągniesz. Ale na maratonie nie ściemnisz, ani nie ściągniesz. Osiągniesz tylko tyle na ile Cię stać. Cholernie mocne doświadczenie w świecie pełnym haseł, frazesów i sloganów reklamowych. Prosta prawda.


A więc co mi dało bieganie? Jednym zdaniem? Uporządkowało mi życie. W bardzo wielu aspektach. Zresztą ciągle porządkuje obszary, co do których bym nawet nie podejrzewał, że mają jakąkolwiek styczność z bieganiem. I choć ciągle wchodzę w jakieś ślepe uliczki, to coraz lepiej wiem dokąd idę i jak tam chcę dojść. Żyję w zgodzie ze sobą samym. Kolejne klocki wsuwam na właściwe miejsce. 


środa, 2 lipca 2014

Pierwsze półrocze, czyli długo i poważnie o priorytetach i konsekwencji

To tam jest nasz cel
Kiedy szkoliłem menedżerów zawsze ogromnym problemem było ustalenie priorytetów ich działań. Każdy miał kilka, kilkanaście najważniejszych rzeczy do zrobienia. Najczęściej pierwsze próby oznaczenia kluczowych zadań kończyły się tym, że 90% zadań było ocenianych jako priorytet „A”. Rozbijaliśmy potem zadania na pilne i ważne (patrz Macierz Eisenhowera), rangowaliśmy… Dojście do tego żeby wybrać te kilka naprawdę najważniejszych zajmowało sporo czasu. Spotykało się często z niedowierzaniem i niechęcią. Jako zewnętrzny konsultant mogłem pokazać tylko metodę i drogę. Część z uczestników po szkoleniu stosowała się do tej wiedzy, część wracała do dawnych przyzwyczajeń. Najlepszym moim doświadczeniem był telefon, który dostałem od uczestnika 3 albo 4 miesiące po szkoleniu: „Tomek, dzięki, kiedy skupiłem się na tym co najważniejsze wszystko pozostałe zaczęło się układać”.

Z bieganiem jest tak samo. W pierwszym półroczu pękło 1600km. Zrealizowałem najważniejszy cel – przebiegłem Bieg Rzeźnika w niezłym (11:55) czasie. Przy okazji trafiły się 3 życiówki, z których liczyłem może na jedną – tą na 15km. Zaliczyłem 2 maratony, 2 biegi ultra. Bilans bardzo na plus. Nie udało się uzyskać dobrego wyniku w maratonie – Paryż okazał się zbyt pięknym miastem, żeby po nim szybko biegać. Dzięki temu lekkiemu niespełnieniu czuję, że mam jeszcze o co walczyć w drugiej części roku.

Priorytetem „A” było ukończenie Biegu Rzeźnika. Wszystko inne było podporządkowane. Ultra Podkarpacie mógłbym pobiec szybciej, ale sam sobie założyłem hamulec, robiłem zdjęcia, wrzucałem na fejsa. Bo to był sprawdzian mnie, sprzętu, jedzenia, a nie walka o wynik. Walka była w Bieszczadach. Życiówki przyszły przy okazji. Były pokłosiem ciężkich treningów.

Drugą rzeczą o priorytecie „A” było ukończenie kursu instruktorskiego na AWF-ie. Czasem kolidowało to z przygotowaniami do Rzeźnika, ale żeby oba cele zrealizować musiałem zrezygnować z działań o niższym priorytecie. Długie – 35-kilometrowe wybiegania musiałem robić w poniedziałek, a nie w weekend jak zazwyczaj się to planuje, musiałem odpuścić m.in. start w moim ukochanym Maratonie Lubelskim. Po prostu – jak mówi ludowa mądrość – nie da się łapać wszystkich srok za ogon.

Trzeci priorytet „A” to MCI Maratron Mazury. Przebiec go – na szczęście w bardzo spokojnym tempie, ale jednak 43km (był ciut dłuższy) 5 dni przed ultra – brzmi niczym szaleństwo. Tyle, że to była sprawa honoru. Najtrudniejsza do pogodzenia z Rzeźnikiem i dlatego wymagająca specjalnych środków. Dodatkowej regeneracji, odpowiedniej aklimatyzacji w Bieszczadach.

Jest takie powiedzenie:
„Jeśli masz więcej niż trzy priorytety działania, to znaczy, że nie masz żadnego” – Jim Collins
To zdanie przypomniałem sobie 30-go czerwca gdy zobaczyłem, że zrobiłem 242km. z założonych w tym miesiącu 250km. Poczułem żal, że nie zrealizowałem celu, ale przypomniałem sobie, że najważniejszy był Rzeźnik. Te kilka kilometrów mniej poświęciłem dla regeneracji, po to aby podczas najważniejszego startu tego półrocza nogi były lżejsze.
W swojej metodyce preferowałem podejście 3-5-8. Nie więcej niż 3 priorytety „A” – najważniejsze, kluczowe. Nie więcej niż 5 priorytetów „B” – ważnych, ale ustępujących miejsca jeśli będzie trzeba tym ważniejszcym. 8 rzeczy o priorytecie „C” – takich, które fajnie by było zrobić, ale jeśli trzeba – w każdej chwili można je poświęcić.
Nie wierzę w to, że można utrzymać motywację i koncentrację startową na 10 imprez długodystansowych w krótkim czasie. Wiem jak specyficzne i wymagające dla naszej głowy jest biegnięcie przez kilka, albo nawet kilkanaście godzin. Dlatego w sezonie warto postawić na 2-3 jasne cele. Skupić się na ich realizacji i eliminować wszystko, co może przeszkadzać.
Moja tabelka z pierwszej połowy roku wygląda tak:

Zadanie
Priorytet
Realizacja
Uwagi

BIEG RZEŹNIKA < 12h


A

TAK

11:55 J

Kurs Instruktora Sportu LA


A

TAK



MCI Maraton Mazury


A

TAK


Ultra Podkarpacie

B


TAK

8:25

Życiówka na 15km


B

TAK

1:06:44 Chomiczówka

Poprawienie 3:27 w maratonie

B

NIE

3:38 Paryż

Wynik poniżej 44min / 10km

B

TAK

42:12 Bieg Flagi (Personal Best)

Przebiec co najmniej 1500km

B

TAK

1601km

Wszystko pozostałe (w tym życiówka na milę i Maraton Lubelski, którego nie pobiegłem w tym roku) było niższym priorytetem.
Dla drugiej połowy roku przygotowałem taką tabelkę.  

Zadanie
Priorytet
Realizacja
Uwagi

Atak na 3:20 w maratonie


A


36. PZU Maraton Warszawski

Atak na 1:32 w półmaratonie

A


Półmaraton Praski lub ew. Półmaraton Królewski

Zwiększyć sprawność ogólną w tym siłę i gibkość

A




Chudy Wawrzyniec

B




Poprawić PB na 10km


B


Do Biegu Niepodległości włącznie

Przebiec co najmniej 1500km

B






B






B



Jak widać mam jeszcze miejsce na dwa cele o priorytecie B. Może coś się jeszcze wyklaruje, może Bieg Szlak Trafi przejdzie z priorytetu C, na B. Ale wiem już jakie najważniejsze zadania mam na najbliższy czas. Teraz pora dobrać środki.

Wielu biegaczy biega spontanicznie i nie planuje w dłuższym okresie. Dziś start tu, jutro tam. Za tydzień fajna połówka – biegnę! We środę trening z grupą X – przyjdę.. Mi jednak podejście bardziej uporządkowane i zaplanowane przynosi bardzo dobre rezultaty, ale też pozwala uniknąć wielu frustracji na starcie. Oczywiście – porażka może boleć dużo bardziej, ale wtedy wiem jak wyciągnąć wnioski.

Zachęcam Was do podejścia 3-5-8 nie tylko w bieganiu, nie tylko w biznesie. Kiedy skupimy się na tym co najważniejsze, reszta zaczyna się układać. Po prostu. Kiedy gonimy sprzeczne cele, wpadamy w chaos, przestajemy działać konsekwentnie. Krążymy, zbaczamy ze ścieżki, gubimy się. Ale jeśli wiemy co jest naszym najważniejszym celem – możemy iść prosto. Przez ostatnie pół roku śpiewałem sobie w najtrudniejszych momentach refren piosenki Kultu


„Idę prosto nie biorę jeńców żadnych…”

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013

Kiedy zgrałem wczorajszy trening z Garmina zobaczyłem taki obrazek. 101% grudniowego planu już zrobione. Został jeszcze jeden trening. :) Uwielbiam realizować plany!

Niektórzy mówią o mnie "Pan Tabelka". Od pięciu lat prowadzę regularnie dzienniczek treningowy w wersji papierowej. Od czasu kiedy używam Forerunnera 910 - każdy trening mam zgrany do aplikacji internetowej, ponumerowany. Generuję z tego raporty, robię zestawienia. 
Więc jaki był dla mnie ten rok sportowo?

Przebiegłem prawie  2400km (stan na 30.12 to 2382km). Ile dokładnie, to się dopiero okaże), ale widać wyraźną dysproporcję pomiędzy pierwszym i drugim półroczem. W okresie od stycznia do końca czerwca zrobiłem 870km. Od lipca do końca grudnia 1512km czyli ponad 63% rocznej objętości zrobiłem w drugim półroczu. Średnio w pierwszym półroczu biegałem 145km miesięcznie. W drugim średnia wynosiła już 252km.
Największa objetość w miesiącu: 303km (na razie w grudniu)
Najmniejsza objętość w miesiącu: 86km (luty)
Największa tygodniowa objętość: 85km (13-19 sierpnia)
Najmniejsza tygodniowa objętość: 8km (22-28 stycznia)

Przebiegłem 4 maratony. W wiosennym szczycie nabiegałem w Krakowie 3:46 (plan 3:45). Jesienią w Warszawie - 3:27 (Plan 3:29). Ten drugi rezultat jest moim trzecim wynikiem na 16 pokonanych maratonów.

Wystartowałem łącznie w 20 biegach na różnych dystansach - od 1 mili do maratonu. Największym sukcesem było podium w kategorii dziennikarzy w Biegu Katorżnika.

Najlepszy wynik sezonu na 10km: 43:55 (XVIII Żoliborski Bieg Mikołajkowy)
Najlepszy wynik sezonu w maratonie: 3:27:48 (35. PZU Maraton Warszawski)

Spaliłem w treningu 203 tysiące kalorii. To równowartość 29 kg tłuszczu. Ponad 181 kostek masła (200g, 80% tłuszczu). Gdyby je ustawić jedna na drugiej - sięgałyby do balkonu na drugimi piętrze (5,43m). 

A poza tym... Znowu dzięki bieganiu poznałem fantastycznych ludzi. In order of appearance: Kościelisko, Kraków, Warszawa, Lublin, Iznota...

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY BYLI ZE MNĄ W TYM ROKU.