Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Czarny Murzyn, Biały Murzyn

Maraton w Dębnie oczywiście. Mistrzostwa Polski (jeszcze).
Niedzielny poranek przed Praską Dychą w Parku Skaryszewskim był już chłodny. Raczej listopadowy niż październikowy. Pogoda prześcignęła kalendarz. Dziś zdrowie obsadziło mnie w roli kibica. W okolicy startu pojawiłem się dosyć wcześnie. Biec nie mogłem, to chciałem choć chwilę pożyć atmosferą zawodów. Gadałem ze znajomymi, gdy ktoś z czołówki powiedział: „Uwaga! Murzyn!”. W tym głosie dało się wyczuć rozżalenie. Ktoś inny dodał: „I jeszcze Białorusin”. Znaczy też Murzyn. Tylko biały.

Przez polskie środowisko biegowe przetoczyła się ostatnio fala histerii o to, że czarnoskórzy biegacze hamują rozwój polskiego sportu. Większość artykułów pełna była insynuacji i nieudowodnionych zarzutów. O doping, o wyzysk, o nieuczciwą walkę. Żeby było jasne – nie mówię, że takie zjawiska są lub nie, ale we wszystkich głosach rozpaczy nie znalazłem innego argumentu niż „nie da się biegać tak często na wysokim poziomie”. Mam kolegę, który dzień po dniu potrafi pobiec maraton poniżej 3 godzin. Mnie się to nigdy nie udało (i być może nigdy nie uda). Z mojego punktu widzenia też „nie da się biegać tak często na wysokim poziomie”. Kwestia skali.

Bo nie ma się co oszukiwać. W maratonie jesteśmy jednak drugą ligą. I to w porywach. Obecni maratończycy biegają na poziomie takim samym jak pokolenie ich rodziców. Z tym, że 30 lat temu nie było dostępu do najnowszych technologii, żeli energetycznych, GPS-ów czy też wysokiej klasy butów startowych. Do najlepszych – naszym brakuje kilku minut. Na tym poziomie to przepaść.
Drodzy zawodnicy – to nie Wasza wina. Po prostu tak jest. Jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej sytym. Coraz mniej dzieciaków chce poddać się reżimowi treningowemu bez żadnej gwarancji sukcesu. Z bieganiem wygrywa piłka nożna, konsola i telefon komórkowy. Za wynikiem nie stoją jakieś spektakularne sukcesy. Po tak małe nagrody (nie mówię tylko o finansach) jakie daje bieganie coraz rzadziej chce nam się schylić. To co dla nas niewarte poświęceń, dla biegaczy z Ukrainy, Białorusi, Kenii, Etiopii jest szansą na wyrwanie się do lepszego świata, często na ucieczkę od głodu. Tak samo nasi biegacze zarabiali w latach 80-tych i 90-tych. Polecam poczytać książkę „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”. 30 lat temu lekką atletykę w samej Warszawie można było trenować w ponad 30-tu klubach. Teraz? W kilku. Często są to kadłubowe sekcje nastawione na dotację za punkty zdobyte na młodzieżowych spartakiadach. Seniora nikomu nie opłaca się trzymać.
Ale wróćmy do tezy o tym, że czarnoskórzy biegacze wygrywający zawody w Koziej Wólce hamują  rozwój polskiego biegania długodystansowego. Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Oni mają szansę uratować kilka talentów. Dlaczego? Policzmy. Żeby pobić rekord świata w maratonie trzeba biec w średnim tempie ok. 2:55min/km. Każde 5 km trzeba przebiec w ok. 14:30-14:35. Jeśli spojrzymy na tegoroczne wyniki Mistrzostw Polski w Lekkiej Atletyce (http://www.pzla.pl/zdjecia/zal_i/2014-07-29-31-szczecin-mp-domtel_201407312256.pdf) , to zobaczymy, że do tytułu wystarczał wynik 14:16. Prawie minutę wolniej od 38-letniego rekordu kraju Bronisława Malinowskiego. Mistrz Polski na bieżni 5 kilometrów biegnie zaledwie 15 sekund szybciej niż najlepszy maratończyk każdą swoją piątkę na asfalcie. Zersenay Tadese uzyskując najlepszy w historii wynik w półmaratonie biegł każde 5km szybciej niż nasz tegoroczny mistrz. Wymowne. Nie będzie szybkiego maratonu bez odpowiedniego zapasu na piątce, dyszce. Nie będzie takiego wyniku bez masowości, rywalizacji, a przede wszystkim cierpliwości zawodnika i trenera..

Wynik w granicach 15 minut na 5km (słaby na bieżni) dałby w każdym chyba krajowym biegu ulicznym medal, puchar i kopertę. Trenerzy klubowi narzekają, że zawodnicy uciekają im na szosę, właśnie w pogoni za zwycięstwami i nagrodami finansowymi. Są na tyle dobrzy, żeby wygrywać zawody w Koziej Wólce i dostać 500zł. Ale przez to zaprzepaszczają swą szansę na naprawdę wartościowe wyniki. Najpierw na bieżni. A później na szosie.

Tomasz Majewski, Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek… oni nie mieli gdzie dorobić na zawodach dla amatorów. Mogli tylko konsekwentnie iść swoją drogą, wierząc, że gdzieś na końcu czeka na nich ten medal, ten kontrakt, olimpijska emerytura… I może główni bohaterowie dzisiejszego tekstu – Czarni Murzyni i Biali Murzyni – przyczynią się do tego, że kiedyś będziemy mieli znowu długodystansowca światowego formatu. Bo może jakiś młody chłopak z wiejskiego LKS-u odpuści zbyt szybkie przejście na szosę. Nie wystartuje, bo i tak kopertę sprzątną mu sprzed nosa obcokrajowcy. A dzięki temu dokończy wieloletni plan rozwoju, który w odpowiednim momencie wyniesie go na prawdziwy szczyt.

Epilog

Praską Dychę wygrał Polak – Emil Dobrowolski – z czasem 30:30. Drugi był rzeczony Białorusin – Verkhavodkin Henadij. Trzeci Polak – Jakub Nowak. Murzyn, który tak wszystkich nastraszył był siódmy.

poniedziałek, 31 marca 2014

Paryż na 80%

Optymalne przygotowanie się do maratonu wymaga pełnego poświęcenia i odrobiny szczęścia. Na to poświęcenie składa się ciężka praca, rezygnacja z tego co rozprasza w osiągnięciu celu. Szczęście, to bardziej unikanie wypadków, chorób, niespodzianek, które potrafią rozbić plan. Banał, ale o jego prawdziwości przekonuję się raz za razem.
Do końca stycznia wszystko szło pięknie. Nowa życiówka na 15km – może nie oszałamiająca, ale pierwsza od sierpnia 2011. Dobre, mocne treningi, rekordowe objętości. Aż przyszedł luty…
Kluczowy moment budowania wytrzymałości na maraton w Paryżu, który miał być szybkim startem tej wiosny. Zakurzona życiówka w maratonie wydawała się bardzo realna. Ale prosta kombinacja dwóch czynników rozwaliła system przygotowań. Praca i zdrowie. Na bieganie trzeba zarobić. Długi intensywny czas wyjazdów szkoleniowych przypłaciłem niestety przeziębieniem. Wypadł tydzień, podczas którego powinienem trzaskać objętości. Leżałem w łóżku i nie mogłem się ruszyć. Obejrzałem cały trzeci sezon „Gry o Tron” i liczyłem srtacone kilometry. Dwa kolejne tygodnie były powrotem do jakiejkolwiek sprawności biegowej. Krótki terenowy trening podczas Ortorehowych warsztatów przygotowujących do Biegu Rzeźnika robiłem na niesłychanie wysokim tętnie. Serce mocno poczuło przerwę. Rozpoczęła się walka z czasem o nadrobienie tego czego nadrobić się nie da. Długie wybieganie z narastającą prędkością skończyło się nokdaunem. Kluczowy trening nie wyszedł tak jak powinien.
W marcu dużo czasu poświęciłem moim synom. Korzystając z pięknej pogody ganialiśmy za piłką. W każdą sobotę rano jechaliśmy na halę lub orlika pokopać. Pobudować nasze męskie relacje. Jakkolwiek głupie to było od strony sportowej – miałem ogromną potrzebę podjęcia tego ryzyka w imię naszej bliskości. Potrzebowałem tego dużo bardziej niż wyniku w Paryżu. I skończyło się tak jak się musiało skończyć – upadkiem. Ratując nogi grzmotnąłem twarzą w murawę. Przejechałem językiem po zębach. Chyba wszystkie. W tej chwili poczułem nos. Promieniujący ból, krew i lekkie zamroczenie. Zwlokłem się z boiska, chwilę poleżałem zanim doszedłem do siebie. Do maratonu zostały 2 tygodnie… Wypadł kolejny trening…

Jadę do Paryża bez wielkich nadziei. Jadę powalczyć, ale bez spinki. Poprawka mogłaby być 27-go kwietnia – jest maraton w Hannoverze. Ale czysto po ludzku – nie mam z kim zostawić dzieci. Trudno. Czasem są rzeczy ważniejsze niż maraton.