Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

DNF – ukończyć pomimo wszystko

Źródło: http://www.knitbygodshand.com/
DNF – ukończyć pomimo wszystko
Nie zawsze jest łatwo. Czasem na życiówkę czeka się latami. Mój najlepszy wynik w maratonie ma już 6 lat. Chwilę po tym, kiedy go uzyskałem byłem pewien, że za kilka miesięcy pobiegnę jeszcze szybciej. Wydawało mi się oczywiste, że wystarczy przykręcić jeszcze trochę śrubę. Nie przypuszczałem, że swoje pułapki zastawi na mnie życie. I ja sam.

Widok z Mount Everestu
Weszliście kiedyś na Rysy? Co z nich widać? Ja nie widziałem prawie nic, było mgliście i nieprzyjemnie. A pomimo to, mile łechtało mnie, że jestem w najwyższym punkcie Polski. Sama świadomość sprawiała mi ogromną radość. Kiedy schodziłem, czułem jednak lekkie kłucie pod żebrem. Jak to? To już? Nic więcej? A może by teraz Mont Blanc? A potem Mount Everest? Choć były realne, żadnego z tych marzeń nawet nie zacząłem realizować. Może podświadomie bałem się tego ukłucia – jak to? Wyżej się nie da?
19 kwietnia 2009 byłem herosem. Maczo. Samcem alfa. Naładowany adrenaliną bezpośrednio po zrobieniu życiówki w maratonie, przejechałem pół Polski jako kierowca. Brałem rozpęd, żeby pobiec szybciej. Realizowałem kolejne punkty planu, wydawało mi się, że mogę wszystko. A na pewno, że uda mi się urwać jeszcze 20 minut i złamać trójkę.
Pierwsze pęknięcie przyszło w wakacje. Na drodze Sochy-Zwierzyniec robiłem akcenty po 1600m. Pierwszy raz naprawdę poczułem, że nie daję rady. Że brakuje mi czegoś, żeby ten trening zrobić w założeniach. Dochodzę do jakiejś granicy. Jestem na swoim szczycie. Żeby wejść wyżej – muszę zmienić pasmo górskie. Coś zaczęło zgrzytać.  Zgubiłem entuzjazm i motywację. A nakręcały mnie one przez ostatnie dwa lata tak, że opuściłem przez ten czas zaledwie 2 albo 3 treningi. Musiałem szukać nowej motywacji . Życiówki przestały się sypać jak z rękawa. Były chwile, kiedy chciałem zejść z trasy…

Dwa kroki do tyłu
Musiałem zrobić dwa kroki do tyłu. Nabrać rozpędu. Odpuścić, żeby nie zejść ostatecznie z bieżni. Kiedyś czytałem, że połowa osób, które kończą maraton – robi to tylko raz w życiu. Kolejny punt z tysiąca rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Skoczyć na spadochronie, zobaczyć Wenecję, przebiec maraton… Wtedy zrozumiałem jak blisko byłem porzucenia regularnego biegania. Bywały miesiące, w których robiłem raptem kilkadziesiąt kilometrów…
Często na biegach myślałem, żeby zejść z trasy. Często na ósmym, siedemnastym, trzydziestym piątym kilometrze pojawiała się taka myśl. Po co się męczyć? Po co robić to wszystko? Jeśli ktoś Wam mówi, że nie przeżył takiego kryzysu na zawodach, to albo kłamie, albo dopiero zaczyna.

Ostatnio słuchałem wykładu jednego z największych ultrasów w tym kraju. Opowiadał o tym jak zrezygnował na drugim punkcie kontrolnym w Biegu Rzeźnika. Biegnie się głową. Ciało jest tylko narzędziem. W moim bieganiu można przegrać, ale nie można się poddać. Nawet gdy wiem, że nie będzie życiówki, że nie będzie realizacji przedstartowych założeń… Bo często pokonanie słabości daje niesamowitą siłę naszej psychice. Buduje znacznie ważniejsze rzeczy niż mięśnie. Buduje umiejętności, które można wykorzystać potem w świecie,  który istnieje poza bieganiem.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Don't stop me now!

(c) TVN24
W bloku naprzeciw światło paliło się tylko w jednym oknie. Lud pracujący stolicy spał jeszcze pod ciepłymi kołdrami. Nad ranem przychodzi zawsze najlepszy sen. Wreszcie głęboki i regenerujący. Mój budzik miał zadzwonić za chwilę. 5:40 zbliżała się nieuchronnie, ale ja się przebudziłem. Na dworze było ciemno i lało jak z cebra. W grudniu powinienem był się spodziewać śniegu, ale padał deszcz. Pewnie, chciałem jeszcze chwilę poleżeć. Złapać jeszcze godzinę tego dobrego snu. Ale wstałem. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że nie pamięta się tych wszystkich dni, podczas których śpimy godzinę za długo. Wypiłem kawę, zjadłem pół banana, spakowałem plecak i ubrany stanąłem w drzwiach.
Z altanki śmietnika wystawała wyciągnięta na wprost moja lewa ręka. Łapałem satelity i odwlekałem moment, w którym będę cały mokry. Wiedziałem, że musi nastąpić, ale chciałem jeszcze chwilę wierzyć, że ta ulewa zaraz przejdzie. A nie był to ciepły letni deszczyk…  To był typ jesiennego  skurwysyna, który lodowatym prysznicem odbiera chęci i radość z biegania. Ten typ, który każdą przenikliwie zimną kroplą próbuje Ci udowodnić, że musisz być idiotą, żeby wyjść na taką pogodę. „Satelity znalezione”…
Na drugim kilometrze dygotałem. Ciało jeszcze nie zdążyło się rozgrzać, kierowcy chlapali lodowatym błotem, a ja starałem się jeszcze omijać kałuże. Stopy miałem jeszcze w miarę suche. Wiedziałem, że prędzej czy później nastąpi ten moment, w którym każdy krok będzie chlupotem. Chciałem odwlec tę chwilę.
Nie było pięknie. Nie było śpiewu skowronków, wschód słońca też się schował za grafitowymi chmurami. O tym, że zaczął się dzień świadczyły tylko gasnące latarnie i wzmożony ruch na drogach. Piesi zapadali się w wiatach przystankowych, nieliczni walczyli z wywróconymi na drugą stronę parasolami. Byłem nigdzie. Daleko od domu, daleko od pracy. Marzyłem o ciepłej herbacie, ale przed 7:00 w Warszawie wszystko jest jeszcze zamknięte. Poza sklepami „Alkohol 24h”. Deszcz nie przestawał padać. Buty przy każdym kroku tryskały małymi fontannami. Przede mną było jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt minut.
Za zakrętem postawił mnie do pionu wmordewind. Smagał twarz igiełkami. W każdej kropli była maleńka zapowiedź zimy. Mrużyłem oczy i biegłem. Bo to był jeden z TYCH treningów. Nie tempo, nie objętość, nie technika… Czysta wola walki. Pokonywanie lenistwa, zniechęcenia i wygodnictwa. Naprawdę nic strasznego by się nie stało, gdybym odpuścił tego dnia. Ale dni, w których odpuściliśmy nie pamiętamy.
To był jeden z TYCH treningów, które sobie grzecznie opakuję w sreberko. Schowam do lodówki i będę trzymał na specjalne okazje. Na 40-ty kilometr maratonu. Na 65-ty kilometr ultra. Zabiorę go ze sobą i odpakuję w odpowiednim momencie. Powiem sobie: „Nie po to wstawałeś przez całą jesień i zimę o 5:40, żeby teraz odpuszczać! Po to robiłeś te mniej fajne treningi, żeby teraz, w chwili słabości, móc powiedzieć sobie – najgorsze już za mną, teraz nikt mnie zatrzyma.”


poniedziałek, 24 listopada 2014

Jak kręciłem film w Dolinie Charlotty

Fot. Kamil Nagórek. Za mną "Czarny"
W Dolinie Charlotty wylądowałem trochę przypadkiem. Kilka dni przed wyjazdem udało mi się kupić voucher na imprezę, o której nawet nie słyszałem – „Weekend biegacza z Robertem Korzeniowskim”.  Decyzja była dość spontaniczna, ale program merytoryczny bardzo zachęcał. Kulminacyjnym punktem weekendu był 12-kilometrowy „Bieg na Fali”. Okazało się, że swą nazwę zawdzięcza audycji, w której miałem przyjemność występować. Kiedyś może napiszę o samych wykładach i hotelu, ale dziś wciąż jeszcze żyję filmem, który nakręciłem podczas samych zawodów.

Oczekiwania producenta

Miało być średnio. Jestem w okresie przejściowym, buduję bazę tlenową i siłę już do kolejnego roku startów. Nogi lekko podmulone objętościami i siłą. Bieg Niepodległości biegłem z ciężkiego treningu i bez koncentracji, potem przez wiele dni ciągnąłem jeszcze jednostki. Pomiędzy 11-tym, a 23-im listopada miałem tylko jeden dzień wolnego od ćwiczeń. Często rano biegałem, a po południu pływałem. Orka. I dlatego w Dolinie Charlotty miało być bez nadmiernego spięcia. Pierwsza wersja tego scenariusza nie zakładała ścigania.

Kręcimy

Na starcie stanęło 166 osób. Oprócz uczestników warsztatów – kwiat lokalnych biegaczy. Między innymi bardzo charakterystyczny zawodnik z Ustki. Zawsze, bez względu na pogodę, biegający bez koszulki. Pamiętam go doskonale, bo wbiegł na metę tuż przede mną w Dębnie 5,5 roku temu – gdy ja biłem swój wciąż aktualny rekord życiowy. Impreza w Charlotcie była kameralna, ale w obłędnej scenerii złotej polskiej jesieni. Choć powoli kończył się listopad – słońce oświetlało czerwone lasy ciepłym światłem. Liście już opadły, ale trafił nam się chyba ostatni w tym roku taki weekend. Scenograf się spisał. W oczekiwaniu na start zrobiłem dobrą rozgrzewkę i ustawiłem się kilka rzędów z tyłu. Analizuję didaskalia. Wreszcie

ruszamy!

Najpierw parking, potem nierówny zbieg, zakręty. Nogi niosą i po 200-tu metrach zegarek pokazuje tempo 3:40. Wiem, że to efekt tego, że było z górki, ale czuję się wyjątkowo dobrze. Czołówka odskoczyła, ale to było pewne. Młode charty, zawodnicy biegający 10km po 31-32 minuty… A ja wiem, że po prostu mam biec swoje. Na takiej trasie trudno oszacować wynik. Trudno oszacować też z kim się ścigać – nie znając zawodników. Pierwszy kilometr – 4:12. Szybko. Drugi – 4:32. Trzeci – 4:15, Czwarty – 4:33. Różnice wyznacza rytm zbiegów i podbiegów. Po jednej trzeciej dystansu sprawa jest już w miarę jasna. W czołówce medale praktycznie rozdane.  Na moim poziomie zostało nas trzech. Tego, który prowadzi roboczo nazwałem Spec. Goni go Czarny. Ja biegnę za nimi. Pomiędzy nami po 40 metrów różnicy. Ci, którzy przeszarżowali już zostali minięci, Ci, którzy są mocniejsi – już nam odskoczyli. Na zawrotce liczę, że jestem ok. 25 miejsca ogólnie. Przez kolejne kilometry nuda jak na polskim filmie. Czasem któryś zbliży się do tego przed nim, czasem ktoś lekko odskoczy. Wracam myślami do wczorajszych wykładów – dr Aleksandry Pogorzelskiej i Roberta Korzeniowskiego. Zaczynam pisać własny scenariusz tego biegu. Utrzymać mocne tempo jak długo się da. A na końcu zaatakować. Po 10km „Spec” słabnie, najpierw mija go Czarny, za moment wyprzedzam i ja. Trzymam tempo i biegnąc już 10m za plecami mojego rywala zbieram siły na

ostatni atak.

Pół kilometra przed metą zaczyna się 200m dobrego podbiegu. Spotykam tam Krzyśka, który w całych zawodach zajął 3-cie miejsce i biegnie z nami kawałek. Wciąż siedzę na plecach „Czarnego” i zmuszam go do nerwów. Wiem, że wie, że jestem tuż za nim. On nie wie, że akurat podbieg to moja specjalność. Ale nie forsuję, kumuluję siły. Krzysiek zagrzewa mnie, ale ja mu odpowiadam tylko słowem „Spokojnie”. Później mi powie, że myślał, że się poddałem, ale ja szykowałem finisz, wyrównywałem oddech, rozluźniałem mięśnie. 200m do mety i już lekko przyspieszamy.  Jestem zmęczony, ale rywal na pewno też. Z pamięci wyciągam wszystkie treningi z elementami szybkościowymi „w trupa”. Rzyganie na trawie w Skaryszaku, ciemność przed oczami na bieżni w Parku Traugutta… To po to, żeby teraz odpalić rakiety. Jeszcze dwa małe zakręty, wiem, że mógłbym już przycisnąć, ale dla bezpieczeństwa zostawiam sobie to na ostatnią prostą. Czarny wchodzi na nią metr przede mną. Mijam go w bramie hotelu i zanim zdąży zareagować – jestem już 5 metrów przed nim. Nie oglądam się, ale przyspieszam. Kiedy później sprawdzę – okaże się, że na metę wbiegłem w tempie 2:36/km. Zająłem 24-te miejsce na 165 osób, które ukończyły bieg. 16 pozycji za czterokrotnym Mistrzem Olimpijskim… Na ekranie pojawia się tabliczka

 Wjeżdżają napisy końcowe:

W roli głównej: Tomasz Staśkiewicz
Scenariusz: Tomasz Staśkiewicz
Reżyseria: Tomasz Staśkiewicz
Scenografia: Dolina Charlotty
W pozostałych rolach: Czarny, Spec, Bru, Krzysiek, Marynarz z Ustki i inni
Konsultacje sportowe: Dariusz Kielak, dr Aleksandra Pogorzelska, Robert Korzeniowski

PS.
Dziękuję wszystkim, którzy pozwolili mi przeżyć tę wspaniałą przygodę.

czwartek, 20 marca 2014

Wagary

Pierwszy dzień wiosny, a ja nie idę na wagary. Mam do zrobienia trening. Lekki dosyć – tylko 12kilometrów, ale jednak. W tej religii nie ma wakacji.  

czwartek, 13 marca 2014

Jeśli nie spróbujesz...

Dziś krótko. Bo było ciężko. 5x2km. Wytrzymałość tempowa. Po czwartej serii chciałem odpuścić. Ale powiedziałem sobie, że jeszcze muszę spróbować. Zrobiłem do końca.
Jeśli nie spróbujesz - poddajesz się na starcie.
Spróbowałem.

piątek, 24 stycznia 2014

Progres, czyli na co stać człowieka

Luty 2008. Zimowy Bieg 3 Jezior w Trzemesznie.
5:00 Punkt wyjścia
23 września 2007 roku wydawało mi się, że dokonałem największego sportowego osiągnięcia w moim życiu – pokonałem (bo nie przebiegłem) swój pierwszy maraton – 29. Flora Maraton Warszawski. Poobcierany, obolały, wyczerpany, czułem się jak bokser po nokaucie. Czas 5:00:00 netto. Dałem z siebie wszystko. Kiedy opadła euforia – pojawiło się pytanie – jak to jest, że inni pobiegli ten dystans szybciej, a przybiegli mniej zmęczeni? Że mogli się cieszyć, podczas gdy ja walczyłem o przetrwanie?

4:30 Podporządkowanie
Podejmuję decyzję – niech ktoś mądrzejszy ustawi mi trening. Rozpisze, poprowadzi. Ja będę realizować te założenia krok po kroku. W pełni zdając się na wiedzę drugiej strony – podporządkuję się, zagryzę zęby, odstąpię od własnych pomysłów. Może uda się dzięki temu pobiec na wiosnę maraton w 4:30? Może uda się pobiec 10km poniżej 50 minut (dotychczasowy rekord 55:08)?
W internecie poznaję Bogusia, który podejmuje się tego nierealnego zdawałoby się zadania – urwać pół godziny w kolejnym maratonie. Zaczyna się wspólna praca. Jesienna szaruga za oknem nie zachęca do biegania, ale plan, zewnętrzny trener – trzyma dyscyplinę. Trenując dla samego siebie – odpuściłbym wiele razy, wiedząc, że ktoś poświęcił mi swój czas – nie mogę go zawieść moim lenistwem. Zmieniam nieco dietę, uczę się podstaw. Skipy biegałem ostatnio w szkole podstawowej. Teraz poznaję dodatkowo co to są tempówki, OWB…
Nastawiam się na spokojną realizację założeń treningowych. Wierzę, że efekt przyjdzie.

4:00 Kształtowanie
Jesienna plucha, zima, śnieg, śnieg z deszczem. A ja tłukę skipy, przebieżki i kilometraż. Czasem muszę wyjść na trening po 22.00, czasem muszę wstać o 5:40. Regularne treningi godzę z pracą, ale spora część opieki nad dziećmi spada na żonę. Tydzień planuję pod kątem rozmieszczenia treningów. Szczęśliwie omijają mnie kontuzje. Uczę się pracy nad sobą. Czasem trudniej niż biegać szybko jest zwolnić do założonego tętna. Czasem chciałoby się pobiec, wyrwać do przodu…
Motywuję się małymi kroczkami. Robię wszystko według planu. Objętość treningu zwiększa się do ok. 70km tygodniowo. Pojawiają się małe sukcesy – 46.30 na 10km. 1:12 na 15km. Wyniki, o których na jesieni bym nawet nie śnił. Powoli czuję, że realne staje się złamanie 4 godzin w wiosennym maratonie. Wiem, że nie jestem wyjątkowym talentem, ale nadrabiam regularną pracą. Przez całe pół roku opuszczam tylko 2 treningi. O ten sylwestrowy mam żal do samego siebie – odpuściłem. W lutym oszczędzam bolące kolano.
Zbieram piękne momenty – księżyc nad stawami, mgła na białostockiej wsi, pierwsze odgłosy i zapachy wiosny. To one dają nadzieję w codziennym znoju, gdy czasem pot zamarza mi na twarzy.
Poprawiam 15km na 1:09, 10km na 43:55. Półmaraton Warszawski biegnę w 1:38:26. Czuję się mocny psychicznie, jestem w życiowej formie fizycznej. W wieku 33 lat ważę najmniej od wczesnych czasów licealnych. Odmłodniałem kilka lat.

3:45 Szlifowanie
Pewnego dnia okazuje się, że już jest wiosna. Nagle na porannym treningu słyszę ptaki, których dawno nie słyszałem, zauważam, że drzewa nie są już takie łyse. Czterystumetrówki na krakowskich Błoniach wychodzą dobrze. Zgodnie z założeniami. Zaczyna się wielkie odliczanie i planowanie samego startu. Diabeł tkwi w szczegółach. Jak się ubrać, jak się przygotować. Tygodniowo biegam po 70-80 kilometrów. W sumie przebiegłem ich ponad 1600 przez 6 miesięcy. Jestem gotowy na dobry wynik.

3.39 Start
Na sprawdzian wybrałem Vienna City Maraton. Melduję się na starcie ok. godziny przed startem. Udało mi się zdobyć miejsce w dobrej strefie startowej. Rozgrzewka, rozciaganie. Poranek jest bardzo rześki, ale dzień zapowiada się ciepły. Kiedy na starcie słyszę walca „Nad pięknym modrym Dunajem” wiem już, że startujemy za moment. W tłumie kilkunastu tysięcy biegaczy (równocześnie jest półmaraton i sztafeta maratońska) ruszam na Reichsbruke. Dalej uliczki parku przy Praterze i wbiegamy na Ring. Pierwsze kilometry w tempie ok. 4:55. Zaczyna być bardzo ciepło. Na każdym punkcie łapię izotonik i wodę. Pilnuję tempa. Na 14-ym kilometrze zauważam żonę i synów – kibicują mi w tym upale. Łzy napływają do oczu. Przejechali ze mną ponad 700km żeby zobaczyć na co tata pracował przez ostatnie pół roku. Będą jeszcze na 42-im, ale wtedy już nie będę w stanie ich zauważyć skupiony na ostatniej walce ze słabościami. Tymczasem wspinamy się powoli pod Schonbrunn, niewidoczne z pozoru nachylenie odbija się jednak na tempie. Żeby utrzymać właściwą prędkość trzeba mocniej pracować. Kilometry mijają nawet, boli przeciążone udo, upał daje się we znaki. Ale walczę, trzymam się. Odżywki dodają nieco energii. Ale najwięcej daje świadomość dobrego przygotowania. Przypominam sobie te wszystkie śniegi, błota, piaski przez które biegałem w okresie przygotowawczym. Te interwały, ćwiczenia, całe poświęcenie, które pozwoliło mi stanąć dziś na starcie. Stanąć z podniesioną przyłbicą. Śmiało spojrzeć na królewski dystans.

Za słupkiem „34” nagle coś się zacina. Wiem, że nie mam szans na wymarzone 3:30, bieg przechodzi w szybszy chód. 2 minuty i dalej biegnę, i tak kilka razy. Za 40 kilometrem widzę, że i o 3:40 będę musiał powalczyć. Spinam się w sobie. Ostatnie 2 kilometry biegnę znowu w tempie ok. 5 min/km. Widzę wąski szpaler kibiców, nie rozpoznaję twarzy. Słyszę zgiełk, znowu mijam biegaczy. Heroicznym zrywem wbiegam na HeldenPlatz, mam jeszcze siłę na ostry finisz. Wpadam na metę 3:39:54. W stosunku do pierwszego maratou urwałem ponad 80 minut. 

maj 2008

czwartek, 23 stycznia 2014

Diesel

Na dworze -15 stopni Celsjusza. Wiadomo, nie każdy trening się da zrobić. Ale dziś najważniejsze było samo wyjście. Pokonanie lenia, podjęcie wyzwania jakie rzuciła nam natura. Dziś ćwiczymy silną wolę.

środa, 8 stycznia 2014

Głowa

Kiedy miałem 12 lat przez jeden sezon trenowałem siatkówkę. Dziś – patrząc na mój nikczemny wzrost trudno w to uwierzyć, ale wtedy przewaga rówieśników nie była jeszcze tak widoczna. Pamiętam jak weszliśmy do trochę ciemnej sali gimnastycznej, onieśmielali nas starsi, pięknie przyjmujący i wystawiający chłopcy. Trener wziął nas na bok i spytał: „Wiecie czym się gra w siatkówkę?” „Rękami!” odkrzyknęliśmy radośnie. Wiadomo – nie ma to jak błysnąć na pierwszym treningu. „Gówno prawda! W siatkówkę gra najpierw głowa. Potem nogi. A ręce dopiero na końcu odbijają tę piłkę”. Nie pamiętam niczego innego co powiedział przez ten rok. Ale tamte zdania dla mnie to były niczym koan w buddyzmie Zen. Doznałem wtedy sportowego oświecenia.
Potem dyscypliny się zmieniały. Piłka nożna, szachy, tenis stołowy, biegi długodystansowe, triathlon… Ale zawsze głowa jest w nich najważniejsza. Dzięki nastawieniu, ambicji, pewności jestem w stanie wycisnąć z siebie swoje maksimum. Dojść do swojej granicy. Wykorzystać optymalnie to co udało mi się wypracować w treningu. Nie pobiję rekordu świata. Chyba, że mój organizm jest wytrenowany do tego poziomu. To jeśli chodzi o motywację startową. Ale przebiec taki maraton to fraszka. Znacznie trudniej się do niego dobrze przygotować i utrzymać motywację przez te kilka miesięcy ciężkiej orki.
Korzystam z wiedzy zdobytej podczas studiów na wydziale psychologii, a przede wszystkim z doświadczeń prawie 20 lat pracy z ludźmi w doradztwie i szkoleniach. Okazało się, że dwa światy – pracy i biegania mają bardzo wiele wspólnego. Najpierw głowa. Widziałem na przykład dziesiątki jeśli nie setki handlowców, którzy pod koniec każdego miesiąca „spinali poślady” żeby wyrobić plan. Byli niczym sprinterzy, którzy zaciągają dług tlenowy. Z tym, że mieli przebiec maraton. Każdy kto kiedykolwiek zaczął maraton za szybko (pozdrawiam :) ) wie doskonale jak to się kończy. Po roku, dwóch dawało o sobie znać wypalenie zawodowe – w kieracie ciągłego napięcia handlowcy nie mieli czasu na regenerację. Ich motywacja była na ciągłym rollercoasterze. Wielkie spięcie pod koniec miesiąca, często nadmierne rozprężenie po pierwszym. Nazywam to Motywacją Sprintera.

Żeby przygotować się do maratonu potrzebna jest Motywacja Długodystansowa. Codzienne, wystarczająco wysoka, ale też nie za mocna. Taka, która pozwala funkcjonować, stawia nam wyzwania dostosowane do naszego aktualnego poziomu. Za słabe – rozleniwiają, za mocne – frustrują. Dokładnie tak samo jak w pracy.