Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultra. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 czerwca 2014

Rzeźnik, na którego czekałem

1. Skurcze na Smereku, 2. Ekipa na balkonie,
3. A tam pobiegniemy jutro 4. Na mecie 5. Ostatni podbieg
Justyna wyłoniła się z wysokich traw Połoniny Caryńskiej. Sunęła leciutko niczym sarenka, była kolorowa i czysta. Amarantowe skarpety kompresyjne lśniły w słońcu. Wyszło pierwszy raz tego dnia. Od rana kropiło, padało, a w najlepszym razie było szaro i mokro. Biegliśmy od 3:30 i byliśmy ubłoceni i sponiewierani. Justyna była aniołem zesłanym nam do naszego rzeźnickiego piekła. Krzyknęła że już tylko 3km. Spojrzałem na zegarek – była 15:02. To znaczyło, że jest o co walczyć. Nagle zapomniałem o bólu, o skurczach, które jeszcze 2 godziny temu odbierały mi nadzieję. Szaleńczo rzuciliśmy się w dół ku Ustrzykom, ku mecie, ku marzeniom. Po 11 godzinach, 55 minutach i 58 sekundach zameldowaliśmy się z moim partnerem – Łukaszem na mecie 11 Biegu Rzeźnika.

Marzenie

Zaczęło się dawno temu. Od chodzenia po górach. Bieszczady poznałem na wylot. Kiedy tylko zacząłem biegać – jasne dla mnie było, że kiedyś będę chciał pobiec te 80km czerwonym szlakiem z Komańczy do Ustrzyk. Marzyłem, ale i bałem się, pamiętałem to jak  sponiewierała mnie Chryszczata, ile kosztowało podejście pod Smerek, jak przemarzłem i upadłem na Caryńskiej. Pokonanie tej trasy w jeden dzień wydawało mi się niemożliwe. Ludzie, którzy tego dokonali wydawali mi się cyborgami. Mając ogromną pokorę wobec gór – wiedziałem, że jeśli chcę to zrobić – muszę być dobrze przygotowany. Nie przypuszczałem, że na realizację tego marzenia będę musiał poczekać aż 7 lat.
Budzik miał zadzwonić koło 2:00, ale o 1:15 już nie mogłem spać. Wstałem wypiłem ostatnią kawę, zacząłem się powoli pakować. Mój partner – Łukasz jeszcze spał. W kuchni gadałem więc z Karoliną – naszym logistykiem. Już dawno wstała żeby nam zrobić śniadanie, spakować plecaki i przygotować jedzenie na trasę. Trochę rozmawialiśmy, ale byłem tak spięty, że nie pamiętam nawet o czym. Na mundialu kończył się jeszcze ostatni mecz tego wieczoru, a ja zaczynałem kolejny dzień. O 2:00 wstali Łukasz i Paweł – nasz kierowca. Szybkie śniadanie, ubranie się i o 2:30 wyjechaliśmy spod Cisnej w kierunku Komańczy. Był środek nocy, a bieszczadzka szosa pełna była aut. Rozpoczynał się dla nas wszystkich bardzo długi dzień.

Oświadczyny

W Sylwestra oświadczyłem się, a Łukasz powiedział – „Tak”. Zgodził się pobiec ze mną w parze Bieg Rzeźnika. Ucieszyłem się bardzo, bo po pierwsze Łukasz był i jest dużo mocniejszym ode mnie biegaczem, po drugie, miał doświadczenie – ukończył Rzeźnika. A po trzecie jest bardzo fajnym i mądrym człowiekiem. Wie kiedy milczeć, wie kiedy mówić. Łukasz w parze dawał mi pewność i spokój. Pewność, że to ja będę słabszym ogniwem i spokój, że w razie czego Łukasz mnie wesprze. Trzecim ogniwem była Karolina. Mistrzyni logistyki i ogarniania wszystkiego w najbardziej napiętych momentach. Karolina zarządzała budżetem, planowała zakupy, skompletowała apteczkę, załatwiała noclegi i dbała o wszystkie drobiazgi.  Np. żeby na przepaku Łukasz dostał kanapkę z szynką, a ja tortillę z soczewicą i rukolą. Artur i Sport-guru zapewnili nam pomoc w doborze sprzętu do startu. Buty, koszulki, spodenki i skarpety kompresyjne.  Marudziłem i mierzyłem wszystkie chyba trailowe modele dostępne w sklepie aż dobrałem Brooks Cascadia. W ognistych kolorach – jak cały mój strój. Do tego czerwone kompresy i pomarańczowa koszulka. Ogień! Projekt Rzeźnik ruszył pełną parą.
Z Komańczy wylała się rzeka światełek. Czołówki trzęsły się w rytm kroków. Przed chwilą powietrze było kryształowo czyste, lekki deszcz zabrał resztki spalin. Ale teraz moje gardło rozrywały setki ostrych zapachów. Rozgrzewające maści, sprzęt, kosmetyki, tysiąc rodzajów potu...  Śniadanie podchodziło mi do góry, chwytałem tlen jak ryba. Zaczęło się źle. I choć ogólnie czułem się w dobrej formie, to brak oddechu i to, że na pierwszych kilometrach mijało nas mnóstwo osób waliło po głowie. Nie miałem woli walki, miałem tylko wolę przeżycia. Powoli biegliśmy ku Jeziorkom Duszatyńskim. 20 lat temu doszedłem do nich i niemal umarłem. Teraz dopiero się rozgrzewałem. Mięśnie były już ciepłe i elastyczne. Głowę trzeba było chłodzić. Wiedzieliśmy, że ten bieg zacznie się dopiero na podejściu pod Smerek. A może i później. Dlatego nie przyspieszaliśmy, trzymaliśmy spokojne tempo. Świtało. Ale ze mną było coraz gorzej. Mój układ trawienny wciąż pracował w trybie nocnym. Nie dobudził się i zaczął się buntować. Pierwszy raz wtedy pomyślałem, że mogę nie ukończyć. Za mną było dopiero kilkanaście kilometrów. To co mnie uratowało to ciągłe nawadnianie i naturalne żele. Odrobina konserwantów skręciłaby moje kiszki w ósemkę. Na szczęście miałem ze sobą domowej roboty (dziękuję Karolina) żele na bazie ryżu daktyli i banana. Leciutkie dla żołądka, ale dające mega power. Testowaliśmy je i ulepszaliśmy ich formułę na kilku maratonach, a przede wszystkim na Ultra Podkarpaciu. Na 70km wystarczyły mi trzy saszetki. Na Rzeźniku zjadłem 3,5. Kiedy dobiegaliśmy z Łukaszem do Cisnej – pierwszy poważny kryzys minął. Na zbiegu po bardzo śliskiej trasie wyciągu narciarskiego mijaliśmy jak szaleni. Za chwilę mknęliśmy w dół po 5:00 mając już w nogach ponad 30km w górach. Ale kiedy wpadliśmy na przepak w Cisnej mój żołądek po raz ostatni tego dnia dał o sobie znać gwałtownymi skurczami. Ulżyło…

Bieganie głową

Przez cały bieg Łukasz był dla mnie jak cień. Pół kroku za moim ramieniem kontrolował sytuację. Pozwalał żebym to ja dyktował tempo adekwatne do moich możliwości. Z wyrozumiałością znosił moje kryzysy. Kiedy zbiegaliśmy z Okrąglika skurcze mięśni już mnie nieźle wymęczyły. Przywodziciele spinały się za każdym razem kiedy stopa uciekała mi z płaszczyzny strzałkowej. A na biegu górskim działo się tak co kilka kroków. Walczyłem wtedy o równowagę, kilka koślawych kroków, podskoków i na chwilę mijało. Płaciłem bólem za Maraton Mazury, który pobiegłem 5 dni wcześniej. Wiedziałem, że tak będzie, ale po prostu musiałem tak zrobić. Zregenerowałem się na tyle na ile mogłem. Ale nie na 100%. Kiedy nogi nie niosą – zostaje głowa.
Najgorsze na maratonie czy biegu ultra, to zbyt wczesne odpalenie wszystkich pochowanych po kącikach świadomości automotywatorów. Jeśli jesteś na 20-tym kilometrze, to z perspektywy codziennego treningu – jest to bardzo daleko. Ale na biegu, który ma prawie 80km – to dopiero początek. Perspektywa „przede mną jeszcze 60km” potrafi dobić, odebrać motywację, nadzieję. Zawsze sobie wtedy dzielę dystans na mniejsze kawałki. Wtedy łatwiej znaleźć siły. Kiedy miałem za sobą już w nogach maraton – do mety było jeszcze ponad 35km. Ale do najbliższego przepaku już tylko 13km. I jeśli słynna Droga Mirka ma ok. 8km, to znaczyło, że do niej już tylko 5km. Czyli całkiem blisko. Podobnie dzieliłem sobie inne fragmenty. Często mierząc wysokość. Jeśli Caryńska ma 1297m n.p.m., a ja jestem już na tysiącu – to zostało tylko 300m. Co z tego, że w pionie. Trochę więcej niż Pałac Kultury. A on wcale nie jest taki wysoki jak się spokojnie idzie po schodach. 200m do szczytu? To tylko 8 razy po schodach na 10 piętro w bloku mojej mamy.

Drugie życie

Bieg Rzeźnika zaczął się dla mnie w Smereku. Przyszedł drugi kryzys. Skurcze trzęsły nogami tak, że nie byłem w stanie zmienić skarpet. Na przepaku spędziliśmy 15 długich minut patrząc jak na trasę ruszają Ci, których przed chwilą wyprzedzaliśmy. Na sztywnych nogach przeszedłem przez matę do pomiaru czasu i ruszyłem na połoniny. Tuż przed pierwszym podejściem siedział wiolonczelista i grał. Najpierw pomyślałem, że mam halucynacje, ale Łukasz też go widział. Scena była surrealistyczna, ale niezwykle miła. Ten sposób kibicowania był wyjątkowy, ale na całej trasie spotykaliśmy się tylko i wyłącznie z życzliwością i wsparciem. Turyści schodzili ze szlaku, robili nam miejsce żebyśmy mogli biec albo wyprzedzać. Z ogromną wyrozumiałością dodawali nam otuchy w najtrudniejszych chwilach. Z ich perspektywy robiliśmy w pół dnia wycieczkę, na którą oni potrzebowaliby co najmniej 4 dni dobrego marszu. Na Połoninie Wetlińskiej pomimo nienajlepszej pogody było sporo ludzi. Trzymałem się jeszcze na tych drewnianych kołkach, które kiedyś były moimi nogami. Ale zbieg od Chatki Puchatka ku Berehom był trzecim wielkim kryzysem na trasie. Czekałem kiedy tylko upadnę i wybiję sobie zęby, połamię kończyny albo po prostu rozwalę czaszkę. Na stromych kamiennych schodach mógłbym równie dobrze chodzić na szczudłach. Miałem podobną równowagę. W desperacji zacząłem schodzić tyłem. Rozciągnąłem łydki i nagle okazało się, że mogę biec dalej. Najpierw biegłem w dół dość asekuracyjnie, ale kiedy kolejne fale skurczów nie nadchodziły – pozwalałem sobie na trochę więcej. Na przepak w Berehach wbiegłem już w miarę normalnie. Przede mną było ostatnie duże podejście. Tylko jedno. 9km do mety. Dostałem drugie życie.

Pustka

Tak, jestem bardzo zadowolony. Tak, zrobiłem coś o czym większość ludzi nawet nie ma siły żeby zamarzyć. Zrealizowałem wszystkie założenia. Spędziłem kilka dni z fantastycznymi ludźmi. Wspaniałym partnerem, znakomitą ekipą. W najpiękniejszych polskich górach. I czuję pustkę. To o czym mówili mi kiedyś Ironmani. Pytanie – co dalej? Co jeszcze? Co bardziej? Skończył się pewien etap. Świat sportów wytrzymałościowych kusi setkami perspektyw. Ale nie wiem, w którą stronę pójść. Maraton na jesieni – mały cel, ale to tylko etap. Ironman – wcale tak mocno mnie nie kusi jak kiedyś… Wszedłem na swój szczyt i rozglądam się. Gdzie iść dalej? Którym szlakiem? Co będzie teraz MOIM celem. Na szczycie zawsze jesteś sam…

PS.
Wielkie podziękowania dla:
·         Łukasza – znakomitego biegacza, wspaniałego człowieka i idealnego partnera
·         Karoliny – mistrzyni logistyki, czarodziejki odżywek
·         Artura i ekipy Sport-guru – za wsparcie sprzętowe, bez Was to by nie było możliwe
·         Pawła i Marty – za pomoc na miejscu

·         Wszystkich, którzy mi dobrze życzyli po drodze

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Zostać Ultramaratończykiem

1. Najlepsze momenty. 2. Jeszcze nie Ultra. 3. 6:00 4. Tyczyn 5. Zarzecze 6. 50km za mną 7. Zgłobień 8. Meta. 9. Dziękuję

Biegniesz. Żeby nie zwariować wyznaczasz sobie jakiś punkt na horyzoncie. Miejsce, do którego chcesz dobiec. Wyłączasz myślenie i po prostu biegniesz. Wlepiasz wzrok w ziemię, patrzysz żeby nie zahaczyć o jakiś korzeń, kamień czy inną przeszkodę. Wzrok podnosisz dopiero jak osiągniesz cel. Wtedy, żeby nie zwariować wyznaczasz sobie jakiś punkt na horyzoncie. Miejsce, do którego…
Prawie równo 8 lat temu przebiegłem kilkanaście minut. To był pierwszy punkt na horyzoncie. Pobiec ciut więcej, pobiec ciut szybciej. Pierwsze 10km w rewelacyjnym wówczas czasie 55 minut. Pierwszy maraton. Złamać 4 godziny. Złamać 3:30. Wrócić po kontuzji…
Kiedy tylko wyjadę poza Warszawę w mediach zdarza się coś niesłychanego. Jestem w Łodzi – do głównych serwisów informacyjnych wchodzi informacja o czymś co się dzieje w Łodzi. Białystok? Jakiś news z Podlasia. Jadę do Koszalina – niesłychane… Zachodniopomorskie na fali. Nie wiem czy to kwestia szczęścia, obstawiałbym raczej ukierunkowaną percepcję. Podobnie było jesienią podczas szkoleń w Rzeszowie. Kiedy wróciłem do hotelu w internecie trafiłem na jedną informację z Podkarpacia. 31 maja wokół Rzeszowa odbędzie się I Ultramaraton Podkarpacki. Przeznaczenie?
W Zgłobieniu na 55kilometrze zdążyłem jeszcze napisać. Małe kryzysy już były. Czekam na ten duży. Kiedy wydawało się, że właśnie nadchodzi, okazywało się, że to jeszcze nie teraz. Wystarczyło ograniczyć zbędne funkcje życiowe takie jak gadanie, czasem dać sobie chwilę odpocząć i mogę napierać dalej. Rzeczywiście – było teraz ciężej, ale odcięcia mocy nie było. Włączyłem swoją liczbową mantrę. Mam swoje zaklęcia, swoje głowo-wypełniacze dzięki, którym krok za krokiem zbliżam się do mety. Przećwiczone, przeliczone na 17 maratonach, które są za mną. Na setkach treningów. Na ponad 3000km, które przebiegłem w ostatnich 12 miesiącach. Dyskomfort. Ból. Znużenie. To minie. Ultrasem będę już zawsze. Wbiegając na bulwary, które doskonale znałem z rzeszowskich treningów czuję niemal zapach mety. Na chwilę przytłumiony podpałką z grilla. Boże! Przecież jest koło południa. Niektórzy dopiero wstają, knajpy dopiero ustawiają krzesła, zaczynają piec te wszystkie kiełbasy i karkówki. Ja mam na liczniku prawie 70km i właśnie dobiegam do kolejnego punktu na moim horyzoncie. Z miejsca, w którym byłem maratończykiem staję się Ultra. Pause. Rewind.
Mam komfort, że mogę wstać nawet o 3:50. Mieszkam w hostelu przy samym rynku – 15 metrów od startu i mety. Wszystko mam przygotowane, już wieczorem poukładałem wszystko na piękne kupki, teraz tylko muszę wybrać wariant w zależności od pogody. Bułka z dżemem, krótka toaleta, szkła i o 4:17 jestem na dole. Do startu kilka minut. Powoli dociera do mnie, że właśnie zaczynam nowy rozdział w księdze mojego biegania. Przede mną 71 kilometrów. Maraton i długie wybieganie razem. Przede mną w tłumie biegaczy stoi dwóch młodych chłopaków w trampkach i skórzanych kurteczkach. Jeszcze nie wytrzeźwieli, jeszcze nie wrócili do domu z imprezy. Załapali się na start i postanowili z nami kawałek potruchtać. Bawimy się setnie, chłopaki mają dystans do siebie, zapraszają po drodze na śniadanie. Dzięki temu mam dużo mniejsze napięcie przedstartowe. Nie myślę za bardzo o tym co mnie czeka. Cieszę się chwilą i śmieję z absurdu sytuacji. Po kilometrze, po półtora chłopaki odpadną, jeden się mocno zmęczy tempem ok. 5:40/km. Na asfalcie tego tempa nie czuję. Dopiero na 7km skręcamy na łąkę i zwalniamy. Cały czas staram się wyłączyć lampkę z napisem „Rywalizacja”. Mam tylko ukończyć. Sprawdzić wszystko. Czuję się mocny, ale widzę, że zawodnicy przede mną na pierwszych większych podbiegach przechodzą w marsz. Robię tak samo. Nie spieszę się. Mam czas.
Poranek jest wilgotny, idealny do biegania. W lesie momentami czuję się jak w górach. Takie typowe łojenie. Mijają kilometry, minuty, godziny. Przed 7:00 wbiegam do Tyczyna. Jakość punktu żywieniowego zaskakuje bardzo na plus. Zaangażowanie wolontariuszy – jeszcze bardziej. To ten typ wschodniej życzliwości z jaką spotykasz się na np. Maratonie Lubelskim. Łapię orzeszki. Cudownie przełamują smak. Na mecie jeszcze będą na mnie czekały. Kierunek Zarzecze. Spory kawałek biegnę z Violą i jej seterem Piranią. Biegną dłuższą trasę na 115km. Są niesamowicie dzielni i waleczni. Na punkcie żywieniowym uciekną mi podczas gdy będę napełniał bukłak. W Zarzeczu znowu spotykam wspaniałych ludzi. Na widok arbuza moje ślinianki dostają euforii. Kawałek dalej najgorsze 400m biegu. Trasa wydzielona pachołkami na poboczu drogi krajowej nr 9 (Radom-Barwinek). Niestety – przy takiej długości biegu tą cenę trzeba zapłacić. Na szczęście zabezpieczenie przez policję jest perfekcyjne. Zbiegam z drogi i zaczyna się długi, ciężki podbieg. W nogach mam już niezły krossowy maraton. Na szczęście jest za chwilę jest las. Znowu łoimy góra, dół. Choć „łoimy” to za dużo powiedziane. Raczej „łoję”. Jestem w samym środku czegoś, co nazywa się samotnością długodystansowca. I jest mi z tym dobrze. Kiedy wybiegamy do jakiejś miejscowości spotykam biegacza – żołnierza z Rzeszowa. Ze 2-3 kilometry pokonujemy razem trochę rozmawiając. Niewiarygodne, ale to najdłuższa moja interakcja z innymi zawodnikami na tym biegu.
Do Zgłobienia prowadzi szutrowa droga między łąkami. Maki, chabry, kaczeńce. Kilka razy zatrzymuję się i zbieram kwiaty. To jedyny, symboliczny sposób w jaki będę mógł okazać moją wdzięczność dla dziesiątek wolontariuszy, dzięki którym mogę realizować swoją pasję. Zgłobień jest piękny o tej porze roku… Napełniam bukłak, wciskam żel i patrzę przed siebie i widzę na horyzoncie punkt, do którego muszę teraz dobiec.
Po 8 godzinach i 25 minutach wpadam na metę na rzeszowskim rynku. Lekko otumaniony. Zachwycony. Dobiegłem do miejsca, które wydawało się tak odległe, że nieosiągalne. Zostałem Ultramaratończykiem. Siedząc na studni przemywam twarz wodą. Zerkam na medal, z którego patrzy na mnie Piotr Kuryło. Podnoszę wzrok i szukam na horyzoncie następnego punktu, do którego teraz dobiegnę.

Podziękowania
Artur Chyła i Sport-Guru – za wsparcie
Brujita – za inspirację i logistykę
Rich Roll – za weganizm
Vi, Pirania i Robert – za wspólne chwile

Jan i Adam – za to, że byliście ze mną w najtrudniejszych, ale i najpiękniejszych momentach

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rzeźnik!

Marzenia się spełniają…
Były wakacje 1990 i pierwszy raz pojechałem na obóz wędrowny zorganizowany przez moje liceum. Nocny pociąg do Zagórza, stamtąd osobowy do stacji Komańcza-Letnisko. Nocleg w schronisku i pierwsza w życiu wędrówka z plecakiem po górach. 20-go czerwca o godzinie 3:30 – przed świtem znów z Komańczy ruszę w mój pierwszy raz…
Jak ja marzyłem o Rzeźniku i jakoś zawsze się nie składało. Może po prostu nie był mi pisany wcześniej ten bieg. Albo byłem bez formy, albo wygrywał triathlon. Raz byłem tylko obecny na trasie podczas samej imprezy. Trochę kibicowałem, trochę pomagałem, a przede wszystkim przesiąkałem atmosferą. Czułem, że to moje miejsce na ziemi. Że muszę.
Bieszczady znam niemal na pamięć. Schodziłem je wzdłuż i wszerz. Jeździłem tam w czasach dobrych i złych. W lecie, jesienią, zimą, wiosną. Góry były trochę niedostępne, brak luksusów był raczej zaletą.  Trochę niedostępne. Modne nie we wszystkich kręgach. I ciągle jeszcze trochę jakby na przełomie epok.
W tym roku wiedziałem, że ten Rzeźnik musi być mój. Znalazłem świetnego partnera – Łukasza. Zaplanowałem pół roku treningu. Profilaktycznie odwiedziłem Ortoreh, żeby sprawdzili mi podwozie. Pozostał tylko jeden problem. Zdążyć się zapisać.
W zasadzie niedziela 12 stycznia dzieliła się na czas „przed zapisami” i „po zapisach”. Odliczałem minuty do 15:00 – wtedy ruszała internetowa rejestracja. Byłem skoncentrowany, zdesperowany, pewny swego i zabezpieczony. Z drugiej strony łącza siedziała B., miała wszystkie niezbędne dane i próbowała. Komuś z nas się musiało udać. Za pięć trzecia serwery padły. Zaczęła się wielka loteria. Ctrl+F5. Za którymś razem formularz się pojawił. Wypełniam. Klikam dalej i dupa. Serwer padł. Robota od początku. Klik, klik, klik… Znów się pojawia formularz zapisu. Wypełniam, teraz idzie już szybciej. Serwer znowu pada. Jeszcze raz. Minuty pędzą jak szalone, a ja jestem skoncentrowany jak Kubica na wirażu. No dobra, nie zawsze jest to dobra metafora. Więc tak jak Kubica w najlepszych wyścigach. Odśwież. Wypełnij. Odśwież. Wypełnij. Odśwież… Jest! 15:10 widzę, że system nadał nam jakiś numer. Listy zgłoszonych oczywiście nie można wczytać. Masakra na serwerach wciąż trwa. Ale ja jestem. Wybuch radości. Natychmiastowa płatność. Nikt mi tego nie zabierze! PrintScreen! I wybuch radości po drugiej stronie łączy. Jest 15:12 i system zapisów informuje o wyczerpaniu się limitu miejsc… 400 miejsc na NAJTRUDNIEJSZY JEDNOETAPOWY BIEG W POLSCE rozeszło się w 12 minut. Będą jeszcze weryfikacje, ale na kilkadziesiąt miejsc czeka jeszcze ponad 300 par. Ja już myślą jestem w Komańczy.
To będzie mój rok! To będzie rok dobrego biegania. To będzie rok, w którym znowu będę realizował moje marzenia… Wreszcie! Biegu Rzeźnika, czekałem na Ciebie 6 lat. Widzimy się – 20 czerwca o świcie!

PS.

Jeśli ktoś z Was chciałby wspomóc projekt naszego startu w XI Biegu Rzeźnika zajrzyjcie proszę do oferty sponsorskiej. Z góry dziękujemy!