Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Czarny Murzyn, Biały Murzyn

Maraton w Dębnie oczywiście. Mistrzostwa Polski (jeszcze).
Niedzielny poranek przed Praską Dychą w Parku Skaryszewskim był już chłodny. Raczej listopadowy niż październikowy. Pogoda prześcignęła kalendarz. Dziś zdrowie obsadziło mnie w roli kibica. W okolicy startu pojawiłem się dosyć wcześnie. Biec nie mogłem, to chciałem choć chwilę pożyć atmosferą zawodów. Gadałem ze znajomymi, gdy ktoś z czołówki powiedział: „Uwaga! Murzyn!”. W tym głosie dało się wyczuć rozżalenie. Ktoś inny dodał: „I jeszcze Białorusin”. Znaczy też Murzyn. Tylko biały.

Przez polskie środowisko biegowe przetoczyła się ostatnio fala histerii o to, że czarnoskórzy biegacze hamują rozwój polskiego sportu. Większość artykułów pełna była insynuacji i nieudowodnionych zarzutów. O doping, o wyzysk, o nieuczciwą walkę. Żeby było jasne – nie mówię, że takie zjawiska są lub nie, ale we wszystkich głosach rozpaczy nie znalazłem innego argumentu niż „nie da się biegać tak często na wysokim poziomie”. Mam kolegę, który dzień po dniu potrafi pobiec maraton poniżej 3 godzin. Mnie się to nigdy nie udało (i być może nigdy nie uda). Z mojego punktu widzenia też „nie da się biegać tak często na wysokim poziomie”. Kwestia skali.

Bo nie ma się co oszukiwać. W maratonie jesteśmy jednak drugą ligą. I to w porywach. Obecni maratończycy biegają na poziomie takim samym jak pokolenie ich rodziców. Z tym, że 30 lat temu nie było dostępu do najnowszych technologii, żeli energetycznych, GPS-ów czy też wysokiej klasy butów startowych. Do najlepszych – naszym brakuje kilku minut. Na tym poziomie to przepaść.
Drodzy zawodnicy – to nie Wasza wina. Po prostu tak jest. Jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej sytym. Coraz mniej dzieciaków chce poddać się reżimowi treningowemu bez żadnej gwarancji sukcesu. Z bieganiem wygrywa piłka nożna, konsola i telefon komórkowy. Za wynikiem nie stoją jakieś spektakularne sukcesy. Po tak małe nagrody (nie mówię tylko o finansach) jakie daje bieganie coraz rzadziej chce nam się schylić. To co dla nas niewarte poświęceń, dla biegaczy z Ukrainy, Białorusi, Kenii, Etiopii jest szansą na wyrwanie się do lepszego świata, często na ucieczkę od głodu. Tak samo nasi biegacze zarabiali w latach 80-tych i 90-tych. Polecam poczytać książkę „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”. 30 lat temu lekką atletykę w samej Warszawie można było trenować w ponad 30-tu klubach. Teraz? W kilku. Często są to kadłubowe sekcje nastawione na dotację za punkty zdobyte na młodzieżowych spartakiadach. Seniora nikomu nie opłaca się trzymać.
Ale wróćmy do tezy o tym, że czarnoskórzy biegacze wygrywający zawody w Koziej Wólce hamują  rozwój polskiego biegania długodystansowego. Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Oni mają szansę uratować kilka talentów. Dlaczego? Policzmy. Żeby pobić rekord świata w maratonie trzeba biec w średnim tempie ok. 2:55min/km. Każde 5 km trzeba przebiec w ok. 14:30-14:35. Jeśli spojrzymy na tegoroczne wyniki Mistrzostw Polski w Lekkiej Atletyce (http://www.pzla.pl/zdjecia/zal_i/2014-07-29-31-szczecin-mp-domtel_201407312256.pdf) , to zobaczymy, że do tytułu wystarczał wynik 14:16. Prawie minutę wolniej od 38-letniego rekordu kraju Bronisława Malinowskiego. Mistrz Polski na bieżni 5 kilometrów biegnie zaledwie 15 sekund szybciej niż najlepszy maratończyk każdą swoją piątkę na asfalcie. Zersenay Tadese uzyskując najlepszy w historii wynik w półmaratonie biegł każde 5km szybciej niż nasz tegoroczny mistrz. Wymowne. Nie będzie szybkiego maratonu bez odpowiedniego zapasu na piątce, dyszce. Nie będzie takiego wyniku bez masowości, rywalizacji, a przede wszystkim cierpliwości zawodnika i trenera..

Wynik w granicach 15 minut na 5km (słaby na bieżni) dałby w każdym chyba krajowym biegu ulicznym medal, puchar i kopertę. Trenerzy klubowi narzekają, że zawodnicy uciekają im na szosę, właśnie w pogoni za zwycięstwami i nagrodami finansowymi. Są na tyle dobrzy, żeby wygrywać zawody w Koziej Wólce i dostać 500zł. Ale przez to zaprzepaszczają swą szansę na naprawdę wartościowe wyniki. Najpierw na bieżni. A później na szosie.

Tomasz Majewski, Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek… oni nie mieli gdzie dorobić na zawodach dla amatorów. Mogli tylko konsekwentnie iść swoją drogą, wierząc, że gdzieś na końcu czeka na nich ten medal, ten kontrakt, olimpijska emerytura… I może główni bohaterowie dzisiejszego tekstu – Czarni Murzyni i Biali Murzyni – przyczynią się do tego, że kiedyś będziemy mieli znowu długodystansowca światowego formatu. Bo może jakiś młody chłopak z wiejskiego LKS-u odpuści zbyt szybkie przejście na szosę. Nie wystartuje, bo i tak kopertę sprzątną mu sprzed nosa obcokrajowcy. A dzięki temu dokończy wieloletni plan rozwoju, który w odpowiednim momencie wyniesie go na prawdziwy szczyt.

Epilog

Praską Dychę wygrał Polak – Emil Dobrowolski – z czasem 30:30. Drugi był rzeczony Białorusin – Verkhavodkin Henadij. Trzeci Polak – Jakub Nowak. Murzyn, który tak wszystkich nastraszył był siódmy.

czwartek, 3 lipca 2014

W jaki sposób amerykańska armia pomaga mi biegać?

Fragment flipchartu z analizą AAR, którą robiliśmy
z uczesnikami podczas szkolenia"Menedżer Totalny"
Wiele przełomowych technologii powstaje w laboratoriach i ośrodkach badawczych prowadzonych przez różnej maści armie. Bez wojskowych satelitów nie moglibyśmy się dziś cieszyć naszymi zegarkami z czujnikiem GPS, dzięki któremu kontrolujemy podczas treningu dystans, tempo i pochodne parametry. Bez sieci wojskowej sieci ARPANET nie byłoby dzisiejszego Internetu i wszystkich dobrodziejstw jakie biegacze mają dzięki globalnej sieci. Nie mówiąc o fotografii cyfrowej, bez niej nie mielibyśmy tak bogatych archiwów zdjęć z naszych startów. Ale nie o tym…

Oprócz wynalazków czysto technicznych, wojsko dostarcza również mnóstwa metod, sposobów organizacji i narzędzi zarządzania, które najpierw przeniknęły do biznesu, aby potem trafić pod strzechy. Pisałem ostatnio o Macierzy Eisenhowera, która rozdziela zadania, które mamy do zrobienia na dwa wymiary. Rzeczy pilne i rzeczy ważne. Dzięki temu mamy 4 kategorie tzw. „tasków”. Niepilne i nieważne (olać), pilne i nieważne (deleguj), ważne i niepilne (zaplanuj czas na nie) i wreszcie pilne i ważne (działaj!). Ale nie o tym…
Po każdym starcie o priorytecie „A” (najważniejszym) i po niektórych o priorytecie niższym (jeśli coś testowałem) robię sobie takie krótkie podsumowanie narzędziem, które również zawdzięczamy armii. Amerykańskiej. AAR, czyli After-Action-Review znakomicie nadaje się do tego żeby usprawniać powtarzalne, standardowe działania. Choć każdy maraton jest inny, jeśli spojrzymy na nie jako na pewne projekty, którymi zarządzamy – są tak naprawdę bardzo podobne. I dlatego AAR znakomicie nadaje się do ciągłego usprawniania naszej organizacji kolejnych powtarzalnych wyzwań.

Narzędzie jest banalne w zrozumieniu, pierwsze zastosowanie wydaje się bardzo proste, ale z czasem, im lepiej się nim posługujemy, im więcej razy zrobimy AAR, tym więcej niuansów zauważymy. Metoda polega na zadaniu sobie po projekcie (niekoniecznie biegu, niekoniecznie starcie – ja używałem tego również do działań biznesowych) 4 kolejnych pytań.
1.    Jaki cel miałem osiągnąć?
2.   Jaki cel osiągnąłem?
3.   Jakie działania się sprawdziły i zastosuję je w przyszłości?
4.   Co się nie sprawdziło i zmienię następnym razem, aby uzyskać lepszy rezultat?

Proste? A więc po kolei!

1. Jaki cel miałem osiągnąć?
Parametry, liczby, konkrety. Jak najdokładniejszy opis, bez żadnego komentarza. Przykładowe rzeczy, które mogą się tu znaleźć:
a)      złamać 3:30 w maratonie
b)      pokonać maraton bez chwili marszu
c)       w ciągu miesiąca przebiec 150km

Kiedy pracujemy z grupami – często może się okazać, że różne osoby różnie definiują cele. Zazwyczaj świadczy to o tym, że szef, kierownik projektu niezbyt jasno określił zadanie. Podobnie czasem przy bieganiu – warto by zawodnik i trener tak samo definiowali co chcą osiągnąć w danym projekcie.

2.    Jaki cel osiągnąłem?
Najtrudniejsze w tym punkcie jest pominięcie komentarza. Zostajemy na poziomie suchych faktów, danych. Pomijamy słowa typu „tylko” albo „aż”. Nie szukamy pochwał ani usprawiedliwień. Czysty wynik. Odnosząc to do przykładowych zadań z części 1. możemy np. napisać:
a)      3:31:07 (-)
b)      Bez marszu (+)
c)       154,11km (+)

W tym momencie warto zrobić bilans – jedynie na zasadzie zadania zaliczonego lub nie (plusiki i minusiki w nawiasach). Często ludzie – szczególnie w sytuacji niezrealizowania celu – mają tendencję do usprawiedliwiania, albo przedefiniowywania celu. Np. w sytuacji a) „pobiegłem co prawda 3:31:07, ale było gorąco”, albo „pobiegłem co prawda 3:31:07, ale jestem zadowolony, bo pokonałem na trasie Jana Kowalskiego”. W pierwszym zdaniu – nie ma miejsca na usprawiedliwienia, nie o to chodzi, celem AAR jest lepsze wykonanie zadania w przyszłości. W przypadku przedefiniowania celu – warto na chwilę wrócić do punktu 1. i zastanowić się co było ważniejsze – złamanie 3:30 czy pokonanie Kowalskiego? Czemu dalibyśmy priorytet „A”?

3.       Jakie działania się sprawdziły i zastosuję je w przyszłości?

Odpowiedź na powyższe pytanie wbrew pozorom wcale nie jest łatwa. Jesteśmy wychowani w kulturze, która w dużym stopniu koncentruje się na niedoskonałościach. Nauczyciel w szkole na czerwono podkreślał błędy, które zrobiliśmy. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby szukać co poszło nie tak. W trzecim punkcie AAR jest miejsce na znjadowanie najlepszych praktyk, tego co się sprawdza, nawet jeśli jest to banalne i proste. Na tej podstawie tworzymy listę „rzeczy do zrobienia przed kolejnym projektem”. Warto wyodrębnić sobie kilka obszarów, w których będziemy szukać sprawdzonych rozwiązań. Np. dla startów zdefiniowałem sobie: trening, logistyka okołostartowa, sytuacje życiowe, przebieg startu, inne. Przykład dla podpunktu a) dla każdego z powyższych obszarów:
+ czułem się dobrze przygotowany (trening),
+ śniadanie przed startem dało mi energię na 10km, a nie obciążało żołądka (logistyka),
+ udało się załatwić urlop na dzień przed maratonem, spokojnie mogłem dojechać (sytuacje życiowe),
+ ustawiłem się w dobrej strefie (przebieg),
+ dobra organizacja maratonu pozwala skupić się na biegu (inne).

4.       Co się nie sprawdziło i zmienię następnym razem, aby uzyskać lepszy rezultat?

Tutaj szczerze i bez owijania w bawełnę musimy skonfrontować się z tym co możemy ulepszyć przed kolejnym startem. Nie szukać winnych, nie dokładać sobie, ale szukać obszarów poprawy i rozwiązań, które mogą podnieść start na wyższy poziom. Warto się odnieść do tych samych obszarów, które wyodrębniliśmy w punkcie trzecim. Pozwolę sobie już nie rozpisywać tego punktu na abstrakcyjnym przykładzie, za to pokażę Wam mój AAR po maratonie w Paryżu 2014.

MARATON PARYŻ 06.04.2014


Priorytet „B”
Co miałem osiągnąć?
Co osiągnąłem?
3:27 lub lepiej

3:38:44 (cel niezrealizowany)
Jakie działania się sprawdziły i zastosuję je w przyszłości?
Co się nie sprawdziło i zmienię następnym razem, aby uzyskać lepszy rezultat?
Trening:
- dobre przygotowanie szybkościowe
- dobra waga startowa
- siła biegowa

Logistyka:
- wcześniejszy przylot
- sam w hostelu = koncentracja
- spokojne ogarnięcie dojazdu na start
- banan i czekoladka przed startem
- odpowiedni strój startowy
- bluza „do wyrzucenia” na dogrzanie się na starcie
- brak rzeczy w depozycie = spokój na starcie
- jakość energetyczna żeli

Życiowe:
-

Przebieg:
- start z właściwej strefy
- swobodny bieg w pierwszej części dystansu

Inne:
- dobra, szybka trasa
- dużo kibiców, różnorodność
Trening:
- zabrakło wytrzymałości ogólnej
- zlekceważyłem słabe wykonanie treningu wytrzymałości tempowej

Logistyka:
- opakowanie „lotnicze” na żele jest za sztywne
- żele o za gęstej konsystencji
- startówki nie do końca rozbiegane – prawdopodobnie powinny być o pół numeru większe
- jedzenie hinduskie było za ciężkie przed maratonem
- za dużo spacerów w przeddzień

Życiowe:
-

Przebieg:
- zbyt ambitne założenie w pierwszej części (1/2 w 1:40) w stosunku do założonego celu
- brak kalorii (na trasie izo tylko w jednym miejscu)
- zbędne „dokładanie sobie” wyników innych osób

Inne:
- upał po chłodnym dniu

Dzięki metodzie AAR mam pewien porządek przed kolejnym startem. Wiem, co muszę zrobić, a jakich błędów mogę uniknąć. Wiem też na przykład, czego mogę się spodziewać jeśli z jakichś względów zabraknie mi np. długiego wybiegania. Analiza jest chłodna, skoncentrowana na osiąganie coraz lepszych rezultatów. I o to chodzi!

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Drugie życie - Brujita

Dwa życia Brujity. Nowe na medal i stare.
Lusterko zbiło się godzinę przed startem.
Po dwóch kilometrach już mocno dyszała. Tempo było spacerowe, warunki do biegania wymarzone, ale ona biegała pierwszy raz w życiu. Podbieg się skończył, a po prawej stronie otworzyła nam się piękna perspektywa na jezioro Bełdany. Oboje westchnęliśmy z zachwytu. Na ten widok będziemy potem czekać, wracać do niego. Minie równo rok.
Na luzie zrobiliśmy podbieg. Jezioro Bełdany zachwyciło nas tak samo jak rok wcześniej. Za nami było już 12 kilometrów. Do mety zostało jeszcze 30. Ale teraz to nie miało znaczenia. Wiedziałem, że da radę. Jeśli tylko się nie zagotuje. Pierwszy maraton potrafi wzbudzić niesamowite emocje. Ale biegła perfekcyjnie. Serce było gorące, ale głowa chłodna. Fizycznie była dokładnie w tym samym miejscu co rok temu. Sportowo, mentalnie – biegła obok mnie nowa osoba. Brujita, która narodziła się w błotach pod Lublińcem. Nowy człowiek, który nie musiał już niczego maskować histerycznym śmiechem, który tak dobrze pamiętałem sprzed roku.
O 6:30 w hotelowym holu stało dzikie zwierzę schowane w ciało dziewczyny. Widziałem jak jego oczy rozglądały się czujnie cały czas czekając na cios. Zwierzę zacisnęło dziewczynie usta, ścisnęło gardło. Kazało ciału wstać o świcie i biec. Zaczynał się właśnie drugi dzień szkolenia. Drugi dzień zawsze jest po pierwszym wieczorze. Ostatni wojownicy wracali właśnie do swoich pokoi. A zwierzę stało i czekało na bieganie. Truchtaliśmy po mazurskim lesie, w którym za kilka godzin miał się odbyć II MCI Maraton Mazury. To znaczy ja truchtałem, bo zwierzę walczyło o każdy oddech, o przetrwanie. Niewytrenowane ciało, nieodpowiednie buty, zmęczenie… Ale dziewczyna wlokła się czasem ze łzami w oczach, czasem chwytając tlen jak ryba. Cały czas tracąc mnóstwo sił na spięcie związane z brakiem bezpieczeństwa i drugie mnóstwo na maskowanie tego zdenerwowania. Pomimo tej niepewności widziałem wielką niezłomność. Zauważyłem też, że dziewczyna w tą swoją siłę nie wierzy, może nawet nie wie jak jest piekielnie mocna. Nie zdaje sobie sprawy, że może wszystko.
Nie wiedziałem jeszcze, że ten hart ducha wykuty był wieczną walką o przeżycie. O zaspokojenie podstawowych w hierarchii Maslowa potrzeb. Dopiero z czasem, oswajając to wewnętrzne dzikie zwierzę poznawałem jego historię. Powiedzieć, że życie się z nią nie pieściło, to dużo za mało. Kolejne rzeczy, których się dowiadywałem o tym co przeżyła wprawiały mnie w osłupienie, sprawiały, że czułem dziką bezsilność wobec tego co było. Zaczynałem rozumieć determinację, dostrzegałem blizny. Po dwóch miesiącach biegania zrobiłem coś, co z punktu widzenia fizjologii wysiłku nie miało większego sensu – wziąłem dziewczynę ze zwierzęciem na Bieg Katorżnika. Trudny, długi start ze stosunkowo małą ilością biegania. Przepracowaliśmy właściwie tylko podstawy. I rzuciłem ją na głęboką wodę jeziora Posmyk. Przez 3 i pół godziny była tam tylko ze sobą i demonami swojej przeszłości, które topiła w bagnach. Kiedy zobaczyłem jak wybiega na przedostatnią prostą wiedziałem już, że narodził się nowy człowiek – Brujita. Mała wiedźma – jak w Urodzonych Biegaczach. Zacięta, dokonująca cudów mała kobieta, która tylko dzięki swojej głowie wyprzedzała na trasie zawodowych żołnierzy. W gnijących bagnach, w brudzie kanałów melioracyjnych pojawiło się oczyszczenie.
Właśnie minął rok biegania. Brujita realizowała swoje marzenie – przebiec maraton. Nie byle jaki. Maraton Mazury. Ten sam czas, to samo miejsce. Czas zataczał koło. Od początku szliśmy w miarę równym, spokojnym tempem. W połowie dystansu uciekła nam jeszcze jedna dziewczyna, ale potem wyprzedzaliśmy tylko my. Na zbiegu, na płaskim, na podbiegu. Na drodze gruntowej i na asfalcie. Przy znaku 40 dogoniliśmy jeszcze jednego chłopaka. Poderwał się do walki i we trójkę biegliśmy prawie dwa kilometry. I wtedy stało się coś najpiękniejszego co może się zdarzyć na maratonie. Półtora kilometra przed metą Brujita włączyła trzeci bieg. Widziałem szok w oczach naszego współtowarzysza, któremu nagle zaczęliśmy odjeżdżać. Było trochę pod górę, a Garmin wskazywał, że to jeden z naszych najszybszych kilometrów. Wiedziałem, że ona wie, że to właśnie zrobiła. Że nie ma już żadnej wątpliwości. W wielkim stylu wbiegała na metę swojego pierwszego maratonu. Jednego z najtrudniejszych.

Za Brujitą jest rok pracy. Prawie 2000 kilometrów. Ani jednego treningu opuszczonego „bez usprawiedliwienia”. Praca organiczna. Od podstaw. Bez najmniejszego kredytu. Nie była to droga usłana płatkami róż, ale pełna kolców i cierni. Droga przemiany. Zaszczute zwierzę gdzieś zniknęło. Zamiast niego jest pewna swej wartości kobieta. Wie, że tego co zrobiła, nigdy nie odbierze jej żadne tsunami, które do tej pory regularnie niszczyło to, co chciała zbudować. Przebiegła coś więcej niż maraton…

niedziela, 6 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (3)

Au Grain de Folie
Stanisław Szozda zapytany co zapamiętał ze swojej kolarskiej kariery odpowiedział ponoć - "Przednie koło". Jeśli zapytacie mnie co zapamiętałem z maratonu w Paryżu odpowiem: "cienką niebieską linię atestu". Trzymałem się jej jak długo mogłem. Nawet jak odskoczyłem - wracałem do niej jak pies. Jeśli znikała odnajdywałem ja po kilkuset metrach.
Maraton musiał być piękny. Start spod Łuku Triumfalnego, ale ja czekałem na plac Concorde. Obelisk jest częstym gościem moich szkoleń. Plac zniknął szybko i zostało słońce. Ciepło, za ciepło, gorąco, a moja noga nie podawała. I chociaż czułem, że jestem zmęczony - to podjąłem ryzyko walki o życiowkę. Spróbowałem i przegrałem. Ale wolę spróbować i przegrać, niż nie próbować i na pewno nie wygrać. Do 15km szło nieźle - leciutki zapas, ale już wiedziałem, że musiałby się zdarzyć cud. Nie zagrało w sumie kilka elementów. Pamiętam tłumy i cienką błękitną linię. Walkę z bólem i zdecydowanie zbyt wolno zmieniające się kilometry na flagach. Od pewnego momentu karetki zaczęły jeździć co chwilę. Co kilometr, kilkaset metrów leżał jakiś biegacz. Nie chciałem tak skończyć. Przeżyłem.

Sam maraton podany saute - bez żadnych przypraw. Minimum. Niezła organizacja (choć toitoi mogłoby być 10xtyle), ale też wiele do poprawy. Na punktach woda, nieobrane banany, pomarańcze. Na mecie koszulka, medal i do widzenia.  Wracałem przemoczony Champs Elysees z 2 euro w kieszeni i czułem się niedopasowany, niedopieszczony, samotny. Kakofonia Ronda Charlesa de Gaulle i głównej ulicy handlowej Paryża brzmiały znajomo. Po chwili załapałem. Gershwin.
Paryż pokazał po maratonie swoje inne oblicze. Metro w niedzielę pełne było słynnych paryskich kieszonkowców. W ciągu jednego kursu uderzyli dwa razy. Drugi raz w chińską wycieczkę. Na mojej stacji Chińczycy schwytali na oko 14-letnia dziewczynę i przekazali ochronie. Ci nie pieprzyli się w tańcu. Z jednej strony surowość i bezwzględność. Z drugiej strony ogromne przyzwolenie na łamanie podstawowych przepisów jak przechodzenie na czerwonym świetle. W Wiedniu wszyscy piesi stali na czerwonym na pustej ulicy. Tutaj wszyscy z dezynowlturą wchodzą pod koła aut. Ale trzeba przyznać, że kierowcy zawsze przepuszczają bez względu na aktualnie palące się światła.
Po maratonie ogarnąłem się i poszedłem do Au Grain de Folie - wegetariańskiej knajpy na... wiadomo Montemartre. Zjadłem coś w stylu bigosu z seitanu i poszedłem się dalej szwendać po wzgórzu. Schodziłem wszystkie mniejsze uliczki pełne szyldów z dopiskiem "Autenthique", podziwiałem kelnerów poprzebieranych w berety i apaszki. I tłumy łapiące się na chwyty pacykarzy. Żałowałem, że nie zdążyłem tak naprawdę zobaczyć nic poza tym miejscem. Dzielnica Łacińska, muzea...
Tydzień to za mało. Ale już przynajmniej wiem czego szukać...
Merci beacoup, Paris!

sobota, 5 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (2)

Tu wieczorem wyrośnie knajpka.
Wczoraj walnąłem literówkę w tytule i niech tak zostanie. Szwendania po Paryżu dzień drugi. Intensywny. Dzień z narastającym wkurwem.

Kiedy wczoraj zanurzyłem się w miasto z radarów moich uszu zniknął język polski. Lubię bardzo to uczucie. Przechodzę automatycznie w stan większej czujności, większej uwagi na wszystko dookoła. Wchodzę mocno w role obserwatora. I czekam, słucham, patrzę...
Rano przy śniadaniu usłyszałem jednak kilka polskich słów. Okazało się, że jedna z dziewczyn z obsługi jest Polką. Zamieniliśmy kilka miłych zdań i zebrałem się do wczesnego wyjścia w miasto.
Kocham zwiedzać metropolie chwilę po przebudzeniu. Kiedy sklepikarze dopiero rozkładają swoje kramy, kelnerzy rozstawiają kawiarniane stoliki, a turystyczna masa jeszcze śpi po ostrych melanżach. W takiej atmosferze bocznymi uliczkami wspinałem się na Montemartre. Podnóże bazyliki zachwyciło mnie. Wszystko było takie jak z najlepszych wyobrażeń o Paryżu. Szedłem powoli rozkoszując się ciepłem wiosny. Ale im bliżej szczytu, tym bardziej waliło Krupówkami. Tani romantyzm za grube pieniądze. Nieznośny chiński kicz i landszafciki ze wszystkimi zabytkami Paryża na jednym kartonie A4. Podkoszulki "I <3 Paris" i miniaturowe Wieże Eiffela świecące niczym figurki z Lichenia. Pasza, po którą przyjeżdża głodna "prawdziwego Paryża" wycieczka Rosjan czy Chińczyków. A prawdziwy Paryż był kilka ulic dalej.
Male skwerki z kawiarenkami, otwarta przestrzeń, placyki i małe sklepiki ze wszystkim. Miejsca, które opierają się gentryfikacji. Miejsca dla zwykłych Paryżan. W Warszawie ostatnio rozwalił mnie zakład fryzjersko-optyczny na ulicy Grajewskiej, w sercu Szmulek, pośrodku niczego. Tu na każdej ulicy jest pełno małych punktów handlowych i usługowych. Obok mojego hostelu jest chyba 20 sklepów z gitarami. Takie zagłębie. Nadmiar centrów handlowych i dyskontów niestety wysysa z miasta życie.
Na Pigalle wsiadłem w metro. Wycieczka na drugi koniec miasta aby odebrać pakiet startowy. Poranne metro zawsze jest pełne ciekawych ludzi. Niedobitków wracających z imprez, ale i matek-imigrantek, które utrzymują to miasto w ruchu. To one sprzątają po nas toalety, zmywają talerze, zbierają śmieci. Bez nich system miejski runąłby jak domek z kart. To ich synowie siedzą bezrobotni i sfrustrowani na przedmieściach, czekają na lepsze zżycie korzystając z socjalu Republiki. Tak Republika spłaca swój dług wobec matek-imigrantek.
Targi przedmaratońskie potężne, ale nieźle zorganizowane. Dzikie tłumy ludzi i stoisko Maratonu Warszawskiego. Drugi raz dziś usłyszałem język polski.
Najgłupszym pomysłem było teraz pojechać pod Wieżę Eiffela. Kolejka po bilety ogromna, a cale Pola Marsowe i okolice, to Krupówki i Monciak razem wzięte. Do kwadratu. Gra w trzy kubki, pamiątki po zawyżonych cenach, zgiełk i znowu "pasza dla turystów". Uciekłem na kolejny indyjski obiad. Ciekawe jak się biega maraton nie na makaronie, a na ryżu :) Podwójnym. Obskoczyłem drzemkę w hostelu i ruszyłem na podbój Parc des Princes. Jako wspaniały wypełniacz głowy przed maratonem kupiłem sobie bilet na mecz PSG-Reims. Fajne widowisko. Zderzenie gry jednej z najlepszych drużyn tegorocznej Ligi Mistrzów z codzienną IV-ligową rzeczywistością nawet nie boli. Nawet nie jest zabawne. To dwa inne sporty po prostu. PSG wygrało 3:0 i ruszyłem z powrotem na Montemartre zacząć już się ogarniać do jutrzejszego maratonu. Na spotkanie Polaków w pizzerii wpadłem już za późno - wszyscy wychodzili, więc pozostało mi zorganizować kolację we własnym zakresie. Kiedy wielki czarny ochroniarz w sklepie życzył mi z uśmiechem miłego weekendu zrozumiałem co mi się tu podoba. Po prostu mało tu krzykliwych niepewnych siebie maczo ze spiętymi pośladami. Nie ma tu prawie w ogóle cwaniaków, którzy znaczą swój teren głośnymi "kurwami". Nikt tu nie musi nikomu niczego udowadniać. Zwykła codzienna uprzejmość nie jest oznaka słabości. Po prostu tak się żyje milej i łatwiej wszystkim.
Przede mną ostatnie przygotowania do jutrzejszego maratonu. Naprawdę nie wiem jak pobiegnę. Po dzisiejszym dniu jestem zmęczony. Pocieszam się, że równie zmęczony byłem łażeniem po Berlinie przed maratonem w Dębnie, a zrobiłem wtedy życiówkę. Wszystko będzie wiadomo jutro. W sumie w maratonie najtrudniejszych jest ostatnich 40 kilometrów.

piątek, 4 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (1)

No i wylądowałem. Paryż przywitał mnie chłodem. Ale od początku...
Pierwszy raz leciałem z Modlina i uczucia mam mieszane. Na bramkach przetrzepali mnie dokumentnie. Wsadzali palce w majtki i wąchali kosmetyki. Nie znaleźli przypadkowo zaplątanych w bluzie nożyczek do paznokci. Na hali sporo zamieszania, w ostatniej chwili ruszamy do Ryanaira. Oprócz mnie jest jeszcze Karol i Tatiana. Ale mają miejsca w innej części samolotu. Przed startem okazuje się, że w niemal pełnym samolocie mam dla siebie 3 fotele. Mogę się położyć. Korzystam i śpię dobra godzinę. Z cieplej Warszawy po 2,5 godzinach znajdujemy się na zachmurzonym lotnisku – 80km od Paryża. Szybko ogarniamy bus. Kolejna dobra godzina w drodze. Powoli droga zaczyna mnie męczyć. Kiedy wysiadam mam ochotę iść. Gdziekolwiek, byle rozprostować nogi. Szukamy miejsca żeby coś zjeść. Też dobrze.
Pod kątem diety wegańskiej dobrze rokuje restauracja indyjska. Ale zanim usiądę, muszę spytać kelnera. Na szczęście mówi po angielsku. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, że z całych sił pomagał. W Polsce weganizm jest traktowany jako fanaberia, nie jesz - to masz problem. Tutaj - czułem się zupełnie naturalnie. Wyszukaliśmy ryż z soczewicą i do tego sosy... Powiem szczerze - butelka tabasko starcza mi na 2 dni. Tu dostałem takiego diabła, że zjadłem tylko łyżeczkę. Dostałem czkawki, popłakałem się i poleciał mi katar. Przeżyłem. I chyba tam wrócę po maratonie.
Po kolacji rozstaliśmy się z Karolem i Tatiana. Zanurzyłem się w zgiełk metropolii. W multikulti. W potęgę imperium. Wieżę Eiffela i Luk Triumfalny widziałem tylko z daleka na razie. Ale przepych, bogactwo kamienic, tkanka miejska - to robi wrażenie. Wrażenie robią samochody poparkowane zderzak w zderzak na każdym wolnym skrawku miejsc parkingowych. Myślę, że nasi strażnicy miejscy musza cierpieć niesłychanie czując swą bezsilność w innym kraju.
Ulice metropolii tętnią zżyciem. Zafundowałem sobie dłuższy spacer. Chciałem poczuć specyfikę miasta. Choć kawałka. I tak od Champs Elysees poszedłem na Montmartre. Tu śpię. Wdychałem spaliny wieczornego korka, zapachy narożnych kebabiarni, perfumy Paryżanek. Każda z nich ma jakiś estetyczny pomysł na siebie. Chłonąłem atmosferę houellbecqowskiej dekadencji. Z przyjemnością patrzyłem na to zepsute zachodnie społeczeństwo. Zepsute, ale jakże piękne. Posągowa uroda Murzynek. Artystowska nonszalancja młodych hipsterek. Apaszki na szyjach małych dam.
Mieszkam na Montmarcie. Blisko Pigalle i Moulin Rouge. Gdybym przyjechał imprezować, a nie na maraton - byłbym najszczęśliwszy na świecie. A tak - spodziewam się nocnych atrakcji w wyluzowanym hipisowskim hostelu. Zresztą recepcjonista przywitał mnie zachwytem nad Warlikowskim i Lupą. Przed chwila puszczał Led Zeppelin.
Nie wiem jak się skończy w niedzielę. Z tarczą czy na tarczy. Nie wiem nawet co to znaczy ta „tarcza”. Ale póki co korzystam. Cieszę się miastem, w którym do tej pory nie byłem. Bienvenue Paris!

poniedziałek, 31 marca 2014

Paryż na 80%

Optymalne przygotowanie się do maratonu wymaga pełnego poświęcenia i odrobiny szczęścia. Na to poświęcenie składa się ciężka praca, rezygnacja z tego co rozprasza w osiągnięciu celu. Szczęście, to bardziej unikanie wypadków, chorób, niespodzianek, które potrafią rozbić plan. Banał, ale o jego prawdziwości przekonuję się raz za razem.
Do końca stycznia wszystko szło pięknie. Nowa życiówka na 15km – może nie oszałamiająca, ale pierwsza od sierpnia 2011. Dobre, mocne treningi, rekordowe objętości. Aż przyszedł luty…
Kluczowy moment budowania wytrzymałości na maraton w Paryżu, który miał być szybkim startem tej wiosny. Zakurzona życiówka w maratonie wydawała się bardzo realna. Ale prosta kombinacja dwóch czynników rozwaliła system przygotowań. Praca i zdrowie. Na bieganie trzeba zarobić. Długi intensywny czas wyjazdów szkoleniowych przypłaciłem niestety przeziębieniem. Wypadł tydzień, podczas którego powinienem trzaskać objętości. Leżałem w łóżku i nie mogłem się ruszyć. Obejrzałem cały trzeci sezon „Gry o Tron” i liczyłem srtacone kilometry. Dwa kolejne tygodnie były powrotem do jakiejkolwiek sprawności biegowej. Krótki terenowy trening podczas Ortorehowych warsztatów przygotowujących do Biegu Rzeźnika robiłem na niesłychanie wysokim tętnie. Serce mocno poczuło przerwę. Rozpoczęła się walka z czasem o nadrobienie tego czego nadrobić się nie da. Długie wybieganie z narastającą prędkością skończyło się nokdaunem. Kluczowy trening nie wyszedł tak jak powinien.
W marcu dużo czasu poświęciłem moim synom. Korzystając z pięknej pogody ganialiśmy za piłką. W każdą sobotę rano jechaliśmy na halę lub orlika pokopać. Pobudować nasze męskie relacje. Jakkolwiek głupie to było od strony sportowej – miałem ogromną potrzebę podjęcia tego ryzyka w imię naszej bliskości. Potrzebowałem tego dużo bardziej niż wyniku w Paryżu. I skończyło się tak jak się musiało skończyć – upadkiem. Ratując nogi grzmotnąłem twarzą w murawę. Przejechałem językiem po zębach. Chyba wszystkie. W tej chwili poczułem nos. Promieniujący ból, krew i lekkie zamroczenie. Zwlokłem się z boiska, chwilę poleżałem zanim doszedłem do siebie. Do maratonu zostały 2 tygodnie… Wypadł kolejny trening…

Jadę do Paryża bez wielkich nadziei. Jadę powalczyć, ale bez spinki. Poprawka mogłaby być 27-go kwietnia – jest maraton w Hannoverze. Ale czysto po ludzku – nie mam z kim zostawić dzieci. Trudno. Czasem są rzeczy ważniejsze niż maraton.

piątek, 24 stycznia 2014

Progres, czyli na co stać człowieka

Luty 2008. Zimowy Bieg 3 Jezior w Trzemesznie.
5:00 Punkt wyjścia
23 września 2007 roku wydawało mi się, że dokonałem największego sportowego osiągnięcia w moim życiu – pokonałem (bo nie przebiegłem) swój pierwszy maraton – 29. Flora Maraton Warszawski. Poobcierany, obolały, wyczerpany, czułem się jak bokser po nokaucie. Czas 5:00:00 netto. Dałem z siebie wszystko. Kiedy opadła euforia – pojawiło się pytanie – jak to jest, że inni pobiegli ten dystans szybciej, a przybiegli mniej zmęczeni? Że mogli się cieszyć, podczas gdy ja walczyłem o przetrwanie?

4:30 Podporządkowanie
Podejmuję decyzję – niech ktoś mądrzejszy ustawi mi trening. Rozpisze, poprowadzi. Ja będę realizować te założenia krok po kroku. W pełni zdając się na wiedzę drugiej strony – podporządkuję się, zagryzę zęby, odstąpię od własnych pomysłów. Może uda się dzięki temu pobiec na wiosnę maraton w 4:30? Może uda się pobiec 10km poniżej 50 minut (dotychczasowy rekord 55:08)?
W internecie poznaję Bogusia, który podejmuje się tego nierealnego zdawałoby się zadania – urwać pół godziny w kolejnym maratonie. Zaczyna się wspólna praca. Jesienna szaruga za oknem nie zachęca do biegania, ale plan, zewnętrzny trener – trzyma dyscyplinę. Trenując dla samego siebie – odpuściłbym wiele razy, wiedząc, że ktoś poświęcił mi swój czas – nie mogę go zawieść moim lenistwem. Zmieniam nieco dietę, uczę się podstaw. Skipy biegałem ostatnio w szkole podstawowej. Teraz poznaję dodatkowo co to są tempówki, OWB…
Nastawiam się na spokojną realizację założeń treningowych. Wierzę, że efekt przyjdzie.

4:00 Kształtowanie
Jesienna plucha, zima, śnieg, śnieg z deszczem. A ja tłukę skipy, przebieżki i kilometraż. Czasem muszę wyjść na trening po 22.00, czasem muszę wstać o 5:40. Regularne treningi godzę z pracą, ale spora część opieki nad dziećmi spada na żonę. Tydzień planuję pod kątem rozmieszczenia treningów. Szczęśliwie omijają mnie kontuzje. Uczę się pracy nad sobą. Czasem trudniej niż biegać szybko jest zwolnić do założonego tętna. Czasem chciałoby się pobiec, wyrwać do przodu…
Motywuję się małymi kroczkami. Robię wszystko według planu. Objętość treningu zwiększa się do ok. 70km tygodniowo. Pojawiają się małe sukcesy – 46.30 na 10km. 1:12 na 15km. Wyniki, o których na jesieni bym nawet nie śnił. Powoli czuję, że realne staje się złamanie 4 godzin w wiosennym maratonie. Wiem, że nie jestem wyjątkowym talentem, ale nadrabiam regularną pracą. Przez całe pół roku opuszczam tylko 2 treningi. O ten sylwestrowy mam żal do samego siebie – odpuściłem. W lutym oszczędzam bolące kolano.
Zbieram piękne momenty – księżyc nad stawami, mgła na białostockiej wsi, pierwsze odgłosy i zapachy wiosny. To one dają nadzieję w codziennym znoju, gdy czasem pot zamarza mi na twarzy.
Poprawiam 15km na 1:09, 10km na 43:55. Półmaraton Warszawski biegnę w 1:38:26. Czuję się mocny psychicznie, jestem w życiowej formie fizycznej. W wieku 33 lat ważę najmniej od wczesnych czasów licealnych. Odmłodniałem kilka lat.

3:45 Szlifowanie
Pewnego dnia okazuje się, że już jest wiosna. Nagle na porannym treningu słyszę ptaki, których dawno nie słyszałem, zauważam, że drzewa nie są już takie łyse. Czterystumetrówki na krakowskich Błoniach wychodzą dobrze. Zgodnie z założeniami. Zaczyna się wielkie odliczanie i planowanie samego startu. Diabeł tkwi w szczegółach. Jak się ubrać, jak się przygotować. Tygodniowo biegam po 70-80 kilometrów. W sumie przebiegłem ich ponad 1600 przez 6 miesięcy. Jestem gotowy na dobry wynik.

3.39 Start
Na sprawdzian wybrałem Vienna City Maraton. Melduję się na starcie ok. godziny przed startem. Udało mi się zdobyć miejsce w dobrej strefie startowej. Rozgrzewka, rozciaganie. Poranek jest bardzo rześki, ale dzień zapowiada się ciepły. Kiedy na starcie słyszę walca „Nad pięknym modrym Dunajem” wiem już, że startujemy za moment. W tłumie kilkunastu tysięcy biegaczy (równocześnie jest półmaraton i sztafeta maratońska) ruszam na Reichsbruke. Dalej uliczki parku przy Praterze i wbiegamy na Ring. Pierwsze kilometry w tempie ok. 4:55. Zaczyna być bardzo ciepło. Na każdym punkcie łapię izotonik i wodę. Pilnuję tempa. Na 14-ym kilometrze zauważam żonę i synów – kibicują mi w tym upale. Łzy napływają do oczu. Przejechali ze mną ponad 700km żeby zobaczyć na co tata pracował przez ostatnie pół roku. Będą jeszcze na 42-im, ale wtedy już nie będę w stanie ich zauważyć skupiony na ostatniej walce ze słabościami. Tymczasem wspinamy się powoli pod Schonbrunn, niewidoczne z pozoru nachylenie odbija się jednak na tempie. Żeby utrzymać właściwą prędkość trzeba mocniej pracować. Kilometry mijają nawet, boli przeciążone udo, upał daje się we znaki. Ale walczę, trzymam się. Odżywki dodają nieco energii. Ale najwięcej daje świadomość dobrego przygotowania. Przypominam sobie te wszystkie śniegi, błota, piaski przez które biegałem w okresie przygotowawczym. Te interwały, ćwiczenia, całe poświęcenie, które pozwoliło mi stanąć dziś na starcie. Stanąć z podniesioną przyłbicą. Śmiało spojrzeć na królewski dystans.

Za słupkiem „34” nagle coś się zacina. Wiem, że nie mam szans na wymarzone 3:30, bieg przechodzi w szybszy chód. 2 minuty i dalej biegnę, i tak kilka razy. Za 40 kilometrem widzę, że i o 3:40 będę musiał powalczyć. Spinam się w sobie. Ostatnie 2 kilometry biegnę znowu w tempie ok. 5 min/km. Widzę wąski szpaler kibiców, nie rozpoznaję twarzy. Słyszę zgiełk, znowu mijam biegaczy. Heroicznym zrywem wbiegam na HeldenPlatz, mam jeszcze siłę na ostry finisz. Wpadam na metę 3:39:54. W stosunku do pierwszego maratou urwałem ponad 80 minut. 

maj 2008

czwartek, 9 stycznia 2014

Vienna City Marathon 2008

[30 kwietnia 2008]
Sukces ten dedykuję mojej kochanej żonie, bez której niemożliwe byłoby zrealizowanie tego marzenia. Zapracowała na ten sukces w nie mniejszym stopniu niż ja. Bez jej poświęcenia nie mógłbym solidnie trenować. Drugim współtwórcą sukcesu był oczywiście Trener. Człowiek, który w pół roku zmienił mnie z dreptacza w biegacza-amatora. Dziękuję Wam!

Pół roku ciężkiej pracy i oto jestem w mieście mych snów. Cesarski Wiedeń wita mnie chłodno. Jutro maraton. A ja zasuwam ponad 10km po zimnym Wiedniu z dzieciakami na plecach, na rękach, na boku. Sporadycznie dają się wsadzić do wózka. Więc zaliczamy poranny spacer po Miedling, bieganie po metrze, obchodzimy cały teren Messe Halle Wien, kawałek Prateru, potem Stephansplatz, szybka wyprawa na Favoriten i zaliczenie całego deptaku, znowu Prater, na Ring i powrót na Miedling. Jestem wykończony. Czuję udo, czuję kręgosłup. A jutro maraton.
Pobudka o 6.00 nie jest niczym niezwykłym. Szybkie śniadanie, organizacja startu zajmuje trochę czasu. Izotonik, regeneracja, strój, numer. Wszystko gotowe. Zbieram się i idę do metra. Na peronie widzę już kilka osób z charakterystycznymi błękitnymi torbami do depozytu. Uśmiechamy się do siebie. Podjeżdża metro, a w nim kilkudziesięciu kolejnych maratończyków, półmaratończyków i sztafeciarzy. Wszyscy wystartujemy razem.
Przesiadka do czerwonej linii U1, która dowiezie nas na linię startu. Wagony zapchane biegaczami i kibicami. Tylko pojedyncze osoby nie jadą akurat na stację Alte Donau. Na każdej kolejnej stacji dołączają kolejni zawodnicy. Za chwilę kolorowy, międzynarodowy tłum wyleje się przed budynek ONZ.
Idąc na linię startu wpadam na stację ESSO, żeby kupić izotonik. Ze zdziwieniem widzę, że na stacji sprzedają również żele energetyczne! Przy ciężarówce-depozycie przebieram się, przygotowuję. Lekkim truchtem idę na start. Widzę grupę Polaków ze Zrywu Namysłów, widzę Metę Lubliniec. W zielonej strefie spotykam biegacza z BRE Banku, chwilę rozmawiamy i idę do swojej błękitnej. W tłumie cierpliwie czekamy na sygnał, grają kolejne hity muzyki klasycznej. Kiedy w głośnikach rozlega się „Nad pięknym modrym Dunajem” wiadomo, że do startu pozostał już tylko moment.
Pierwszy raz biegnę w strefach i jest rewelacyjnie. Nie ma tak popularnych blokersów, którzy stają w pierwszym rzędzie, żeby po 200m zacząć iść z wysiłku. Idziemy równym tempem. Wyprzedzanie jest powolne. Pierwszy km w 5:05. Biegniemy mostem, zaraz za nim widać już tłumy kibiców – będą nam towarzyszyć niemal przez całe 42 kilometry. Po chwili mijamy Prater, rzut oka na Riesenrad i równym spokojnym tempem biegnę kolejne kilometry. Pierwsze 5km w założeniach. Spotykam dwójkę Polaków, po wymianie pozdrowień powoli ich wyprzedzam. Biegnę równym tempem po 4:54. Zaczyna się robić ciepło. Wiem, że za chwilę będzie bardzo ciepło. Na razie jest jeszcze lekko. Na razie jest pięknie. Choć czuję prawe udo po noszeniu dzieci, choć czuję kręgosłup – biegnę, rozkoszuję się miastem. Zwykli Wiedeńczycy wyglądają z okien, machają nam. Na 14km zauważam Karolinkę z chłopakami. Zdążyła mi jeszcze strzelić dwa zdjęcia, Jaś mnie zauważył i pomachał. Dodaje to sił na długim kilkukilometrowym podbiegu. Ehhh… gdyby mogli być gdzieś na 35km… Mniej więcej do 20km pniemy się niepostrzeżenie pod pałac Schonbrunn. Nie widać przewyższenia, ale jest zdradliwe, powolutku zakwasza. Rozmawiam chwilę z Polakiem z Krakowa. Zaprasza na Bieg Papieski. Lecę dalej. Słońce zaczęło już prażyć, punkty odświeżania funkcjonują tak sobie, na szczęście jest ich sporo i są świetnie oznaczone. Za Schonbrunn skręcamy, za chwilę zacznie się z górki. Rozmawiam z dwójką Maniaców, razem zbiegamy z Mariahilfer Strasse. To tu wypadnie najszybszy kilometr – 4:36. Tłumy kibiców pozdrawiają nas, machają, dzieci wyciągają ręce. Wracamy w obręb Ringu. Zaczynam czuć żar. Półmaratończycy skręcają na swoją metę – robi się luźniej. Trzecia dziesiątka idzie już trochę ciężko, boli udo. Skupiam się na biegu, dużo mniej rozglądam się na boki. Zaczyna się walka na każdym kilometrze. Wskazania Forerunnera coraz bardziej odbiegają od oznaczeń kilometrów. 300 a nawet 400 metrów przed znaczkiem słyszę charakterystyczne pip i widzę swoje tempo. 30km za mną. Na trasie spotykam Polaka z Sulejówka – biegnie ciężko, ale równo. Ja zaczynam mięknąć. Kolejne kilometry dłużą się niemiłosiernie. Park przy Praterze daje tylko iluzję ochłody. Ponieważ ten odcinek to agrafka – widzę szybszych biegaczy. Oni już wracają… 34km i nie wiem dlaczego – pękam. Tak mi brakuje tutaj kogoś z kim mógłbym się zabrać. Kogoś kto by na mnie czekał, dodał otuchy… Idę dwie minuty, potem wracam do biegu, ale nie mogę się zmusić do biegnięcia ok. 5 min na km. Nogi niosą 5:30. Na szczęście jestem już za zawijką i teraz ja patrzę na tych, którzy mnie gonią. Zbieram siły. Znowu 3 minuty marszu, kilka minut biegu, jest trochę lepiej. Wracamy na Ring. Ok. 40km z głośników lecą walce, aż chciałoby się zatańczyć. Tylko te nogi jakieś takie ciężkie. Patrzę na zegarek i widzę, że będzie ciężko złamać 3:40. Ostatnia mobilizacja, ostatni zryw, ostatnie 2km… Wracam do tempa ok. 5min/km. Nie widzę przed sobą prawie niczego, czuję tylko bliskość kibiców, biegnę już w wąskim szpalerze, omal nie wpadam na kogoś, kto się za mocno wychylił. Pędzę, mijam kolejne osoby, jeszcze kilometr z kawałkiem, jeszcze kilkaset metrów. Gdzieś tam stoi Karolinka z chłopakami, ale nie mam szans ich zauważyć. Jedyne co widzę, to uciekające minuty i plecy kolejnych mijanych osób. Szarża na 3:40. Ostatni zakręt, jeszcze 200m, zaczynam finisz, sekundy uciekają, wbiegam na murawę – ostatnie 100m biegniemy po trawie. Jest!

3:39:54

Chcę mieć Trenera

Gdybym powiedział, że na pierwszym maratonie zderzyłem się ze ścianą, byłoby to co najmniej nieprecyzyjne. Lepszą metaforą jest wpadnięcie pod walec drogowy, który rozjeżdżał mnie przez jakieś ostatnie 17 kilometrów. Zderzenie z lokomotywą. Upadek w kamienistą przepaść. Jaka tam ściana? Doczłapałem do mety w czasie równych 5 godzin (5:00:00 netto). Płacząc z bólu i wyjąc z bezsilności. Widziałem jak mnie – 30-letniego zdrowego konia – mijają „emeryci i renciści”. Widziałem jak moi rówieśnicy stoją na mecie. Wymasowani, uśmiechnięci, umyci i przebrani. Coś musiałem zrobić źle. Było dla mnie jasne – muszę mieć trenera!
Pokora. O ile wcześniej znałem to słowo, to dzięki bieganiu dopiero zrozumiałem co naprawdę znaczy. Nie przyszło mi to łatwo, ale musiałem w końcu przyznać. „Panie Staśkiewicz, spieprzył Pan te przygotowania”. Duma skuliła się w kąciku, a ja postanowiłem poprosić o pomoc kogoś mądrzejszego. W 2007 roku nie używało się fejsbuka, nie było tysięcy stron z poradami dla biegaczy, trenerów czekających na amatorów biegania. Były książki Jerzego Skarżyńskiego i chyba dwa fora dyskusyjne. Na jednym z nich przez przypadek poznałem Bogusia.
Mieszka 350km ode mnie, ma za sobą karierę w biegach na orientację, a w maratonie wynik 2:48. Skończył AWF, trenował z Radkiem Dudyczem – dwukrotym Mistrzem Polski na królewskim dystansie. Ale przede wszystkim poczułem z Bogusiem „chemię”. Praktycznie wszystko co wiem o planach treningowych – nauczyłem się od niego. To jemu się spowiadałem z każdego treningu, on monitorował moje postępy. Wspierał, motywował, wyznaczał cele. W sposób naturalny, intuicyjny znalazł „metodę na mnie”. Nie widząc mnie. Dzwoniliśmy sporadycznie, a kontaktowaliśmy się głownie mailowo.
Jako pierwszy cel postawiliśmy sobie złamanie 4h w maratonie w Wiedniu. Mieliśmy pół roku na urwanie godziny. To było magiczne 6 miesięcy. Przez ten czas tylko 2 razy nie wyszedłem na zaplanowany trening. Raz z powodu jakiegoś drobnego urazu, raz ze względu na złą organizację. W tym drugim przypadku miałem strasznego moralniaka. Zawiodłem trenera…
Mądrość Bogusia polegała na tym, że prowadził mnie wyznaczając bliskie cele. Dziś myślę, że dosyć szybko zorientował się na co mnie stać, ale nie wywierał presji. Dawał zadania do realizacji, dawał spokój, ale nie pozwalał żebym się zbyt podpalił. Najmądrzejsze co wtedy zrobiłem, to było pełne zaufanie do trenera. On decydował, ja realizowałem. Nie wtrącałem się, nie mądrzyłem. Dawałem jedynie informację zwrotną z tego jak się czuję w treningu.
Pokora. Cholernie ciężka dla mnie. Dla człowieka, który od lat w pracy staje przed grupą w roli eksperta. Grzeje się w cieple dziesiątek par oczu, samemu świecąc blaskiem najjaśniejszej gwiazdy. Szkoląc czerpię energię „z grupy”. Cieszy mnie zainteresowanie, pytania, uznanie dla mojej wiedzy i fachowości. Tym razem to nie ja byłem trenerem. Byłem pokornym uczniem.
6,5 miesięcy po moim debiucie stanąłem na starcie maratonu w Wiedniu. Jak to się skończyło – przeczytacie tutaj.

Boguś,
Jeśli to przeczytasz – dziękuję Ci z całego serca. To Ty stworzyłeś ze mnie biegacza!

środa, 4 grudnia 2013

Moja Czomolungma (AD 2007)

Foto by Wikipedia
Poniższe teksty opublikowałem na forum biegajznami.pl w roku 2007.

[10.09.2007]
Przeczytałem kiedyś artykuł Jacka Hugo-Badera w Magazynie Gazety Wyborczej pod tym tytułem (Moja Czomolungma) o tym jak przebiegł maraton. Wtedy wydawało mi się to nieosiągalne, niesamowite. Dziś sprawdziłem wydanie - było to 7 listopada 1997 roku, a więc 10 lat temu! 
Niewiarygodne, ale ja do mojej Czomolungmy zbierałem się 10 lat. W międzyczasie zdążyłem zbudować dom, spłodzić dwóch synów i posadzić drzewo. Zostało już tylko przełamywanie własnych słabości.
Odliczam czas do mojego debiutu na Maratonie Warszawskim. Już niespełna 2 tygodnie. Od pół roku żyję tym startem. Od trzech miesięcy wszystko podporządkowuję treningom. Od dwóch tygodni trudno mi się skupić na innych rzeczach. Można powiedzieć, że prowadzę podwójne życie - rodzina nic nie wie o starcie, chcę, żeby mieli niespodziankę. Wewnątrz - ciągle myślę o przygotowaniach. Wiem, że będzie ciężko, wiem, że będzie bolało. Ale wiem, że warto. 
Bieganiu już teraz zawdzięczam bardzo dużo. Zrzuciłem ok. 20kg, mam kondycję, normalnie wyglądam w garniturze. Poznałem wiele niesamowitych miejsc - nawet w mojej Warszawie. Nauczyłem się swojego organizmu. 
Teraz przede mną ostatnie kilometry przed Czomolungmą. Już za dwa tygodnie...

[24.09.2007]
23.09.2007 o 9.02 wyruszam przy dźwiękach "My Way" Franka Sinatry. Mam łzy w oczach. Pierwsze kilometry płynę w tłumie innych osób. Jest idealna pogoda, moja ukochana Warszawa. Po 3km doganiam zająca na 4:00 i wiem, że trzeba zwolnić. Choć nogi rwą się do przodu - zwalniam. 10km mija w spacerowym tempie. Jest bosko i błogo. Ludzie z boku się uśmiechają. Biegnę uskrzydlony. 
14km - KOW - wspaniałe dzieciaki i dorośli  Wciągam żel, swój płyn. Jest super. Na Gdańskim zaczyna grzać. 
18km - biegnę w grupie na 4:30. Jest fajnie. Maraton wydaje się prościutki. Tylko utrzymać to tempo i będzie dobrze. 
21,097 - czas ok. 2.14 - jak dla mnie rewelacja. A jeszcze nie zdążyłem się porządnie zmęczyć.
Na 24km jednak grupa zaczyna powoli budować przewagę. Ja już czuję w nogach bieg. Na szczęście znowu jest KOW (jeszcze raz dzięki). Ale Wiertniczą i Powsińską biegnę w samotności. 
Przy słupku 27km wciągam miodowy żel. Jest mi strasznie słodko i mdło. Czekam na odświeżanie na 27,5 żeby złapać choć łyk wody. Ale zonk... Punkt już zwinięty. Zwalniam.
Na Sobieskiego tuż przed 30km idę siku, mija mnie wtedy grupa na 4:45. Ale masaż lodem na 30km jest cudowny. Wraca mi energię.
32km-33km - na Witosa zaczyna się ściana. Zaczynam iść. Kolejne kilometry dedykuję kolejnym bliskim. To mnie trzyma i daje siłę. Za KOW-em (34) znowu trochę biegnę. Widzę ludzi, którzy siedzą, walczą ze skurczami. 
36-39 km - kryzys. Dużo więcej idę niż biegnę. Dotykam tabliczki 39km na rogu Ludnej i... w tym momencie łapie mnie lekki skurcz. Kolejne kilkaset metrów muszę przejść. Ale już czuję euforię. Skoro dotarłem tak daleko - muszę dotrwać. 
40 km - punkt odświeżania, doping kibiców - zaczynam powoli truchtać. Patrzę na zegarek. Ostatnie 2 km powinienem zrobić w 15 minut. W normalnych warunkach - byłoby to banalne zadanie. Teraz - muszę się sprężyć w sobie.
Ostatnia prosta to mnóstwo kibiców. Nie czuję bólu, nie czuję zmęczenia, płaczę ze szczęścia. Czas na mecie wg zegara 5:01. Netto (wg stopera) <5h. A więc chyba się udało. Czas - idealny. Zmieściłem się w swoim limicie przyzwoitości. Ale też zostawiłem sobie duuuuuuuuuużo miejsca na poprawę. Mam motywację do kolejnych biegów  Jestem wykończony.
24.09.2007 Wszystko boli. Chodzę jak potłuczony. Wracam samochodem do domu wzdłuż trasy, którą czasami biegam. A może dziś pobiegać? Rozsądek mówi, że nie. Uświadamiam sobie, że mam już dziś głód biegania. I że z Maratonem chcę jeszcze raz.

[28.04.2008]
Pół roku minęło od mojego debiutu. Pół roku ciężkiej pracy, wyrzeczeń, wypełniania punkt po punkcie zadań Trenera. Przebiegłem swój drugi w życiu maraton - tym razem w Wiedniu.
Pół roku temu myślałem, że maraton jest tylko dla Twardzieli. Dziś wiem, że jest dla ludzi. Dzięki ciężkiej pracy poprawiłem swoją życiówkę...



o ponad 80 minut




MW 2007 5:00:00 ==> VCM 2008 3:39:54

A wiem, że może być jeszcze lepiej.