Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ślubny smoking, czyli 8 mitów

Mija właśnie 10 lat mojego małżeństwa. Odkopałem mój ślubny smoking. Dekadę temu byłem emerytem przed 30-tką. Dziś przeżywam drugą młodość. Marcin – ten post jest z dedykacją dla Ciebie!
Żeby wtedy jakoś wyglądać i wejść w ten smoking nabyłem „cudowne tabletki”. Pani w sklepie z garniturami poradziła mi jeszcze żebym kupił specjalny pas, który opnie moje brzuszysko. Prawda jakie to proste? Korekta wizualna – tak to ładnie ujęła. Taki rozleniwiający termin. Krótko mówiąc – możesz być spasiony, korekta wizualna sprawi, że inni będą udawać, że tego nie widzą.
Oczywiście miałem wtedy kilka znakomitych powodów żeby się za siebie nie brać. Powielałem te mity i w nie wierzyłem.  

Mit nr 1 – Jestem jeszcze młody, zawsze zdążę. Teraz chcę poużywać.
Więc na imprezach po szkoleniach będę wcinał smalec, zagryzał boczkiem, czipsami. O tak! Jakie to pyszne. Nie mógłbym z tego zrezygnować. Za bardzo to lubię.
Ten mit długo czekał na obalenie. Ale organizm sam się zbuntował. Najpierw przykręcenie śruby treningowej pozwoliło mi zauważyć, że nie na każdym jedzeniu da się dobrze biegać. Jeszcze później odkryłem, że smaków jest milion. Lepszych.

Mit nr 2 – W każdej chwili mógłbym zrzucić kilka kilogramów. To takie proste.
W sumie proste. Nic szczególnego. Więcej spalać niż przyjmować. Tyle tylko, że efekt nie jest natychmiastowy. Wymaga cierpliwości, wytrwałości i pokory.

Mit nr 3 – Grywam czasem w piłkę, więc o co chodzi?
Grywałem wtedy w miarę regularnie. Raz w tygodniu. Czasem 2 razy. I nie chudłem. Że co? Że za mało? 1 dzień treningu na 6 dni lenistwa to za mało? Ups. Chyba właśnie o to chodziło!

Mit nr 4 – Nie mam czasu – mam tyle pracy
Prawda jakie wygodne wytłumaczenie. Naprawdę wygodne – zdejmuje ze mnie odpowiedzialność za swoje zdrowie, a nawet pokazuje jaki jestem super. Bycie pracoholikiem jest przecież bardzo sexy!
Teraz wiem, że czasu zawsze mam tyle samo w ciągu dnia – 24h. Ani minuty więcej. Tyle, że wtedy nie miałem obowiązków związanych z wychowywaniem dzieci. Ale miałem np. telewizor. Świetnie resetował (szczególnie oczy) po 12 godzinach na krześle przed ekranem komputera. Byłem jak chomik, który myśli, że jak będzie szybciej biegł, to ucieknie z kołowrotka.

Mit nr 5 – Nie mam siły na trening
O jaki ja byłem wtedy biedny. Biurko, samochód, telewizor. Kręgosłup pękał, mięśnie flaczały, serce łomotało. Wiadomo – inni to mają życie. Luz. Na trening idą wypoczęci. Ale ja już dałem z siebie wszystko.
Teraz wiem, że to trening daje siłę. Daje energię, motywację. Że jest dokładnie odwrotnie niż myślałem – nie mam siły, bo nie miałem treningu.

Mit nr 6 – Bieganie (pływanie, rower itp.) jest nudne
Tego byłem akurat pewien. Liczenie kafelków w basenie… Nuuuda. Kółka po parku… Nuuuda. Na stadionie – tym bardziej. Na bieżni w klubie fitness? Nigdy! Przecież nie pobiegnę 5km w las, albo do innej dzielnicy.
Nie pobiegnę? A w sumie dlaczego? To tylko 5km w jedną stronę. 10km w obie. A ile nowych doznań? Nowych miejsc, czasem nowych ludzi. Okazało się, że nagle miasto się skurczyło. Że świat biegacza skraca odległości. A basen wcale nie jest monotonny. Szczególnie jak się pływa trochę szybciej. (No dobra, do bieżni mechanicznej się nie przekonałem do dziś, zawsze jest to dla mnie ostateczność).

Mit nr 7 – W sumie nie czuję się tak źle
To nic, że nie mam energii. To nic, że nie mam siły. Wątroba czasem boli, ale w Polsce musi boleć. Wezmę pigułkę. Taka „korekta” samopoczucia. Przypudruję tego trupa. Wyśpię się w niedzielę i będę mógł znowu poudawać, że jest w tym jakaś harmonia.
Dziś zmęczenia po najgorszym treningu nie zamieniłbym na codzienne samopoczucie w tamtym czasie. Bo dziś wiem, że ból mięśni minie. Wtedy – złe samopoczucie było permanentne. Nie wiedziałem nawet, że może być inaczej.

Mit nr 8 – Są gorsi ode mnie
Pewnie, że są. Bardziej zapuszczeni, z gorszymi objawami somatycznymi. Przychodzą do pracy z podkrążonymi oczami, wymięci i nieszczęśliwi. Ale to do cholery ich życie! Ja mam swoje, i jedyną osobą, z którą się mogę porównywać jestem ja sam! 


Klasyczne „gdybym wtedy wiedział to co wiem teraz”… Jeszcze 2,5 roku katowałem mój organizm na różne sposoby. Znajdowałem nowe usprawiedliwienia, pielęgnowałem stare mity. Zaprzeczałem. Udawałem, że nie widzę. Oszukiwałem sam siebie. Aż wreszcie poczułem „Kamyk w bucie”.

środa, 4 grudnia 2013

Moja Czomolungma (AD 2007)

Foto by Wikipedia
Poniższe teksty opublikowałem na forum biegajznami.pl w roku 2007.

[10.09.2007]
Przeczytałem kiedyś artykuł Jacka Hugo-Badera w Magazynie Gazety Wyborczej pod tym tytułem (Moja Czomolungma) o tym jak przebiegł maraton. Wtedy wydawało mi się to nieosiągalne, niesamowite. Dziś sprawdziłem wydanie - było to 7 listopada 1997 roku, a więc 10 lat temu! 
Niewiarygodne, ale ja do mojej Czomolungmy zbierałem się 10 lat. W międzyczasie zdążyłem zbudować dom, spłodzić dwóch synów i posadzić drzewo. Zostało już tylko przełamywanie własnych słabości.
Odliczam czas do mojego debiutu na Maratonie Warszawskim. Już niespełna 2 tygodnie. Od pół roku żyję tym startem. Od trzech miesięcy wszystko podporządkowuję treningom. Od dwóch tygodni trudno mi się skupić na innych rzeczach. Można powiedzieć, że prowadzę podwójne życie - rodzina nic nie wie o starcie, chcę, żeby mieli niespodziankę. Wewnątrz - ciągle myślę o przygotowaniach. Wiem, że będzie ciężko, wiem, że będzie bolało. Ale wiem, że warto. 
Bieganiu już teraz zawdzięczam bardzo dużo. Zrzuciłem ok. 20kg, mam kondycję, normalnie wyglądam w garniturze. Poznałem wiele niesamowitych miejsc - nawet w mojej Warszawie. Nauczyłem się swojego organizmu. 
Teraz przede mną ostatnie kilometry przed Czomolungmą. Już za dwa tygodnie...

[24.09.2007]
23.09.2007 o 9.02 wyruszam przy dźwiękach "My Way" Franka Sinatry. Mam łzy w oczach. Pierwsze kilometry płynę w tłumie innych osób. Jest idealna pogoda, moja ukochana Warszawa. Po 3km doganiam zająca na 4:00 i wiem, że trzeba zwolnić. Choć nogi rwą się do przodu - zwalniam. 10km mija w spacerowym tempie. Jest bosko i błogo. Ludzie z boku się uśmiechają. Biegnę uskrzydlony. 
14km - KOW - wspaniałe dzieciaki i dorośli  Wciągam żel, swój płyn. Jest super. Na Gdańskim zaczyna grzać. 
18km - biegnę w grupie na 4:30. Jest fajnie. Maraton wydaje się prościutki. Tylko utrzymać to tempo i będzie dobrze. 
21,097 - czas ok. 2.14 - jak dla mnie rewelacja. A jeszcze nie zdążyłem się porządnie zmęczyć.
Na 24km jednak grupa zaczyna powoli budować przewagę. Ja już czuję w nogach bieg. Na szczęście znowu jest KOW (jeszcze raz dzięki). Ale Wiertniczą i Powsińską biegnę w samotności. 
Przy słupku 27km wciągam miodowy żel. Jest mi strasznie słodko i mdło. Czekam na odświeżanie na 27,5 żeby złapać choć łyk wody. Ale zonk... Punkt już zwinięty. Zwalniam.
Na Sobieskiego tuż przed 30km idę siku, mija mnie wtedy grupa na 4:45. Ale masaż lodem na 30km jest cudowny. Wraca mi energię.
32km-33km - na Witosa zaczyna się ściana. Zaczynam iść. Kolejne kilometry dedykuję kolejnym bliskim. To mnie trzyma i daje siłę. Za KOW-em (34) znowu trochę biegnę. Widzę ludzi, którzy siedzą, walczą ze skurczami. 
36-39 km - kryzys. Dużo więcej idę niż biegnę. Dotykam tabliczki 39km na rogu Ludnej i... w tym momencie łapie mnie lekki skurcz. Kolejne kilkaset metrów muszę przejść. Ale już czuję euforię. Skoro dotarłem tak daleko - muszę dotrwać. 
40 km - punkt odświeżania, doping kibiców - zaczynam powoli truchtać. Patrzę na zegarek. Ostatnie 2 km powinienem zrobić w 15 minut. W normalnych warunkach - byłoby to banalne zadanie. Teraz - muszę się sprężyć w sobie.
Ostatnia prosta to mnóstwo kibiców. Nie czuję bólu, nie czuję zmęczenia, płaczę ze szczęścia. Czas na mecie wg zegara 5:01. Netto (wg stopera) <5h. A więc chyba się udało. Czas - idealny. Zmieściłem się w swoim limicie przyzwoitości. Ale też zostawiłem sobie duuuuuuuuuużo miejsca na poprawę. Mam motywację do kolejnych biegów  Jestem wykończony.
24.09.2007 Wszystko boli. Chodzę jak potłuczony. Wracam samochodem do domu wzdłuż trasy, którą czasami biegam. A może dziś pobiegać? Rozsądek mówi, że nie. Uświadamiam sobie, że mam już dziś głód biegania. I że z Maratonem chcę jeszcze raz.

[28.04.2008]
Pół roku minęło od mojego debiutu. Pół roku ciężkiej pracy, wyrzeczeń, wypełniania punkt po punkcie zadań Trenera. Przebiegłem swój drugi w życiu maraton - tym razem w Wiedniu.
Pół roku temu myślałem, że maraton jest tylko dla Twardzieli. Dziś wiem, że jest dla ludzi. Dzięki ciężkiej pracy poprawiłem swoją życiówkę...



o ponad 80 minut




MW 2007 5:00:00 ==> VCM 2008 3:39:54

A wiem, że może być jeszcze lepiej.

wtorek, 3 grudnia 2013

Efekt Karolaka

Przed sezonem 2011 ktoś wpadł na znakomity marketingowo pomysł. Oswoić triathlon. Pokazać zwykłemu Kowalskiemu, że tri może uprawiać każdy z nas. Impreza, która wtedy nazywała się Herbalife Susz Triathlon zyskała ambasadorów. Czterech aktorów, którzy pod okiem trenerów personalnych w topowym warszawskim fitness-clubie przez pół roku ciężko trenowali żeby wystartować w zawodach na dystansie pół-ironmana, czyli 1900m pływania, 90km jazdy na rowerze i 21,1km biegu. Jedną z twarzy imprezy został aktor – Tomasz Karolak. Zgodnie z planem ukończył zawody.
Cel wizerunkowy został osiągnięty. Triathlon został odczarowany. Rok wcześniej na starcie stanęło niewiele ponad 150 osób. Rok po pierwszym projekcie ambasadorów – zapisy na 550 miejsc skończyły się bardzo szybko. Zwykły Kowalski uwierzył, że każdy może pokonać połówkę Ironmana. Skoro udało się Karolakowi, to i mogę i ja! I tu zaczyna się właśnie „efekt Karolaka”. Aktor do swojego startu przygotowywał się naprawdę solidnie przez ponad pół roku, miał odpowiednio dobrany wysokiej klasy sprzęt, opiekę trenerów, fizjoterapeutów itp. Ale po sukcesie Karolaka na zawody triathlonowe zapisało się mnóstwo osób – mówiąc wprost – nieprzygotowanych. Najwolniejszy pływak pokonał trasę w około 1h20min. Dla porównania – przeciętnemu amatorowi zajmuje to 40 minut, limit był ustalony na 60min. Pojawienie się tak słabo pływających osób na starcie zawodów w otwartym akwenie sprawia ogromne kłopoty organizacyjne i zagraża bezpieczeństwu. W zasadzie jedna ekipa ratowników musi być oddelegowana do opieki nad ogonem, który jest znacznie oddalony od większości pływaków. Taki wynik nie świadczy to o słabszym dniu, o gorszej dyspozycji… jedyny powód takiego dramatycznego wyniku to porwanie się na zbyt ambitny cel. Ale skoro Karolakowi się udało…
Podobnych przykładów są setki nie tylko na triathlonowym podwórku. Tak samo jest w biegach górskich (kończy się to mnóstwem interwencji GOPR), maratonach i innych tego typu imprezach. Wysyp osób, których jedynym atutem jest szalona ambicja niepoparta odpowiednim treningiem jest zmorą organizatorów. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – jestem pewien, że np. maraton może pokonać prawie każdy zdrowy człowiek. W lepszym lub gorszym czasie. Sam swój pierwszy maraton pokonałem „na oparach ambicji” w równe 5 godzin. Na kolejnych 15-tu nie zrobiłem już tego błędu. I właśnie z tej perspektywy jestem absolutnie pewien jednej  rzeczy. Najpierw przygotowanie, potem zawody. Maraton, triathlon, bieg górski. Każdy przebiegnięty w okresie przygotowawczym kilometr, to mniej bólu w najważniejszym dniu, mniejsze ryzyko kontuzji, mniejsze zagrożenie. Każdy ruch w basenie sprawia, że łatwiej go powtórzyć potem w jeziorze, każde naciśnięcie rowerowych pedałów przybliża nas do mety na zawodach. To, że jakieś zawody kończy np. aktor powinno być dla nas świetną motywacją, ale przede wszystkim do ciężkiej pracy. Bo za tym startem stało wiele litrów potu. Codzienna orka jest znacznie mniej medialna niż migawka ze znaną twarzą na linii mety.

Dlatego jestem pełen podziwu dla Tomasza Karolaka. Wiem, że nie było mu łatwo, widziałem jak walczył na trasie. Sam żeby pokonać tę trasę musiałem wznieść się na wyżyny mojej motywacji, wiem doskonale na czym polega pokonywanie własnej słabości. Wyobrażam sobie ile wysiłku musiał włożyć żeby w ogóle znaleźć się tam gdzie był. Dlatego każdy start w zawodach powinien być zwieńczeniem długiego procesu, który rozpoczynamy pytaniem:
Kiedy ja będę gotowy do tego wyzwania?
Powtórzmy jeszcze raz: Kiedy... ja... gotowy...

Bez tego pytania będziemy tylko ulegać „efektowi Karolaka”.

wtorek, 22 października 2013

Teraz albo nigdy (AD 2006)


Minęły 3 miesiące zaprzeczania, że nie ma problemu. 3 miesiące w trasie. Wspaniała wiosna podczas, której nie miałem już sił. Pamiętam szkolenie nad Zatoką Pucką i salę z widokiem na zatokę. Jeden z najbardziej obłędnych widoków w mojej karierze. I tyle. Bo byłem zbyt zmęczony żeby się wybrać gdzieś dalej niż do hotelowej restauracji. Ten sam zaklęty schemat samochód-pokój-sala-restauracja-pokój-sala-samochód. Kolejny kamyczek. Najpiękniejsze przecieka mi przez palce. Przypomniałem sobie wszystkie te miejsca, które przez ostatnie lata widziałem zza okna samochodu, bo nie miałem czasu i siły ruszyć się poza hotel.
Kiedy wróciłem – dowiedziałem się, że ponownie zostanę ojcem. Czyli co? Dwa razy więcej wyjazdów? Dwa razy bardziej? Dwa razy mocniej? Szczęśliwy, ale i przerażony siedziałem w salonie. Miałem 30 lat i nie miałem na nic siły. Nie było już sensu udawać. Musiałem zmierzyć się z rzeczywistością. Stanąłem na wagę. Gdyby to była gra komputerowa mógłbym wtedy zapisać HIGH SCORE. Przez 3 miesiące chodziłem z kamykiem w bucie, z ropiejącą raną. I zawsze chciałem zaczynać od jutra. Wezmę się za siebie. Jak odpocznę. Bo na razie, to nie mam siły. Na razie wciągnę jeszcze jedną porcję, pokrzepię się. Ale już jutro…
Trzeba przyznać – była w tym pewna konsekwencja. Nie zmieniałem codziennie zdania. Trzymałem się wersji „od jutra”. Zawsze byłem zbyt zmęczony żeby się zebrać. Jutro wiadomo, ale dziś jeszcze posiedzę przy komputerze… Któregoś czerwcowego wieczora dotarło do mnie, że albo teraz, albo nigdy. Że jeżeli mam się zebrać to właśnie teraz. Właśnie tu. Wiedziałem, że to była ostatnia szansa żeby dzieci nie pamiętały ojca w takim stanie.

Ubrałem się w to co miałem i wyszedłem. Zrobiłem pierwszy krok. Teraz albo nigdy! 
Wiedziałem, że moje życie zaczyna się zmieniać. Nie spodziewałem się jak wielka będzie skala tych zmian.

Na skraju (AD 2006)

Czytaliście o kamyku w bucie? Uwierał. Ale przecież da się z tym żyć. Da się gonić w tym kołowrotku. Jestem przecież niezniszczalny. W zeszłym miesiącu jechałem na szkolenie, a  droga była tak oblodzona, że 350km jechałem ponad 8 godzin. I co? I przeżyłem. Inni leżeli w rowach, ale przecież nie ja. A na przykład dziś. Rzygałem całą niedzielę. Zatrułem się naprawdę porządnie. Ale jutro przecież szkolenie. Tylko 550km, a dopiero 16:00. Dam radę. Nie takie rzeczy robiliśmy ze szwagrem.
Wsiadam do auta i jadę na koniec Polski. Przy samej granicy. Nigdy tam jeszcze nie byłem. Ale znajdę. Mam mapę jakąś. Coś może wreszcie uda mi się zjeść po drodze. Przez cały dzień nie mogłem wmusić w siebie niczego co by się utrzymało. Ale przecież jestem twardy, niezniszczalny. Mijam kolejne miejscowości. Jestem zmęczony, odwodniony, ale się spieszę. Gdzieś w Strzelcach Krajeńskich mylę się w wyborze drogi. Dobre pół godziny straty. Gorzów Wielkopolski. Już nie mam siły. Jeszcze kawałek. Północ? Trudno – przecież muszę dojechać. Kamyk w bucie zaczyna mnie coraz bardziej uwierać. Kostrzyń nad Odrą. Chcę się zatrzymać w hotelu. Akurat nie mają miejsc. Wtedy jeszcze nie wiem, że do tego hotelu wrócę przy okazji maratonu w Dębnie. Że kiedyś będzie mi się kojarzył z sukcesem. Słaniając się na nogach wsiadam do auta. Jest już grubo po północy. Jeszcze z 60 kilometrów jakimiś bocznymi ścieżkami. Włączam jakieś niemieckie radio – niech mnie obudzi. Przyspieszam. Na łuku wynosi mnie. Światła z naprzeciwka, hamulec. Robię bączka na przeciwległym pasie i wpasowuję się idealnie między dwa potężne drzewa na poboczu. Z naprzeciwka śmiga inne auto. Ile zabrakło? Metra? Sekundy? Kurwa – nie jestem niezniszczalny! Siedzę w aucie na poboczu, serce wali tak jakby chciało wybić przednią szybę. I wiem, że długo tak się nie da. Na adrenalinie przejeżdżam ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. Nie mogę zasnąć. I choć generalnie słabo sypiałem, teraz jest jakoś inaczej. Pomimo zmęczenia zaczyna mi się coś klarować. Nie wiem jeszcze, w którą stronę będę zmierzał. Wiem tylko skąd będę uciekał. Myślę o moim synu. O tym jak bardzo nie chcę żeby miał tak głupiego ojca. Jak bardzo gonię za czymś, a jak mało jestem.
Stawiam sobie jedno z najważniejszych pytań w życiu. Proste i mocne. Jakim chcę być ojcem? Zestresowanym grubasem w samochodzie? Wiecznie nieobecnym gościem o pseudonimie „ciszej, bo tata śpi”? Rubaszną wydmuszką przekonaną o swej mocy i nie widzącą swych słabości? Niewiele zabrakło bym był granitowym pomnikiem na Bródnie?

Odwracam pytanie. A jakiego ojca ja sam chciałbym mieć? Którą z tych opcji bym wybrał jako syn? To już nie jest kamień w bucie, to boleśnie obtarta noga. Dalej tą drogą iść się nie da.
Co było dalej?

poniedziałek, 21 października 2013

Kamyk w bucie (AD 2006)

Ta historia zaczyna się w ośrodku szkoleniowym gdzieś w Polsce. Skończyłem 30 lat, jestem na wznoszącej fali zawodowej. Spędzam czas albo w sali szkoleniowej, albo w aucie. Gdynia-Zakopane? Nie ma sprawy! Białystok-Legnica – już lecę! Czuję, że mogę wszystko. Jestem fajny i w ogóle. Właśnie niedawno urodził mi się syn. Jako dumny tata dorobiłem się porządnego „mięśnia prezesowskiego”. Przy wzroście 173cm ważę prawie 100kg. Choć zawsze lubiłem sport, to ostatnio jestem zbyt zmęczony – wiecie przejazdy, szkolenia, imprezy, szkolenia, przejazdy, imprezy… Trzeba zarobić.
Więc siedzę w tym ośrodku na imprezce po pierwszym dniu szkolenia. Obgryzam jakieś żeberka, karkówki. Chleb ze smalcem, ogórek i piwo. No dobra, kieliszeczek wódki. Standard. Oni – jako uczestnicy szkolenia mają taki wypas dwa razy do roku. Wiadomo – firma musi się postarać. Ja – jako trener-szkoleniowiec taką kolacjo-imprezę zaliczam szósty albo siódmy raz w tym miesiącu. W roku pewnie z 50 razy uczestniczę w takich biesiadach. Na bogato. Grubo. Oj grubo. Ale w końcu zasłużyłem. Odwaliłem kawał dobrej roboty. Wypijam kieliszek wódki, opowiadam te same kawały co na poprzednim szkoleniu. Śmieję się z tych samych rzeczy. Wszystko jest takie powtarzalne. Na weekend wpadnę do domu. Odeśpię, pobawię się z dzieckiem – tak rzadko go widuję, a  tak bardzo mi zależy, żeby stworzyć głęboką więź. Uwielbiam jak mały leży na moim brzuchu i podrzucam go niczym na trampolinie.
Wypijam trzeci może kieliszek. Jest już lekka mgiełka. Impreza trwa w najlepsze. Ciepło rozpływa się po moim ciele, lekko zaczynam się uśmiechać. Chłopaki z grupy pili szybciej i są nieźle rozbawieni. Demolują trochę stół bilardowy. Spoko – firma zapłaci. Ale ja jestem jakiś ospały, robi mi się błogo. Siedząc z boku mogę sobie popatrzeć na te harce. Alkohol włączył lekką mgiełkę. Jest trochę nierealnie. W tych powtarzalnych zachowaniach widzę siebie za kilka lat. Wciąż bawię się w najlepsze. Ciężko pracuję i rozładowuję stres bawiąc się coraz ostrzej. Jeżdżę i szkolę. Szkolę i jeżdżę. Jak chomik w kołowrotku. Pośród tysięcy innych chomików. Wspaniała zabawa do upadłego. Jutro dokończę szkolenie i wsiądę w auto. 300 kilometrów. Da capo al. Fine…

Zaczyna mnie ta wizja uwierać. Ale nic z nią jeszcze nie robię. Przecież mam dopiero 30 lat. Jestem niezniszczalny. Owszem – czasem się przytruję, ale generalnie jestem wysportowany. Czasem nawet pójdę pograć w piłkę jak mam czas. Albo w ping-ponga. Mam nawet niezły top-spin. Amatorów widowiskowo ogram. Więc o co chodzi? Co mi nie pasuje? Dlaczego akurat dziś zza tej błogiej mgiełki poczułem w moim bucie maleńki, upierdliwy kamyk?
Ciąg dalszy