niedziela, 28 września 2014

Wynik tymczasowy, czyli Wszyscy Jesteście Wariatami

Zdjęcie tymczasowe
Zanim zaczniesz dalej czytać – uprzedzam. Będzie bolało. Będzie osobiście. I nie będzie o pięknej trasie (choć była piękna), wspaniałej pogodzie (była) i perfekcyjnej organizacji (też była). Będzie o tym, że żyję. Bo biegam. Odcinek kolejny.

Budzik
Od kilku tygodni budzi mnie między 5:00, a 5:30. Zegarek zadzwoni za kilka minut. Mój budzik to ból. Napięcie mięśni. Gdzieś głęboko, przy szkielecie. Otwieram oczy i patrzę gdzie się dziś obudziłem. Mogę poleżeć jeszcze kilka minut, pograć na komórce, mogę powoli zebrać się na trening. Choć trening teraz nie cieszy. Robię te kilometry bardziej z obowiązku. Czasem jak się zapomnę w bieganiu, to napięcie odpuszcza. Dopóki sobie znowu nie przypomnę. Albo ono sobie nie przypomni.

Start
Stoję na Moście Poniatowskiego i coś jest nie tak. Fizycznie jestem w okolicach życiowej formy. Psychicznie – nie bardzo wiem co się wokół dzieje. Staję tam, gdzie powinienem. Ruszam tak, jak planowałem. Nie jestem skoncentrowany, ale lecę po te 4:40/km jak chciałem. Z przyzwyczajenia, poczucia obowiązku. Jestem sam. Gdzieś tam w kącie pola widzenia stoją kibice. Ludzie biegną przede mną i za mną. Ale jestem sam. Nie ma pracy, nie ma znajomych, nie ma muzyki, która odcina myślenie. Ostatnio w samochodzie znowu najchętniej słucham Portishead. W porywach do Joy Division.

Wszyscy jesteście wariatami
Na ósmym kilometrze stoi gość z cudowną tabliczką „Wszyscy jesteście wariatami”. Tak, jesteśmy. Bo zamiast dłużej pospać, grillować, jeździć na niedzielne zakupy do marketu – wkładamy te dresy, buty i katujemy się. Wszyscy jesteśmy wariatami z jeszcze jednego powodu. Bieganiem większość z nas załatwia jakieś swoje sprawy z niebiegowego życia. Jeden biega, bo czuje się za gruby, drugi, bo chce sobie coś udowodnić, trzeci – by udowodnić coś innym. Każdy maratończyk ma jakąś kotwicę w realu. Jakąś oponę, którą za sobą ciągnie. Bieganie już kiedyś ratowało mi życie.

Lustro
Lustro się zbiło, potłukło w drobne kawałki. Na mniejsze i większe trójkąciki, prostokąty, wielokąty i zupełnie nieforemne kształty. Przeglądam się w niektórych z rosnącą świadomością, że to się już nie poskłada. Z lustra została sterta szkiełek. Nie potrafię jej sprzątnąć. Z zaciekawieniem biorę różne kawałki i się im przyglądam. W niektórych fragmentach odbijają się lepsze momenty ostatnich 15 lat, w niektórych gorsze. Czasem widzę oko i nie wiem, czy należy ono do prawie 40-letniego chłopca, czy dwudziestoparoletniego mężczyzny.

The loneliness of the long distance runner
Od pierwszego kilometra walczę, żeby się nie rozpłakać. Całą uwagę wkładam w to, żeby nie myśleć. The loneliness of the long distance runner… Dopada cholera. W tunelu pod Wisłostradą pękam pierwszy raz. Spazmatyczny skurcz całego ciała i łzy ciekną. Jest ciemno. Nikt nie zauważy. Trzeba być twardym, nie miętkim. Uśmiechać się, mówić, że wszystko jest OK. Nawet jak łzy kapią na rozbite lustro. Z każdym kilometrem już nie myślę o wyniku. Myślę o tym, żeby dobiec i móc w spokoju spuścić z kija to napięcie. Życiówki i tak nie będzie, więc nie ma sensu się zabijać. Ludzie migają. Z rzadka przy trasie trafi się ktoś znajomy. Krótki, płytki okrzyk. I dalej jestem sam. Trafia mnie w miasteczku Wilanów. Rozumiem, że ten maraton stał się metaforą. Kurewsko bolesną metaforą. Wiem, że Jaś i Adaś nie będą czekać na mnie na mecie. Chcę przejść w marsz, ale na taką porażkę nie jestem gotowy. Jedyne o czym teraz marzę, to przytulić się do kogoś. The loneliness of the long distance runner…

Tymczasowy wynik
Na Ursynowie pobiegnie ze mną kawałeczek Krzysiek. Przy Wilanowskiej – Karolina. Na Placu Unii Lubelskiej –  walczymy kawałek z Kubą, który dziś się zderzył ze ścianą. W Ujazdowskich – prowadzi mnie kilkaset metrów Hania. Dają mi rozpęd na chwilę, ale dziś nie jestem w stanie skupić się na bieganiu. Myślę tylko o lustrze. Myślę o tym, że wszystko jest teraz tymczasowe. Maraton biegnie się głową. Ja dziś nie mam tej głowy. Zrobiłem kawał ciężkiej pracy fizycznej, a przegrywam z emocjami. Ucieka mi Staśkiewicz sprzed 5 lat, sprzed roku. Oni wtedy byli jak zaprogramowane maszyny. Dziś cały jestem „etykietą zastępczą”. Wynik, który zrobię, będzie tymczasowy. Nie taki jak bym chciał, ale też nie przynoszący za bardzo wstydu. Cyfry nie mają znaczenia, choć na 19 pokonanych maratonów, to mój 5-ty wynik. Zrobiony na totalnej rozjebce.

Za metą

Za metą jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Nie dlatego, że pokonałem maraton. Nie dlatego, że wygrałem z tym, żeby nie przejść w marsz. Nie dlatego też, że jestem dumny z wyniku. Ciągle jestem sam, ale już nie muszę się spinać. Siadam na krawężniku i wreszcie mogę zrobić to, po co biegłem przez 42 kilometry. 15 minut po prostu płaczę. Ci głupi ludzie myślą, że ze szczęścia…