Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 lipca 2014

Kalendarz wsteczny, czyli periodyzacja

Fota z neta :P
Co pobiegać dziś? Jak się przygotować  do maratonu? Kiedy zrobić długie wybieganie? Te i mnóstwo innych pytań spędzają sen z oczu osobom  biegającym. Jeśli ktoś ma trenera, trener zazwyczaj doskonale wie jak periodyzować trening. Periodyzować, czyli dzielić na okresy o różnej intensywności, różnych bodźcach. Ale przede wszystkim pozwalającym realizować różne cele. Wiadomo, że trening tydzień przed maratonem znacznie różni się od tego co robimy 3 miesiące wcześniej. Jest wiele szkół, wiele podejść (choć tak naprawdę wszystkie na pewnym głębszym poziomie bazują na podobnych założeniach, po prostu na wiedzy o fizjologii wysiłku). W tym artykule nie chcę wchodzić w metodykę treningu – skupię się za to na części organizacyjnej.

Przez kilka lat pracowałem jako Menedżer Projektu. Organizowałem wielkie konferencje i targi – głównie dla branży HR. W szczytowym momencie gościliśmy na naszych imprezach ponad 600 dyrektorów, kierowników i specjalistów personalnych. Pracowaliśmy w cyklu półrocznym – jedna konferencja w kwietniu, druga w październiku. Najpóźniej zaraz po zamknięciu jednego projektu ustalaliśmy datę kolejnego. Siadałem wtedy do Excela (na typowy project-managemnetowy software nie byliśmy jeszcze gotowi) i robiłem KALENDARZ WSTECZNY. Jeśli konferencja miała zacząć się dnia X, to zapisy musieliśmy zakończyć w dniu X-2 żeby ekipa zdążyła wydrukować wszystkie materiały, żebyśmy mieli czas na potwierdzenie ilości posiłków w hotelu itp. itd. Ustalałem kiedy powinny się te zapisy zacząć, kiedy ruszyć z kampanią, kiedy oddać pierwsze materiały promocyjne do druku, kiedy muszę je zamknąć żeby grafik zdążył poskładać… Z tego wynikało do kiedy muszę dogadać się z mówcami, sponsorami w sprawie ich obecności na konferencji. Liczyłem wszystko „od tyłu”. W stosunku do daty imprezy. Potem nanosiłem dni wolne, święta, inne wydarzenia, które mogły pokrzyżować cykl produkcyjny konferencji. Ustalałam kluczowe daty, kamienie milowe, które kłuły w oczy czarnymi polami. Resztę działań zaznaczałem na pastelowo. Nad biurkiem wisiały jeszcze te daty.
Dziś – praktycznie taką samą metodologię stosuję w pracy z zawodnikami (w tym w moich własnych treningach). Zaczynamy od daty wydarzenia, do którego się przygotowujemy. Tego o priorytecie „A”. Z tego wynika reszta. Ta data wyznacza wszystko. Jeśli ostatnie długie wybieganie powinno być 3 lub 4 tygodnie przed maratonem – narzuca nam to jego datę. Co z tego, że w tym czasie są inne fajne biegi, inne fajne imprezy. Inne starty muszę podporządkować temu najważniejszemu. Tak samo z treningami – ta sama jednostka na różnych etapach przygotowań do startu może być bardzo pomocna lub być wręcz szkodliwa. Dlatego planując start powinniśmy jak najszybciej wyznaczyć konkretną datę, konkretne zawody, do których się przygotowujemy. Jeśli np. myślimy o maratonie na jesieni i mamy wybór pomiędzy Wrocławiem, a Poznaniem, to różnica jest zasadnicza. 4 tygodnie, które dzielą jedne i drugie zawody to tak naprawdę jeden mezocykl w Bezpośrednim Przygotowaniu Startowym. W treningu na poziomie zaawansowanym ze szczytem formy trafia się w konkretną datę, jeden tydzień – często robi ogromną różnicę.

Dlatego planując starty – zaczynajmy od ustalenia daty najważniejszego startu. Oznaczmy go jako najważniejszą datę, D-Day, Punkt Zero lub w jakikolwiek inny sposób, który sprawi, że będzie w naszej głowie najważniejszą kotwicą. Dopiero potem cofajmy się w założeniach treningowych do kolejnych dat, punktów granicznych, testów. Uwzględniajmy przy tym nasze życie rodzinne i zawodowe, które może wpłynąć na realizację założeń. Nie myślmy „co mam zrobić dziś”, ale „co mam pobiec w tym sezonie” – z tego wyniknie plan na dziś i jutro.

Przykład punktów kluczowych realnego kalendarza wstecznego dla debiutu maratońskiego

Data
Cel
Uwagi

14.06
Ukończyć maraton
PRIORYTET „A”

Od 07.06
Wyostrzenie
Logistyka startowa
Urlop od 10.06
26.05-04.06
Wytrzymałość tempowa

28.05 Kluczowy trening WT
19.05-25.05
Tydzień regeneracyjny po długim wybieganiu
BEZ STARTÓW!!!
18.05 (4 tygodnie)
Długie wybieganie 35km
Finał etapu Kształtowania wytrzymałości ogólnej
Zrealizowane 19.05 (18.05 – praca,
zadbać aby dzień treningu był dniem wolnym)
20.05 (8 tygodni)
30km tlenowo
Zrealizowane 21.05 – Wielkanoc



czwartek, 3 lipca 2014

W jaki sposób amerykańska armia pomaga mi biegać?

Fragment flipchartu z analizą AAR, którą robiliśmy
z uczesnikami podczas szkolenia"Menedżer Totalny"
Wiele przełomowych technologii powstaje w laboratoriach i ośrodkach badawczych prowadzonych przez różnej maści armie. Bez wojskowych satelitów nie moglibyśmy się dziś cieszyć naszymi zegarkami z czujnikiem GPS, dzięki któremu kontrolujemy podczas treningu dystans, tempo i pochodne parametry. Bez sieci wojskowej sieci ARPANET nie byłoby dzisiejszego Internetu i wszystkich dobrodziejstw jakie biegacze mają dzięki globalnej sieci. Nie mówiąc o fotografii cyfrowej, bez niej nie mielibyśmy tak bogatych archiwów zdjęć z naszych startów. Ale nie o tym…

Oprócz wynalazków czysto technicznych, wojsko dostarcza również mnóstwa metod, sposobów organizacji i narzędzi zarządzania, które najpierw przeniknęły do biznesu, aby potem trafić pod strzechy. Pisałem ostatnio o Macierzy Eisenhowera, która rozdziela zadania, które mamy do zrobienia na dwa wymiary. Rzeczy pilne i rzeczy ważne. Dzięki temu mamy 4 kategorie tzw. „tasków”. Niepilne i nieważne (olać), pilne i nieważne (deleguj), ważne i niepilne (zaplanuj czas na nie) i wreszcie pilne i ważne (działaj!). Ale nie o tym…
Po każdym starcie o priorytecie „A” (najważniejszym) i po niektórych o priorytecie niższym (jeśli coś testowałem) robię sobie takie krótkie podsumowanie narzędziem, które również zawdzięczamy armii. Amerykańskiej. AAR, czyli After-Action-Review znakomicie nadaje się do tego żeby usprawniać powtarzalne, standardowe działania. Choć każdy maraton jest inny, jeśli spojrzymy na nie jako na pewne projekty, którymi zarządzamy – są tak naprawdę bardzo podobne. I dlatego AAR znakomicie nadaje się do ciągłego usprawniania naszej organizacji kolejnych powtarzalnych wyzwań.

Narzędzie jest banalne w zrozumieniu, pierwsze zastosowanie wydaje się bardzo proste, ale z czasem, im lepiej się nim posługujemy, im więcej razy zrobimy AAR, tym więcej niuansów zauważymy. Metoda polega na zadaniu sobie po projekcie (niekoniecznie biegu, niekoniecznie starcie – ja używałem tego również do działań biznesowych) 4 kolejnych pytań.
1.    Jaki cel miałem osiągnąć?
2.   Jaki cel osiągnąłem?
3.   Jakie działania się sprawdziły i zastosuję je w przyszłości?
4.   Co się nie sprawdziło i zmienię następnym razem, aby uzyskać lepszy rezultat?

Proste? A więc po kolei!

1. Jaki cel miałem osiągnąć?
Parametry, liczby, konkrety. Jak najdokładniejszy opis, bez żadnego komentarza. Przykładowe rzeczy, które mogą się tu znaleźć:
a)      złamać 3:30 w maratonie
b)      pokonać maraton bez chwili marszu
c)       w ciągu miesiąca przebiec 150km

Kiedy pracujemy z grupami – często może się okazać, że różne osoby różnie definiują cele. Zazwyczaj świadczy to o tym, że szef, kierownik projektu niezbyt jasno określił zadanie. Podobnie czasem przy bieganiu – warto by zawodnik i trener tak samo definiowali co chcą osiągnąć w danym projekcie.

2.    Jaki cel osiągnąłem?
Najtrudniejsze w tym punkcie jest pominięcie komentarza. Zostajemy na poziomie suchych faktów, danych. Pomijamy słowa typu „tylko” albo „aż”. Nie szukamy pochwał ani usprawiedliwień. Czysty wynik. Odnosząc to do przykładowych zadań z części 1. możemy np. napisać:
a)      3:31:07 (-)
b)      Bez marszu (+)
c)       154,11km (+)

W tym momencie warto zrobić bilans – jedynie na zasadzie zadania zaliczonego lub nie (plusiki i minusiki w nawiasach). Często ludzie – szczególnie w sytuacji niezrealizowania celu – mają tendencję do usprawiedliwiania, albo przedefiniowywania celu. Np. w sytuacji a) „pobiegłem co prawda 3:31:07, ale było gorąco”, albo „pobiegłem co prawda 3:31:07, ale jestem zadowolony, bo pokonałem na trasie Jana Kowalskiego”. W pierwszym zdaniu – nie ma miejsca na usprawiedliwienia, nie o to chodzi, celem AAR jest lepsze wykonanie zadania w przyszłości. W przypadku przedefiniowania celu – warto na chwilę wrócić do punktu 1. i zastanowić się co było ważniejsze – złamanie 3:30 czy pokonanie Kowalskiego? Czemu dalibyśmy priorytet „A”?

3.       Jakie działania się sprawdziły i zastosuję je w przyszłości?

Odpowiedź na powyższe pytanie wbrew pozorom wcale nie jest łatwa. Jesteśmy wychowani w kulturze, która w dużym stopniu koncentruje się na niedoskonałościach. Nauczyciel w szkole na czerwono podkreślał błędy, które zrobiliśmy. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby szukać co poszło nie tak. W trzecim punkcie AAR jest miejsce na znjadowanie najlepszych praktyk, tego co się sprawdza, nawet jeśli jest to banalne i proste. Na tej podstawie tworzymy listę „rzeczy do zrobienia przed kolejnym projektem”. Warto wyodrębnić sobie kilka obszarów, w których będziemy szukać sprawdzonych rozwiązań. Np. dla startów zdefiniowałem sobie: trening, logistyka okołostartowa, sytuacje życiowe, przebieg startu, inne. Przykład dla podpunktu a) dla każdego z powyższych obszarów:
+ czułem się dobrze przygotowany (trening),
+ śniadanie przed startem dało mi energię na 10km, a nie obciążało żołądka (logistyka),
+ udało się załatwić urlop na dzień przed maratonem, spokojnie mogłem dojechać (sytuacje życiowe),
+ ustawiłem się w dobrej strefie (przebieg),
+ dobra organizacja maratonu pozwala skupić się na biegu (inne).

4.       Co się nie sprawdziło i zmienię następnym razem, aby uzyskać lepszy rezultat?

Tutaj szczerze i bez owijania w bawełnę musimy skonfrontować się z tym co możemy ulepszyć przed kolejnym startem. Nie szukać winnych, nie dokładać sobie, ale szukać obszarów poprawy i rozwiązań, które mogą podnieść start na wyższy poziom. Warto się odnieść do tych samych obszarów, które wyodrębniliśmy w punkcie trzecim. Pozwolę sobie już nie rozpisywać tego punktu na abstrakcyjnym przykładzie, za to pokażę Wam mój AAR po maratonie w Paryżu 2014.

MARATON PARYŻ 06.04.2014


Priorytet „B”
Co miałem osiągnąć?
Co osiągnąłem?
3:27 lub lepiej

3:38:44 (cel niezrealizowany)
Jakie działania się sprawdziły i zastosuję je w przyszłości?
Co się nie sprawdziło i zmienię następnym razem, aby uzyskać lepszy rezultat?
Trening:
- dobre przygotowanie szybkościowe
- dobra waga startowa
- siła biegowa

Logistyka:
- wcześniejszy przylot
- sam w hostelu = koncentracja
- spokojne ogarnięcie dojazdu na start
- banan i czekoladka przed startem
- odpowiedni strój startowy
- bluza „do wyrzucenia” na dogrzanie się na starcie
- brak rzeczy w depozycie = spokój na starcie
- jakość energetyczna żeli

Życiowe:
-

Przebieg:
- start z właściwej strefy
- swobodny bieg w pierwszej części dystansu

Inne:
- dobra, szybka trasa
- dużo kibiców, różnorodność
Trening:
- zabrakło wytrzymałości ogólnej
- zlekceważyłem słabe wykonanie treningu wytrzymałości tempowej

Logistyka:
- opakowanie „lotnicze” na żele jest za sztywne
- żele o za gęstej konsystencji
- startówki nie do końca rozbiegane – prawdopodobnie powinny być o pół numeru większe
- jedzenie hinduskie było za ciężkie przed maratonem
- za dużo spacerów w przeddzień

Życiowe:
-

Przebieg:
- zbyt ambitne założenie w pierwszej części (1/2 w 1:40) w stosunku do założonego celu
- brak kalorii (na trasie izo tylko w jednym miejscu)
- zbędne „dokładanie sobie” wyników innych osób

Inne:
- upał po chłodnym dniu

Dzięki metodzie AAR mam pewien porządek przed kolejnym startem. Wiem, co muszę zrobić, a jakich błędów mogę uniknąć. Wiem też na przykład, czego mogę się spodziewać jeśli z jakichś względów zabraknie mi np. długiego wybiegania. Analiza jest chłodna, skoncentrowana na osiąganie coraz lepszych rezultatów. I o to chodzi!

środa, 2 lipca 2014

Pierwsze półrocze, czyli długo i poważnie o priorytetach i konsekwencji

To tam jest nasz cel
Kiedy szkoliłem menedżerów zawsze ogromnym problemem było ustalenie priorytetów ich działań. Każdy miał kilka, kilkanaście najważniejszych rzeczy do zrobienia. Najczęściej pierwsze próby oznaczenia kluczowych zadań kończyły się tym, że 90% zadań było ocenianych jako priorytet „A”. Rozbijaliśmy potem zadania na pilne i ważne (patrz Macierz Eisenhowera), rangowaliśmy… Dojście do tego żeby wybrać te kilka naprawdę najważniejszych zajmowało sporo czasu. Spotykało się często z niedowierzaniem i niechęcią. Jako zewnętrzny konsultant mogłem pokazać tylko metodę i drogę. Część z uczestników po szkoleniu stosowała się do tej wiedzy, część wracała do dawnych przyzwyczajeń. Najlepszym moim doświadczeniem był telefon, który dostałem od uczestnika 3 albo 4 miesiące po szkoleniu: „Tomek, dzięki, kiedy skupiłem się na tym co najważniejsze wszystko pozostałe zaczęło się układać”.

Z bieganiem jest tak samo. W pierwszym półroczu pękło 1600km. Zrealizowałem najważniejszy cel – przebiegłem Bieg Rzeźnika w niezłym (11:55) czasie. Przy okazji trafiły się 3 życiówki, z których liczyłem może na jedną – tą na 15km. Zaliczyłem 2 maratony, 2 biegi ultra. Bilans bardzo na plus. Nie udało się uzyskać dobrego wyniku w maratonie – Paryż okazał się zbyt pięknym miastem, żeby po nim szybko biegać. Dzięki temu lekkiemu niespełnieniu czuję, że mam jeszcze o co walczyć w drugiej części roku.

Priorytetem „A” było ukończenie Biegu Rzeźnika. Wszystko inne było podporządkowane. Ultra Podkarpacie mógłbym pobiec szybciej, ale sam sobie założyłem hamulec, robiłem zdjęcia, wrzucałem na fejsa. Bo to był sprawdzian mnie, sprzętu, jedzenia, a nie walka o wynik. Walka była w Bieszczadach. Życiówki przyszły przy okazji. Były pokłosiem ciężkich treningów.

Drugą rzeczą o priorytecie „A” było ukończenie kursu instruktorskiego na AWF-ie. Czasem kolidowało to z przygotowaniami do Rzeźnika, ale żeby oba cele zrealizować musiałem zrezygnować z działań o niższym priorytecie. Długie – 35-kilometrowe wybiegania musiałem robić w poniedziałek, a nie w weekend jak zazwyczaj się to planuje, musiałem odpuścić m.in. start w moim ukochanym Maratonie Lubelskim. Po prostu – jak mówi ludowa mądrość – nie da się łapać wszystkich srok za ogon.

Trzeci priorytet „A” to MCI Maratron Mazury. Przebiec go – na szczęście w bardzo spokojnym tempie, ale jednak 43km (był ciut dłuższy) 5 dni przed ultra – brzmi niczym szaleństwo. Tyle, że to była sprawa honoru. Najtrudniejsza do pogodzenia z Rzeźnikiem i dlatego wymagająca specjalnych środków. Dodatkowej regeneracji, odpowiedniej aklimatyzacji w Bieszczadach.

Jest takie powiedzenie:
„Jeśli masz więcej niż trzy priorytety działania, to znaczy, że nie masz żadnego” – Jim Collins
To zdanie przypomniałem sobie 30-go czerwca gdy zobaczyłem, że zrobiłem 242km. z założonych w tym miesiącu 250km. Poczułem żal, że nie zrealizowałem celu, ale przypomniałem sobie, że najważniejszy był Rzeźnik. Te kilka kilometrów mniej poświęciłem dla regeneracji, po to aby podczas najważniejszego startu tego półrocza nogi były lżejsze.
W swojej metodyce preferowałem podejście 3-5-8. Nie więcej niż 3 priorytety „A” – najważniejsze, kluczowe. Nie więcej niż 5 priorytetów „B” – ważnych, ale ustępujących miejsca jeśli będzie trzeba tym ważniejszcym. 8 rzeczy o priorytecie „C” – takich, które fajnie by było zrobić, ale jeśli trzeba – w każdej chwili można je poświęcić.
Nie wierzę w to, że można utrzymać motywację i koncentrację startową na 10 imprez długodystansowych w krótkim czasie. Wiem jak specyficzne i wymagające dla naszej głowy jest biegnięcie przez kilka, albo nawet kilkanaście godzin. Dlatego w sezonie warto postawić na 2-3 jasne cele. Skupić się na ich realizacji i eliminować wszystko, co może przeszkadzać.
Moja tabelka z pierwszej połowy roku wygląda tak:

Zadanie
Priorytet
Realizacja
Uwagi

BIEG RZEŹNIKA < 12h


A

TAK

11:55 J

Kurs Instruktora Sportu LA


A

TAK



MCI Maraton Mazury


A

TAK


Ultra Podkarpacie

B


TAK

8:25

Życiówka na 15km


B

TAK

1:06:44 Chomiczówka

Poprawienie 3:27 w maratonie

B

NIE

3:38 Paryż

Wynik poniżej 44min / 10km

B

TAK

42:12 Bieg Flagi (Personal Best)

Przebiec co najmniej 1500km

B

TAK

1601km

Wszystko pozostałe (w tym życiówka na milę i Maraton Lubelski, którego nie pobiegłem w tym roku) było niższym priorytetem.
Dla drugiej połowy roku przygotowałem taką tabelkę.  

Zadanie
Priorytet
Realizacja
Uwagi

Atak na 3:20 w maratonie


A


36. PZU Maraton Warszawski

Atak na 1:32 w półmaratonie

A


Półmaraton Praski lub ew. Półmaraton Królewski

Zwiększyć sprawność ogólną w tym siłę i gibkość

A




Chudy Wawrzyniec

B




Poprawić PB na 10km


B


Do Biegu Niepodległości włącznie

Przebiec co najmniej 1500km

B






B






B



Jak widać mam jeszcze miejsce na dwa cele o priorytecie B. Może coś się jeszcze wyklaruje, może Bieg Szlak Trafi przejdzie z priorytetu C, na B. Ale wiem już jakie najważniejsze zadania mam na najbliższy czas. Teraz pora dobrać środki.

Wielu biegaczy biega spontanicznie i nie planuje w dłuższym okresie. Dziś start tu, jutro tam. Za tydzień fajna połówka – biegnę! We środę trening z grupą X – przyjdę.. Mi jednak podejście bardziej uporządkowane i zaplanowane przynosi bardzo dobre rezultaty, ale też pozwala uniknąć wielu frustracji na starcie. Oczywiście – porażka może boleć dużo bardziej, ale wtedy wiem jak wyciągnąć wnioski.

Zachęcam Was do podejścia 3-5-8 nie tylko w bieganiu, nie tylko w biznesie. Kiedy skupimy się na tym co najważniejsze, reszta zaczyna się układać. Po prostu. Kiedy gonimy sprzeczne cele, wpadamy w chaos, przestajemy działać konsekwentnie. Krążymy, zbaczamy ze ścieżki, gubimy się. Ale jeśli wiemy co jest naszym najważniejszym celem – możemy iść prosto. Przez ostatnie pół roku śpiewałem sobie w najtrudniejszych momentach refren piosenki Kultu


„Idę prosto nie biorę jeńców żadnych…”

środa, 25 czerwca 2014

Rzeźnik, na którego czekałem

1. Skurcze na Smereku, 2. Ekipa na balkonie,
3. A tam pobiegniemy jutro 4. Na mecie 5. Ostatni podbieg
Justyna wyłoniła się z wysokich traw Połoniny Caryńskiej. Sunęła leciutko niczym sarenka, była kolorowa i czysta. Amarantowe skarpety kompresyjne lśniły w słońcu. Wyszło pierwszy raz tego dnia. Od rana kropiło, padało, a w najlepszym razie było szaro i mokro. Biegliśmy od 3:30 i byliśmy ubłoceni i sponiewierani. Justyna była aniołem zesłanym nam do naszego rzeźnickiego piekła. Krzyknęła że już tylko 3km. Spojrzałem na zegarek – była 15:02. To znaczyło, że jest o co walczyć. Nagle zapomniałem o bólu, o skurczach, które jeszcze 2 godziny temu odbierały mi nadzieję. Szaleńczo rzuciliśmy się w dół ku Ustrzykom, ku mecie, ku marzeniom. Po 11 godzinach, 55 minutach i 58 sekundach zameldowaliśmy się z moim partnerem – Łukaszem na mecie 11 Biegu Rzeźnika.

Marzenie

Zaczęło się dawno temu. Od chodzenia po górach. Bieszczady poznałem na wylot. Kiedy tylko zacząłem biegać – jasne dla mnie było, że kiedyś będę chciał pobiec te 80km czerwonym szlakiem z Komańczy do Ustrzyk. Marzyłem, ale i bałem się, pamiętałem to jak  sponiewierała mnie Chryszczata, ile kosztowało podejście pod Smerek, jak przemarzłem i upadłem na Caryńskiej. Pokonanie tej trasy w jeden dzień wydawało mi się niemożliwe. Ludzie, którzy tego dokonali wydawali mi się cyborgami. Mając ogromną pokorę wobec gór – wiedziałem, że jeśli chcę to zrobić – muszę być dobrze przygotowany. Nie przypuszczałem, że na realizację tego marzenia będę musiał poczekać aż 7 lat.
Budzik miał zadzwonić koło 2:00, ale o 1:15 już nie mogłem spać. Wstałem wypiłem ostatnią kawę, zacząłem się powoli pakować. Mój partner – Łukasz jeszcze spał. W kuchni gadałem więc z Karoliną – naszym logistykiem. Już dawno wstała żeby nam zrobić śniadanie, spakować plecaki i przygotować jedzenie na trasę. Trochę rozmawialiśmy, ale byłem tak spięty, że nie pamiętam nawet o czym. Na mundialu kończył się jeszcze ostatni mecz tego wieczoru, a ja zaczynałem kolejny dzień. O 2:00 wstali Łukasz i Paweł – nasz kierowca. Szybkie śniadanie, ubranie się i o 2:30 wyjechaliśmy spod Cisnej w kierunku Komańczy. Był środek nocy, a bieszczadzka szosa pełna była aut. Rozpoczynał się dla nas wszystkich bardzo długi dzień.

Oświadczyny

W Sylwestra oświadczyłem się, a Łukasz powiedział – „Tak”. Zgodził się pobiec ze mną w parze Bieg Rzeźnika. Ucieszyłem się bardzo, bo po pierwsze Łukasz był i jest dużo mocniejszym ode mnie biegaczem, po drugie, miał doświadczenie – ukończył Rzeźnika. A po trzecie jest bardzo fajnym i mądrym człowiekiem. Wie kiedy milczeć, wie kiedy mówić. Łukasz w parze dawał mi pewność i spokój. Pewność, że to ja będę słabszym ogniwem i spokój, że w razie czego Łukasz mnie wesprze. Trzecim ogniwem była Karolina. Mistrzyni logistyki i ogarniania wszystkiego w najbardziej napiętych momentach. Karolina zarządzała budżetem, planowała zakupy, skompletowała apteczkę, załatwiała noclegi i dbała o wszystkie drobiazgi.  Np. żeby na przepaku Łukasz dostał kanapkę z szynką, a ja tortillę z soczewicą i rukolą. Artur i Sport-guru zapewnili nam pomoc w doborze sprzętu do startu. Buty, koszulki, spodenki i skarpety kompresyjne.  Marudziłem i mierzyłem wszystkie chyba trailowe modele dostępne w sklepie aż dobrałem Brooks Cascadia. W ognistych kolorach – jak cały mój strój. Do tego czerwone kompresy i pomarańczowa koszulka. Ogień! Projekt Rzeźnik ruszył pełną parą.
Z Komańczy wylała się rzeka światełek. Czołówki trzęsły się w rytm kroków. Przed chwilą powietrze było kryształowo czyste, lekki deszcz zabrał resztki spalin. Ale teraz moje gardło rozrywały setki ostrych zapachów. Rozgrzewające maści, sprzęt, kosmetyki, tysiąc rodzajów potu...  Śniadanie podchodziło mi do góry, chwytałem tlen jak ryba. Zaczęło się źle. I choć ogólnie czułem się w dobrej formie, to brak oddechu i to, że na pierwszych kilometrach mijało nas mnóstwo osób waliło po głowie. Nie miałem woli walki, miałem tylko wolę przeżycia. Powoli biegliśmy ku Jeziorkom Duszatyńskim. 20 lat temu doszedłem do nich i niemal umarłem. Teraz dopiero się rozgrzewałem. Mięśnie były już ciepłe i elastyczne. Głowę trzeba było chłodzić. Wiedzieliśmy, że ten bieg zacznie się dopiero na podejściu pod Smerek. A może i później. Dlatego nie przyspieszaliśmy, trzymaliśmy spokojne tempo. Świtało. Ale ze mną było coraz gorzej. Mój układ trawienny wciąż pracował w trybie nocnym. Nie dobudził się i zaczął się buntować. Pierwszy raz wtedy pomyślałem, że mogę nie ukończyć. Za mną było dopiero kilkanaście kilometrów. To co mnie uratowało to ciągłe nawadnianie i naturalne żele. Odrobina konserwantów skręciłaby moje kiszki w ósemkę. Na szczęście miałem ze sobą domowej roboty (dziękuję Karolina) żele na bazie ryżu daktyli i banana. Leciutkie dla żołądka, ale dające mega power. Testowaliśmy je i ulepszaliśmy ich formułę na kilku maratonach, a przede wszystkim na Ultra Podkarpaciu. Na 70km wystarczyły mi trzy saszetki. Na Rzeźniku zjadłem 3,5. Kiedy dobiegaliśmy z Łukaszem do Cisnej – pierwszy poważny kryzys minął. Na zbiegu po bardzo śliskiej trasie wyciągu narciarskiego mijaliśmy jak szaleni. Za chwilę mknęliśmy w dół po 5:00 mając już w nogach ponad 30km w górach. Ale kiedy wpadliśmy na przepak w Cisnej mój żołądek po raz ostatni tego dnia dał o sobie znać gwałtownymi skurczami. Ulżyło…

Bieganie głową

Przez cały bieg Łukasz był dla mnie jak cień. Pół kroku za moim ramieniem kontrolował sytuację. Pozwalał żebym to ja dyktował tempo adekwatne do moich możliwości. Z wyrozumiałością znosił moje kryzysy. Kiedy zbiegaliśmy z Okrąglika skurcze mięśni już mnie nieźle wymęczyły. Przywodziciele spinały się za każdym razem kiedy stopa uciekała mi z płaszczyzny strzałkowej. A na biegu górskim działo się tak co kilka kroków. Walczyłem wtedy o równowagę, kilka koślawych kroków, podskoków i na chwilę mijało. Płaciłem bólem za Maraton Mazury, który pobiegłem 5 dni wcześniej. Wiedziałem, że tak będzie, ale po prostu musiałem tak zrobić. Zregenerowałem się na tyle na ile mogłem. Ale nie na 100%. Kiedy nogi nie niosą – zostaje głowa.
Najgorsze na maratonie czy biegu ultra, to zbyt wczesne odpalenie wszystkich pochowanych po kącikach świadomości automotywatorów. Jeśli jesteś na 20-tym kilometrze, to z perspektywy codziennego treningu – jest to bardzo daleko. Ale na biegu, który ma prawie 80km – to dopiero początek. Perspektywa „przede mną jeszcze 60km” potrafi dobić, odebrać motywację, nadzieję. Zawsze sobie wtedy dzielę dystans na mniejsze kawałki. Wtedy łatwiej znaleźć siły. Kiedy miałem za sobą już w nogach maraton – do mety było jeszcze ponad 35km. Ale do najbliższego przepaku już tylko 13km. I jeśli słynna Droga Mirka ma ok. 8km, to znaczyło, że do niej już tylko 5km. Czyli całkiem blisko. Podobnie dzieliłem sobie inne fragmenty. Często mierząc wysokość. Jeśli Caryńska ma 1297m n.p.m., a ja jestem już na tysiącu – to zostało tylko 300m. Co z tego, że w pionie. Trochę więcej niż Pałac Kultury. A on wcale nie jest taki wysoki jak się spokojnie idzie po schodach. 200m do szczytu? To tylko 8 razy po schodach na 10 piętro w bloku mojej mamy.

Drugie życie

Bieg Rzeźnika zaczął się dla mnie w Smereku. Przyszedł drugi kryzys. Skurcze trzęsły nogami tak, że nie byłem w stanie zmienić skarpet. Na przepaku spędziliśmy 15 długich minut patrząc jak na trasę ruszają Ci, których przed chwilą wyprzedzaliśmy. Na sztywnych nogach przeszedłem przez matę do pomiaru czasu i ruszyłem na połoniny. Tuż przed pierwszym podejściem siedział wiolonczelista i grał. Najpierw pomyślałem, że mam halucynacje, ale Łukasz też go widział. Scena była surrealistyczna, ale niezwykle miła. Ten sposób kibicowania był wyjątkowy, ale na całej trasie spotykaliśmy się tylko i wyłącznie z życzliwością i wsparciem. Turyści schodzili ze szlaku, robili nam miejsce żebyśmy mogli biec albo wyprzedzać. Z ogromną wyrozumiałością dodawali nam otuchy w najtrudniejszych chwilach. Z ich perspektywy robiliśmy w pół dnia wycieczkę, na którą oni potrzebowaliby co najmniej 4 dni dobrego marszu. Na Połoninie Wetlińskiej pomimo nienajlepszej pogody było sporo ludzi. Trzymałem się jeszcze na tych drewnianych kołkach, które kiedyś były moimi nogami. Ale zbieg od Chatki Puchatka ku Berehom był trzecim wielkim kryzysem na trasie. Czekałem kiedy tylko upadnę i wybiję sobie zęby, połamię kończyny albo po prostu rozwalę czaszkę. Na stromych kamiennych schodach mógłbym równie dobrze chodzić na szczudłach. Miałem podobną równowagę. W desperacji zacząłem schodzić tyłem. Rozciągnąłem łydki i nagle okazało się, że mogę biec dalej. Najpierw biegłem w dół dość asekuracyjnie, ale kiedy kolejne fale skurczów nie nadchodziły – pozwalałem sobie na trochę więcej. Na przepak w Berehach wbiegłem już w miarę normalnie. Przede mną było ostatnie duże podejście. Tylko jedno. 9km do mety. Dostałem drugie życie.

Pustka

Tak, jestem bardzo zadowolony. Tak, zrobiłem coś o czym większość ludzi nawet nie ma siły żeby zamarzyć. Zrealizowałem wszystkie założenia. Spędziłem kilka dni z fantastycznymi ludźmi. Wspaniałym partnerem, znakomitą ekipą. W najpiękniejszych polskich górach. I czuję pustkę. To o czym mówili mi kiedyś Ironmani. Pytanie – co dalej? Co jeszcze? Co bardziej? Skończył się pewien etap. Świat sportów wytrzymałościowych kusi setkami perspektyw. Ale nie wiem, w którą stronę pójść. Maraton na jesieni – mały cel, ale to tylko etap. Ironman – wcale tak mocno mnie nie kusi jak kiedyś… Wszedłem na swój szczyt i rozglądam się. Gdzie iść dalej? Którym szlakiem? Co będzie teraz MOIM celem. Na szczycie zawsze jesteś sam…

PS.
Wielkie podziękowania dla:
·         Łukasza – znakomitego biegacza, wspaniałego człowieka i idealnego partnera
·         Karoliny – mistrzyni logistyki, czarodziejki odżywek
·         Artura i ekipy Sport-guru – za wsparcie sprzętowe, bez Was to by nie było możliwe
·         Pawła i Marty – za pomoc na miejscu

·         Wszystkich, którzy mi dobrze życzyli po drodze