Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 listopada 2014

5 powodów, dla których biegam, a nie szkolę

17 lat. Tyle wytrzymałem. Czasem szkoliłem wielodniowymi ciągami. Potrafiłem przez trzy tygodnie wpadać do domu tylko po to, żeby wymienić koszule na świeże. Zjeździłem Polskę we wszystkie strony. Prowadziłem szkolenia w każdym województwie, w każdym większym polskim mieście. Z sukcesem pracowałem dla kilkudziesięciu dużych firm. Nigdy nie „robiłem sprzedaży”. Wszystkie kontrakty były z polecenia. Kilka lat temu zacząłem jednak powoli przestawiać zwrotnicę. Zamieniłem samotność trenera w obcym hotelu na końcu świata – na samotność długodystansowca.


1.       Poczucie wpływu
Chyba najważniejsze. Kiedy biegnę, czuję, że ode mnie zależy jaki efekt osiągnę. Jeśli zrobię więcej siły – może stracę dynamikę, ale łatwiej mi będzie w górach. Jeśli odpuszczę trening po raz pierwszy, drugi, trzeci – ukończę wymarzony bieg minutę, dwie, trzy wolniej niż bym chciał. Po szkoleniu, po dwóch dniach intensywnej pracy, każdy wracał do swojej rzeczywistości. Ja jechałem do kolejnej grupy. Uczestnicy wracali do swojej firmy, która mogła wspierać wypracowaną podczas szkolenia zmianę. Ale na to, czy szefowie na to pozwolą (a nie ma się co oszukiwać – nie zawsze tak było) nie miałem już żadnego wpływu. Bieganie daje mi 100% poczucia wpływu. Zbiorę, co zasieję.

2.       Więcej treningu
Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że biegając dużo więcej trenuję niż startuję. W skali roku średnio na 10 treningów przypadają jedne zawody. A im wyższy poziom, dłuższy dystans – tym te proporcje mogą się bardziej rozjeżdżać. Gdy szkoliłem – było zgoła odwrotnie. Na 9 dni szkoleniowych, tylko 1 mogłem poświęcić na rozwój. Kilka na przygotowanie, ale na „trening” mogłem sobie pozwolić zbyt rzadko. Będąc freelancerem najczęściej musiałem obrabiać zlecenia. Przez pierwsze kilka lat było to nawet rozwijające, ale już po dekadzie szkolenia działałem automatycznie, a oferta działań rozwojowych dla doświadczonych trenerów była bardzo uboga. Biegając – więcej pracuję, a mniej błyszczę.

3.       Zbyt wczesny debiut
Nie przypadkiem bieganie zaczyna się od krótszych dystansów. Z czasem wchodzą średnie, potem coraz dłuższe. Maraton w młodym, nieprzygotowanym organizmie czyni spustoszenia. Dlatego start maratoński czasem warto odwlec. Podobnie ze szkoleniami. Tak naprawdę, to wcale nie jest lekka miła i przyjemna praca. Wiąże się z ogromnymi obciążeniami. Dziś nie boję się tego powiedzieć – ze szkoleniami zacząłem za wcześnie. Za mało wiedziałem, za mało przeżyłem. Byłem gówniarzem-mądralą. Wszystkiego uczyłem się „w ogniu walki”. Na świecie – szkolenia, konsulting, to biznes siwych włosów. Ja miałem dwadzieścia parę lat i brak świadomości czego nie potrafię. Karmiłem swoje ego pozycją jaką daje bycie trenerem na szkoleniu. W pewnym momencie doszedłem do granicy rozwoju.
              
4.       Podporządkowanie
Wielu z nas ma potrzebę posiadania swojego „mistrza”. Guru, który nauczy nas dziedziny, doprowadzi na szczyt. W szkoleniach nigdy nie miałem kogoś, kto by mnie uczył. Drugiego dnia mojej pracy zostałem szefem działu w firmie konsultingowej. Szalona kariera lat 90-tych. Biegać zacząłem jako w pełni ukształtowany „trener biznesu”. W apogeum swojego szkoleniowego narcyzmu. Dostałem lekcję pokory jakiej potrzebowałem. Potrafiłem porywać tłumy, a nie dawałem rady z własnym ciałem.

5.       Real life.
Nienawidziłem tego zdania: „Ty to masz fajnie… Wczoraj byłeś w górach/nad morzem/na Mazurach/w lesie! (niepotrzebne skreślić)”. Słyszałem je niemal zawsze, kiedy wracałem ze szkolenia. Ale dopóki nie zacząłem biegać, to szczyty, wodę, drzewa – widziałem tylko zza szyby sali szkoleniowej lub z okna samochodu. Wyjeżdżałem z tych wszystkich Szczyrków, Sopotów, Mikołajek z poczuciem, że coś mnie ominęło. I tak właśnie było. W sterylnych pokojach wielogwiazdkowych hoteli znajdowałem sen, ale nie odpoczynek. Zasypiałem i budziłem się zmęczony. Wyjeżdżałem z niedosytem. Bieganie uczyniło mnie wolnym. Rozbiłem tę szybę wygody, która nie pozwalała mi wyjść. Z każdego wyjazdu zacząłem przywozić wspomnienia, trasy, miejsca, których bym nie odkrył tylko szkoląc.

Na razie biegam. Nie szkolę. Bieganie rozwija mnie na wielu płaszczyznach.  Szkolenie przestało. Może kiedyś wrócę na salę. Niczego w życiu nie da się wykluczyć. Ale poczekam na te siwe włosy. Poczekam na swój czas. Na swój temat. Może nadejdzie. Na razie biegam.

niedziela, 28 września 2014

Wynik tymczasowy, czyli Wszyscy Jesteście Wariatami

Zdjęcie tymczasowe
Zanim zaczniesz dalej czytać – uprzedzam. Będzie bolało. Będzie osobiście. I nie będzie o pięknej trasie (choć była piękna), wspaniałej pogodzie (była) i perfekcyjnej organizacji (też była). Będzie o tym, że żyję. Bo biegam. Odcinek kolejny.

Budzik
Od kilku tygodni budzi mnie między 5:00, a 5:30. Zegarek zadzwoni za kilka minut. Mój budzik to ból. Napięcie mięśni. Gdzieś głęboko, przy szkielecie. Otwieram oczy i patrzę gdzie się dziś obudziłem. Mogę poleżeć jeszcze kilka minut, pograć na komórce, mogę powoli zebrać się na trening. Choć trening teraz nie cieszy. Robię te kilometry bardziej z obowiązku. Czasem jak się zapomnę w bieganiu, to napięcie odpuszcza. Dopóki sobie znowu nie przypomnę. Albo ono sobie nie przypomni.

Start
Stoję na Moście Poniatowskiego i coś jest nie tak. Fizycznie jestem w okolicach życiowej formy. Psychicznie – nie bardzo wiem co się wokół dzieje. Staję tam, gdzie powinienem. Ruszam tak, jak planowałem. Nie jestem skoncentrowany, ale lecę po te 4:40/km jak chciałem. Z przyzwyczajenia, poczucia obowiązku. Jestem sam. Gdzieś tam w kącie pola widzenia stoją kibice. Ludzie biegną przede mną i za mną. Ale jestem sam. Nie ma pracy, nie ma znajomych, nie ma muzyki, która odcina myślenie. Ostatnio w samochodzie znowu najchętniej słucham Portishead. W porywach do Joy Division.

Wszyscy jesteście wariatami
Na ósmym kilometrze stoi gość z cudowną tabliczką „Wszyscy jesteście wariatami”. Tak, jesteśmy. Bo zamiast dłużej pospać, grillować, jeździć na niedzielne zakupy do marketu – wkładamy te dresy, buty i katujemy się. Wszyscy jesteśmy wariatami z jeszcze jednego powodu. Bieganiem większość z nas załatwia jakieś swoje sprawy z niebiegowego życia. Jeden biega, bo czuje się za gruby, drugi, bo chce sobie coś udowodnić, trzeci – by udowodnić coś innym. Każdy maratończyk ma jakąś kotwicę w realu. Jakąś oponę, którą za sobą ciągnie. Bieganie już kiedyś ratowało mi życie.

Lustro
Lustro się zbiło, potłukło w drobne kawałki. Na mniejsze i większe trójkąciki, prostokąty, wielokąty i zupełnie nieforemne kształty. Przeglądam się w niektórych z rosnącą świadomością, że to się już nie poskłada. Z lustra została sterta szkiełek. Nie potrafię jej sprzątnąć. Z zaciekawieniem biorę różne kawałki i się im przyglądam. W niektórych fragmentach odbijają się lepsze momenty ostatnich 15 lat, w niektórych gorsze. Czasem widzę oko i nie wiem, czy należy ono do prawie 40-letniego chłopca, czy dwudziestoparoletniego mężczyzny.

The loneliness of the long distance runner
Od pierwszego kilometra walczę, żeby się nie rozpłakać. Całą uwagę wkładam w to, żeby nie myśleć. The loneliness of the long distance runner… Dopada cholera. W tunelu pod Wisłostradą pękam pierwszy raz. Spazmatyczny skurcz całego ciała i łzy ciekną. Jest ciemno. Nikt nie zauważy. Trzeba być twardym, nie miętkim. Uśmiechać się, mówić, że wszystko jest OK. Nawet jak łzy kapią na rozbite lustro. Z każdym kilometrem już nie myślę o wyniku. Myślę o tym, żeby dobiec i móc w spokoju spuścić z kija to napięcie. Życiówki i tak nie będzie, więc nie ma sensu się zabijać. Ludzie migają. Z rzadka przy trasie trafi się ktoś znajomy. Krótki, płytki okrzyk. I dalej jestem sam. Trafia mnie w miasteczku Wilanów. Rozumiem, że ten maraton stał się metaforą. Kurewsko bolesną metaforą. Wiem, że Jaś i Adaś nie będą czekać na mnie na mecie. Chcę przejść w marsz, ale na taką porażkę nie jestem gotowy. Jedyne o czym teraz marzę, to przytulić się do kogoś. The loneliness of the long distance runner…

Tymczasowy wynik
Na Ursynowie pobiegnie ze mną kawałeczek Krzysiek. Przy Wilanowskiej – Karolina. Na Placu Unii Lubelskiej –  walczymy kawałek z Kubą, który dziś się zderzył ze ścianą. W Ujazdowskich – prowadzi mnie kilkaset metrów Hania. Dają mi rozpęd na chwilę, ale dziś nie jestem w stanie skupić się na bieganiu. Myślę tylko o lustrze. Myślę o tym, że wszystko jest teraz tymczasowe. Maraton biegnie się głową. Ja dziś nie mam tej głowy. Zrobiłem kawał ciężkiej pracy fizycznej, a przegrywam z emocjami. Ucieka mi Staśkiewicz sprzed 5 lat, sprzed roku. Oni wtedy byli jak zaprogramowane maszyny. Dziś cały jestem „etykietą zastępczą”. Wynik, który zrobię, będzie tymczasowy. Nie taki jak bym chciał, ale też nie przynoszący za bardzo wstydu. Cyfry nie mają znaczenia, choć na 19 pokonanych maratonów, to mój 5-ty wynik. Zrobiony na totalnej rozjebce.

Za metą

Za metą jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Nie dlatego, że pokonałem maraton. Nie dlatego, że wygrałem z tym, żeby nie przejść w marsz. Nie dlatego też, że jestem dumny z wyniku. Ciągle jestem sam, ale już nie muszę się spinać. Siadam na krawężniku i wreszcie mogę zrobić to, po co biegłem przez 42 kilometry. 15 minut po prostu płaczę. Ci głupi ludzie myślą, że ze szczęścia…

sobota, 12 lipca 2014

Mambałaga, czyli co mi dało bieganie

Ktoś mi zadał pytanie o to co mi dało bieganie. Czułem, że tysiące wyrazów, setki zdań za chwilę wystrzelą w przestrzeń. Tak wiele chciałem powiedzieć. Tyle cudownych i ważnych rzeczy się wydarzyło w moim życiu dzięki bieganiu. Nie wiedziałem od czego zacząć. I zanim zdążyłem się namyśleć – zrozumiałem, że na tak postawione pytanie najlepsza będzie krótka, jednozdaniowa odpowiedź. Krótka puenta. Punchline.
Zacząłem sobie porządkować to co chciałem powiedzieć. 
Zaczęło się od małego zwycięstwa. Od wstania od komputera i kilkuset metrów, może 3 kilometrów przeplatanych marszem. Odzyskałem poczucie kontroli nad ważnym aspektem własnego życia – zdrowiem. Potem przyszło dosyć szybkie zrzucenie kilkunastu kilogramów. Bez wspomagaczy, bez bardzo restrykcyjnej diety. Zacząłem akceptować własne ciało. Ciało, którego nie lubiłem chyba od czasu gdy byłem nastolatkiem. Musiałem zrobić porządki w szafie. Z rozmiaru L/XL znowu wróciłem do M. Wyrzucałem wszystkie workowate ubrania, które sprawiały, że czułem się w nich jak emeryt.

Następnym krokiem było poczucie własnej wartości. Pierwszy bieg na niewyobrażalnym wówczas dystansie 10km, ale przede wszystkim przeglądanie się w oczach innych, tych, którzy nie widzieli mnie przez kilka miesięcy. Lubiłem tę lekką nutkę zazdrości. Przez chwilę czułem się lepszy. Najpierw od innych, ale szybko zrozumiałem, że tak naprawdę jestem lepszy od siebie samego sprzed przemiany.
Poczucie kontroli, samoakceptacja, poczucie własnej wartości… Jako pierwsze wróciły na swoje miejsce. Do tej pory były rzucone gdzieś w zapomniany kąt mojego ja. Powoli ogarniałem bałagan.

Pierwszy maraton dał mi pokorę, której – nie ma co ukrywać – trochę mi brakowało. Dał mi impuls do systematycznej, porządnej pracy. Do codziennego planowania. Najpierw treningów. Potem okazało się, że również jedzenia i regeneracji. Nie dało się wybiec zaraz po posiłku, nie dało się dobrze biegać bez snu. Zaczął mi się porządkować rytm dnia. Jedzenie – trening – sen. Zaskoczyło mnie, że nie muszę już „liczyć baranów”. Wcześniej często było tak, że kładłem się z głową pełną stresu, problemów, spraw niedokończonych. Przewracałem się godzinę, wstawałem, wciąż żyłem tym od czego powinienem odpocząć. Zdarzało się, że żeby przed snem zająć głowę czymś innym – liczyłem np. kluby piłkarskie w podziale na województwa. Potrafiłem grubo przekroczyć 700 wymienionych, a sen nie nadchodził. Rozwalony rytm, bałagan w głowie. Systematyczny trening wyregulował tę kwestię.
Pokora, rytm dnia, tygodnia… Kolejne klocki układanki znalazły swoje miejsce.

Potem przyszła pora na jedzenie. Wzrastała świadomość własnego ciała, czułem doskonale co mi służy, co nie służy. Odkryłem, że po kurczaku z fastfoodu nie ma treningu. Nawet kilka godzin później czułem palący zgagą tłuszcz w całym przewodzie pokarmowym. Takich odkryć było coraz więcej. Potem zrezygnowałem z mięsa. Okazało się, że najlepiej mi się biega na diecie roślinnej. Proste nieprzetworzone jedzenie. Uporządkowałem kolejną cholernie ważną kwestię. Skończyły się wymówki, drobne odstępstwa, które zawsze przeistaczały się w przesunięcie granic. Czuję, że teraz moje paliwo ma  więcej oktanów.

Porządkowałem ciało, porządkowałem umysł. Zrezygnowałem z telewizora, okazał się zupełnie zbędny. Nie potrzebowałem go. Zrozumiałem, że czasu mam tak mało, że muszę go spędzać wartościowo. Godzina treningu była więcej warta niż 4 przed odbiornikiem. Trochę się bałem tego jak sobie poradzę z dziećmi. Wiadomo – jak trzeba coś zrobić – najłatwiej jest posadzić dzieciaka przed Mini-mini i zająć się swoimi sprawami. Na starszym synu przez 2 lata ta metoda się sprawdzała. Mały siedział jak zahipnotyzowany, a ja miałem „spokój”. Takie rozwiązanie wydawało się proste. Na pewno było bardzo wygodne. Ale kiedy zacząłem biegać, musiałem codziennie wygospodarować przynajmniej godzinę na trening, poprzestawiać pod to inne aktywności – czasu zaczęło brakować. Zauważyłem jak telewizor przeszkadza w tym, żeby być razem. Powoli zacząłem się dostrzegać to co najważniejsze. I skupiać się na tym. Z grona znajomych część osób zaczęła się wykruszać. Pojawiali się inni. Niektórzy tylko na chwilę. Zacząłem szanować mój czas i spędzać go z ludźmi, którzy byli ważni, a nie tylko fajni. Znowu bałagan zastąpiłem porządkiem.

W najtrudniejszym momencie bieganie dało mi życie. Wyrywało z czarnej rozpaczy rodzica, którego dziecko miało wypadek. Bieganie zmuszało do walki – również o siebie. Przez cały czas spędzony przy łóżkach (a właściwie pod łóżkami)  w dziecięcych szpitalach miałem siłę maratończyka. Byłem gotowy na długi dystans. Nie szafowałem siłami „na pierwszych kilometrach”, wiedziałem, że przed nami bardzo długi wysiłek. Miałem to już przepracowane i uporządkowane. Wiedziałem na czym się skupić żebyśmy przetrwali.  

W świecie pełno płytkich afirmacji, które mówią, że wystarczy chcieć by coś mieć/coś osiągnąć. Ale to fałsz. Może co najwyżej pół prawdy. To, żebyśmy czegoś chcieli jest zaledwie warunkiem koniecznym, ale nie dostatecznym. Drugi warunek konieczny, to wytrwałe i ukierunkowane dążenie do tego o czym marzymy. Bieganie nauczyło mnie odróżniać prawdy od fałszu. Na rozmowie o pracę – ściemnisz, na randce – ściemnisz, na egzaminie – ściągniesz. Ale na maratonie nie ściemnisz, ani nie ściągniesz. Osiągniesz tylko tyle na ile Cię stać. Cholernie mocne doświadczenie w świecie pełnym haseł, frazesów i sloganów reklamowych. Prosta prawda.


A więc co mi dało bieganie? Jednym zdaniem? Uporządkowało mi życie. W bardzo wielu aspektach. Zresztą ciągle porządkuje obszary, co do których bym nawet nie podejrzewał, że mają jakąkolwiek styczność z bieganiem. I choć ciągle wchodzę w jakieś ślepe uliczki, to coraz lepiej wiem dokąd idę i jak tam chcę dojść. Żyję w zgodzie ze sobą samym. Kolejne klocki wsuwam na właściwe miejsce. 


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Drugie życie - Brujita

Dwa życia Brujity. Nowe na medal i stare.
Lusterko zbiło się godzinę przed startem.
Po dwóch kilometrach już mocno dyszała. Tempo było spacerowe, warunki do biegania wymarzone, ale ona biegała pierwszy raz w życiu. Podbieg się skończył, a po prawej stronie otworzyła nam się piękna perspektywa na jezioro Bełdany. Oboje westchnęliśmy z zachwytu. Na ten widok będziemy potem czekać, wracać do niego. Minie równo rok.
Na luzie zrobiliśmy podbieg. Jezioro Bełdany zachwyciło nas tak samo jak rok wcześniej. Za nami było już 12 kilometrów. Do mety zostało jeszcze 30. Ale teraz to nie miało znaczenia. Wiedziałem, że da radę. Jeśli tylko się nie zagotuje. Pierwszy maraton potrafi wzbudzić niesamowite emocje. Ale biegła perfekcyjnie. Serce było gorące, ale głowa chłodna. Fizycznie była dokładnie w tym samym miejscu co rok temu. Sportowo, mentalnie – biegła obok mnie nowa osoba. Brujita, która narodziła się w błotach pod Lublińcem. Nowy człowiek, który nie musiał już niczego maskować histerycznym śmiechem, który tak dobrze pamiętałem sprzed roku.
O 6:30 w hotelowym holu stało dzikie zwierzę schowane w ciało dziewczyny. Widziałem jak jego oczy rozglądały się czujnie cały czas czekając na cios. Zwierzę zacisnęło dziewczynie usta, ścisnęło gardło. Kazało ciału wstać o świcie i biec. Zaczynał się właśnie drugi dzień szkolenia. Drugi dzień zawsze jest po pierwszym wieczorze. Ostatni wojownicy wracali właśnie do swoich pokoi. A zwierzę stało i czekało na bieganie. Truchtaliśmy po mazurskim lesie, w którym za kilka godzin miał się odbyć II MCI Maraton Mazury. To znaczy ja truchtałem, bo zwierzę walczyło o każdy oddech, o przetrwanie. Niewytrenowane ciało, nieodpowiednie buty, zmęczenie… Ale dziewczyna wlokła się czasem ze łzami w oczach, czasem chwytając tlen jak ryba. Cały czas tracąc mnóstwo sił na spięcie związane z brakiem bezpieczeństwa i drugie mnóstwo na maskowanie tego zdenerwowania. Pomimo tej niepewności widziałem wielką niezłomność. Zauważyłem też, że dziewczyna w tą swoją siłę nie wierzy, może nawet nie wie jak jest piekielnie mocna. Nie zdaje sobie sprawy, że może wszystko.
Nie wiedziałem jeszcze, że ten hart ducha wykuty był wieczną walką o przeżycie. O zaspokojenie podstawowych w hierarchii Maslowa potrzeb. Dopiero z czasem, oswajając to wewnętrzne dzikie zwierzę poznawałem jego historię. Powiedzieć, że życie się z nią nie pieściło, to dużo za mało. Kolejne rzeczy, których się dowiadywałem o tym co przeżyła wprawiały mnie w osłupienie, sprawiały, że czułem dziką bezsilność wobec tego co było. Zaczynałem rozumieć determinację, dostrzegałem blizny. Po dwóch miesiącach biegania zrobiłem coś, co z punktu widzenia fizjologii wysiłku nie miało większego sensu – wziąłem dziewczynę ze zwierzęciem na Bieg Katorżnika. Trudny, długi start ze stosunkowo małą ilością biegania. Przepracowaliśmy właściwie tylko podstawy. I rzuciłem ją na głęboką wodę jeziora Posmyk. Przez 3 i pół godziny była tam tylko ze sobą i demonami swojej przeszłości, które topiła w bagnach. Kiedy zobaczyłem jak wybiega na przedostatnią prostą wiedziałem już, że narodził się nowy człowiek – Brujita. Mała wiedźma – jak w Urodzonych Biegaczach. Zacięta, dokonująca cudów mała kobieta, która tylko dzięki swojej głowie wyprzedzała na trasie zawodowych żołnierzy. W gnijących bagnach, w brudzie kanałów melioracyjnych pojawiło się oczyszczenie.
Właśnie minął rok biegania. Brujita realizowała swoje marzenie – przebiec maraton. Nie byle jaki. Maraton Mazury. Ten sam czas, to samo miejsce. Czas zataczał koło. Od początku szliśmy w miarę równym, spokojnym tempem. W połowie dystansu uciekła nam jeszcze jedna dziewczyna, ale potem wyprzedzaliśmy tylko my. Na zbiegu, na płaskim, na podbiegu. Na drodze gruntowej i na asfalcie. Przy znaku 40 dogoniliśmy jeszcze jednego chłopaka. Poderwał się do walki i we trójkę biegliśmy prawie dwa kilometry. I wtedy stało się coś najpiękniejszego co może się zdarzyć na maratonie. Półtora kilometra przed metą Brujita włączyła trzeci bieg. Widziałem szok w oczach naszego współtowarzysza, któremu nagle zaczęliśmy odjeżdżać. Było trochę pod górę, a Garmin wskazywał, że to jeden z naszych najszybszych kilometrów. Wiedziałem, że ona wie, że to właśnie zrobiła. Że nie ma już żadnej wątpliwości. W wielkim stylu wbiegała na metę swojego pierwszego maratonu. Jednego z najtrudniejszych.

Za Brujitą jest rok pracy. Prawie 2000 kilometrów. Ani jednego treningu opuszczonego „bez usprawiedliwienia”. Praca organiczna. Od podstaw. Bez najmniejszego kredytu. Nie była to droga usłana płatkami róż, ale pełna kolców i cierni. Droga przemiany. Zaszczute zwierzę gdzieś zniknęło. Zamiast niego jest pewna swej wartości kobieta. Wie, że tego co zrobiła, nigdy nie odbierze jej żadne tsunami, które do tej pory regularnie niszczyło to, co chciała zbudować. Przebiegła coś więcej niż maraton…

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ślubny smoking, czyli 8 mitów

Mija właśnie 10 lat mojego małżeństwa. Odkopałem mój ślubny smoking. Dekadę temu byłem emerytem przed 30-tką. Dziś przeżywam drugą młodość. Marcin – ten post jest z dedykacją dla Ciebie!
Żeby wtedy jakoś wyglądać i wejść w ten smoking nabyłem „cudowne tabletki”. Pani w sklepie z garniturami poradziła mi jeszcze żebym kupił specjalny pas, który opnie moje brzuszysko. Prawda jakie to proste? Korekta wizualna – tak to ładnie ujęła. Taki rozleniwiający termin. Krótko mówiąc – możesz być spasiony, korekta wizualna sprawi, że inni będą udawać, że tego nie widzą.
Oczywiście miałem wtedy kilka znakomitych powodów żeby się za siebie nie brać. Powielałem te mity i w nie wierzyłem.  

Mit nr 1 – Jestem jeszcze młody, zawsze zdążę. Teraz chcę poużywać.
Więc na imprezach po szkoleniach będę wcinał smalec, zagryzał boczkiem, czipsami. O tak! Jakie to pyszne. Nie mógłbym z tego zrezygnować. Za bardzo to lubię.
Ten mit długo czekał na obalenie. Ale organizm sam się zbuntował. Najpierw przykręcenie śruby treningowej pozwoliło mi zauważyć, że nie na każdym jedzeniu da się dobrze biegać. Jeszcze później odkryłem, że smaków jest milion. Lepszych.

Mit nr 2 – W każdej chwili mógłbym zrzucić kilka kilogramów. To takie proste.
W sumie proste. Nic szczególnego. Więcej spalać niż przyjmować. Tyle tylko, że efekt nie jest natychmiastowy. Wymaga cierpliwości, wytrwałości i pokory.

Mit nr 3 – Grywam czasem w piłkę, więc o co chodzi?
Grywałem wtedy w miarę regularnie. Raz w tygodniu. Czasem 2 razy. I nie chudłem. Że co? Że za mało? 1 dzień treningu na 6 dni lenistwa to za mało? Ups. Chyba właśnie o to chodziło!

Mit nr 4 – Nie mam czasu – mam tyle pracy
Prawda jakie wygodne wytłumaczenie. Naprawdę wygodne – zdejmuje ze mnie odpowiedzialność za swoje zdrowie, a nawet pokazuje jaki jestem super. Bycie pracoholikiem jest przecież bardzo sexy!
Teraz wiem, że czasu zawsze mam tyle samo w ciągu dnia – 24h. Ani minuty więcej. Tyle, że wtedy nie miałem obowiązków związanych z wychowywaniem dzieci. Ale miałem np. telewizor. Świetnie resetował (szczególnie oczy) po 12 godzinach na krześle przed ekranem komputera. Byłem jak chomik, który myśli, że jak będzie szybciej biegł, to ucieknie z kołowrotka.

Mit nr 5 – Nie mam siły na trening
O jaki ja byłem wtedy biedny. Biurko, samochód, telewizor. Kręgosłup pękał, mięśnie flaczały, serce łomotało. Wiadomo – inni to mają życie. Luz. Na trening idą wypoczęci. Ale ja już dałem z siebie wszystko.
Teraz wiem, że to trening daje siłę. Daje energię, motywację. Że jest dokładnie odwrotnie niż myślałem – nie mam siły, bo nie miałem treningu.

Mit nr 6 – Bieganie (pływanie, rower itp.) jest nudne
Tego byłem akurat pewien. Liczenie kafelków w basenie… Nuuuda. Kółka po parku… Nuuuda. Na stadionie – tym bardziej. Na bieżni w klubie fitness? Nigdy! Przecież nie pobiegnę 5km w las, albo do innej dzielnicy.
Nie pobiegnę? A w sumie dlaczego? To tylko 5km w jedną stronę. 10km w obie. A ile nowych doznań? Nowych miejsc, czasem nowych ludzi. Okazało się, że nagle miasto się skurczyło. Że świat biegacza skraca odległości. A basen wcale nie jest monotonny. Szczególnie jak się pływa trochę szybciej. (No dobra, do bieżni mechanicznej się nie przekonałem do dziś, zawsze jest to dla mnie ostateczność).

Mit nr 7 – W sumie nie czuję się tak źle
To nic, że nie mam energii. To nic, że nie mam siły. Wątroba czasem boli, ale w Polsce musi boleć. Wezmę pigułkę. Taka „korekta” samopoczucia. Przypudruję tego trupa. Wyśpię się w niedzielę i będę mógł znowu poudawać, że jest w tym jakaś harmonia.
Dziś zmęczenia po najgorszym treningu nie zamieniłbym na codzienne samopoczucie w tamtym czasie. Bo dziś wiem, że ból mięśni minie. Wtedy – złe samopoczucie było permanentne. Nie wiedziałem nawet, że może być inaczej.

Mit nr 8 – Są gorsi ode mnie
Pewnie, że są. Bardziej zapuszczeni, z gorszymi objawami somatycznymi. Przychodzą do pracy z podkrążonymi oczami, wymięci i nieszczęśliwi. Ale to do cholery ich życie! Ja mam swoje, i jedyną osobą, z którą się mogę porównywać jestem ja sam! 


Klasyczne „gdybym wtedy wiedział to co wiem teraz”… Jeszcze 2,5 roku katowałem mój organizm na różne sposoby. Znajdowałem nowe usprawiedliwienia, pielęgnowałem stare mity. Zaprzeczałem. Udawałem, że nie widzę. Oszukiwałem sam siebie. Aż wreszcie poczułem „Kamyk w bucie”.

wtorek, 22 października 2013

Teraz albo nigdy (AD 2006)


Minęły 3 miesiące zaprzeczania, że nie ma problemu. 3 miesiące w trasie. Wspaniała wiosna podczas, której nie miałem już sił. Pamiętam szkolenie nad Zatoką Pucką i salę z widokiem na zatokę. Jeden z najbardziej obłędnych widoków w mojej karierze. I tyle. Bo byłem zbyt zmęczony żeby się wybrać gdzieś dalej niż do hotelowej restauracji. Ten sam zaklęty schemat samochód-pokój-sala-restauracja-pokój-sala-samochód. Kolejny kamyczek. Najpiękniejsze przecieka mi przez palce. Przypomniałem sobie wszystkie te miejsca, które przez ostatnie lata widziałem zza okna samochodu, bo nie miałem czasu i siły ruszyć się poza hotel.
Kiedy wróciłem – dowiedziałem się, że ponownie zostanę ojcem. Czyli co? Dwa razy więcej wyjazdów? Dwa razy bardziej? Dwa razy mocniej? Szczęśliwy, ale i przerażony siedziałem w salonie. Miałem 30 lat i nie miałem na nic siły. Nie było już sensu udawać. Musiałem zmierzyć się z rzeczywistością. Stanąłem na wagę. Gdyby to była gra komputerowa mógłbym wtedy zapisać HIGH SCORE. Przez 3 miesiące chodziłem z kamykiem w bucie, z ropiejącą raną. I zawsze chciałem zaczynać od jutra. Wezmę się za siebie. Jak odpocznę. Bo na razie, to nie mam siły. Na razie wciągnę jeszcze jedną porcję, pokrzepię się. Ale już jutro…
Trzeba przyznać – była w tym pewna konsekwencja. Nie zmieniałem codziennie zdania. Trzymałem się wersji „od jutra”. Zawsze byłem zbyt zmęczony żeby się zebrać. Jutro wiadomo, ale dziś jeszcze posiedzę przy komputerze… Któregoś czerwcowego wieczora dotarło do mnie, że albo teraz, albo nigdy. Że jeżeli mam się zebrać to właśnie teraz. Właśnie tu. Wiedziałem, że to była ostatnia szansa żeby dzieci nie pamiętały ojca w takim stanie.

Ubrałem się w to co miałem i wyszedłem. Zrobiłem pierwszy krok. Teraz albo nigdy! 
Wiedziałem, że moje życie zaczyna się zmieniać. Nie spodziewałem się jak wielka będzie skala tych zmian.

Na skraju (AD 2006)

Czytaliście o kamyku w bucie? Uwierał. Ale przecież da się z tym żyć. Da się gonić w tym kołowrotku. Jestem przecież niezniszczalny. W zeszłym miesiącu jechałem na szkolenie, a  droga była tak oblodzona, że 350km jechałem ponad 8 godzin. I co? I przeżyłem. Inni leżeli w rowach, ale przecież nie ja. A na przykład dziś. Rzygałem całą niedzielę. Zatrułem się naprawdę porządnie. Ale jutro przecież szkolenie. Tylko 550km, a dopiero 16:00. Dam radę. Nie takie rzeczy robiliśmy ze szwagrem.
Wsiadam do auta i jadę na koniec Polski. Przy samej granicy. Nigdy tam jeszcze nie byłem. Ale znajdę. Mam mapę jakąś. Coś może wreszcie uda mi się zjeść po drodze. Przez cały dzień nie mogłem wmusić w siebie niczego co by się utrzymało. Ale przecież jestem twardy, niezniszczalny. Mijam kolejne miejscowości. Jestem zmęczony, odwodniony, ale się spieszę. Gdzieś w Strzelcach Krajeńskich mylę się w wyborze drogi. Dobre pół godziny straty. Gorzów Wielkopolski. Już nie mam siły. Jeszcze kawałek. Północ? Trudno – przecież muszę dojechać. Kamyk w bucie zaczyna mnie coraz bardziej uwierać. Kostrzyń nad Odrą. Chcę się zatrzymać w hotelu. Akurat nie mają miejsc. Wtedy jeszcze nie wiem, że do tego hotelu wrócę przy okazji maratonu w Dębnie. Że kiedyś będzie mi się kojarzył z sukcesem. Słaniając się na nogach wsiadam do auta. Jest już grubo po północy. Jeszcze z 60 kilometrów jakimiś bocznymi ścieżkami. Włączam jakieś niemieckie radio – niech mnie obudzi. Przyspieszam. Na łuku wynosi mnie. Światła z naprzeciwka, hamulec. Robię bączka na przeciwległym pasie i wpasowuję się idealnie między dwa potężne drzewa na poboczu. Z naprzeciwka śmiga inne auto. Ile zabrakło? Metra? Sekundy? Kurwa – nie jestem niezniszczalny! Siedzę w aucie na poboczu, serce wali tak jakby chciało wybić przednią szybę. I wiem, że długo tak się nie da. Na adrenalinie przejeżdżam ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. Nie mogę zasnąć. I choć generalnie słabo sypiałem, teraz jest jakoś inaczej. Pomimo zmęczenia zaczyna mi się coś klarować. Nie wiem jeszcze, w którą stronę będę zmierzał. Wiem tylko skąd będę uciekał. Myślę o moim synu. O tym jak bardzo nie chcę żeby miał tak głupiego ojca. Jak bardzo gonię za czymś, a jak mało jestem.
Stawiam sobie jedno z najważniejszych pytań w życiu. Proste i mocne. Jakim chcę być ojcem? Zestresowanym grubasem w samochodzie? Wiecznie nieobecnym gościem o pseudonimie „ciszej, bo tata śpi”? Rubaszną wydmuszką przekonaną o swej mocy i nie widzącą swych słabości? Niewiele zabrakło bym był granitowym pomnikiem na Bródnie?

Odwracam pytanie. A jakiego ojca ja sam chciałbym mieć? Którą z tych opcji bym wybrał jako syn? To już nie jest kamień w bucie, to boleśnie obtarta noga. Dalej tą drogą iść się nie da.
Co było dalej?

poniedziałek, 21 października 2013

Kamyk w bucie (AD 2006)

Ta historia zaczyna się w ośrodku szkoleniowym gdzieś w Polsce. Skończyłem 30 lat, jestem na wznoszącej fali zawodowej. Spędzam czas albo w sali szkoleniowej, albo w aucie. Gdynia-Zakopane? Nie ma sprawy! Białystok-Legnica – już lecę! Czuję, że mogę wszystko. Jestem fajny i w ogóle. Właśnie niedawno urodził mi się syn. Jako dumny tata dorobiłem się porządnego „mięśnia prezesowskiego”. Przy wzroście 173cm ważę prawie 100kg. Choć zawsze lubiłem sport, to ostatnio jestem zbyt zmęczony – wiecie przejazdy, szkolenia, imprezy, szkolenia, przejazdy, imprezy… Trzeba zarobić.
Więc siedzę w tym ośrodku na imprezce po pierwszym dniu szkolenia. Obgryzam jakieś żeberka, karkówki. Chleb ze smalcem, ogórek i piwo. No dobra, kieliszeczek wódki. Standard. Oni – jako uczestnicy szkolenia mają taki wypas dwa razy do roku. Wiadomo – firma musi się postarać. Ja – jako trener-szkoleniowiec taką kolacjo-imprezę zaliczam szósty albo siódmy raz w tym miesiącu. W roku pewnie z 50 razy uczestniczę w takich biesiadach. Na bogato. Grubo. Oj grubo. Ale w końcu zasłużyłem. Odwaliłem kawał dobrej roboty. Wypijam kieliszek wódki, opowiadam te same kawały co na poprzednim szkoleniu. Śmieję się z tych samych rzeczy. Wszystko jest takie powtarzalne. Na weekend wpadnę do domu. Odeśpię, pobawię się z dzieckiem – tak rzadko go widuję, a  tak bardzo mi zależy, żeby stworzyć głęboką więź. Uwielbiam jak mały leży na moim brzuchu i podrzucam go niczym na trampolinie.
Wypijam trzeci może kieliszek. Jest już lekka mgiełka. Impreza trwa w najlepsze. Ciepło rozpływa się po moim ciele, lekko zaczynam się uśmiechać. Chłopaki z grupy pili szybciej i są nieźle rozbawieni. Demolują trochę stół bilardowy. Spoko – firma zapłaci. Ale ja jestem jakiś ospały, robi mi się błogo. Siedząc z boku mogę sobie popatrzeć na te harce. Alkohol włączył lekką mgiełkę. Jest trochę nierealnie. W tych powtarzalnych zachowaniach widzę siebie za kilka lat. Wciąż bawię się w najlepsze. Ciężko pracuję i rozładowuję stres bawiąc się coraz ostrzej. Jeżdżę i szkolę. Szkolę i jeżdżę. Jak chomik w kołowrotku. Pośród tysięcy innych chomików. Wspaniała zabawa do upadłego. Jutro dokończę szkolenie i wsiądę w auto. 300 kilometrów. Da capo al. Fine…

Zaczyna mnie ta wizja uwierać. Ale nic z nią jeszcze nie robię. Przecież mam dopiero 30 lat. Jestem niezniszczalny. Owszem – czasem się przytruję, ale generalnie jestem wysportowany. Czasem nawet pójdę pograć w piłkę jak mam czas. Albo w ping-ponga. Mam nawet niezły top-spin. Amatorów widowiskowo ogram. Więc o co chodzi? Co mi nie pasuje? Dlaczego akurat dziś zza tej błogiej mgiełki poczułem w moim bucie maleńki, upierdliwy kamyk?
Ciąg dalszy