środa, 2 lipca 2014

Pierwsze półrocze, czyli długo i poważnie o priorytetach i konsekwencji

To tam jest nasz cel
Kiedy szkoliłem menedżerów zawsze ogromnym problemem było ustalenie priorytetów ich działań. Każdy miał kilka, kilkanaście najważniejszych rzeczy do zrobienia. Najczęściej pierwsze próby oznaczenia kluczowych zadań kończyły się tym, że 90% zadań było ocenianych jako priorytet „A”. Rozbijaliśmy potem zadania na pilne i ważne (patrz Macierz Eisenhowera), rangowaliśmy… Dojście do tego żeby wybrać te kilka naprawdę najważniejszych zajmowało sporo czasu. Spotykało się często z niedowierzaniem i niechęcią. Jako zewnętrzny konsultant mogłem pokazać tylko metodę i drogę. Część z uczestników po szkoleniu stosowała się do tej wiedzy, część wracała do dawnych przyzwyczajeń. Najlepszym moim doświadczeniem był telefon, który dostałem od uczestnika 3 albo 4 miesiące po szkoleniu: „Tomek, dzięki, kiedy skupiłem się na tym co najważniejsze wszystko pozostałe zaczęło się układać”.

Z bieganiem jest tak samo. W pierwszym półroczu pękło 1600km. Zrealizowałem najważniejszy cel – przebiegłem Bieg Rzeźnika w niezłym (11:55) czasie. Przy okazji trafiły się 3 życiówki, z których liczyłem może na jedną – tą na 15km. Zaliczyłem 2 maratony, 2 biegi ultra. Bilans bardzo na plus. Nie udało się uzyskać dobrego wyniku w maratonie – Paryż okazał się zbyt pięknym miastem, żeby po nim szybko biegać. Dzięki temu lekkiemu niespełnieniu czuję, że mam jeszcze o co walczyć w drugiej części roku.

Priorytetem „A” było ukończenie Biegu Rzeźnika. Wszystko inne było podporządkowane. Ultra Podkarpacie mógłbym pobiec szybciej, ale sam sobie założyłem hamulec, robiłem zdjęcia, wrzucałem na fejsa. Bo to był sprawdzian mnie, sprzętu, jedzenia, a nie walka o wynik. Walka była w Bieszczadach. Życiówki przyszły przy okazji. Były pokłosiem ciężkich treningów.

Drugą rzeczą o priorytecie „A” było ukończenie kursu instruktorskiego na AWF-ie. Czasem kolidowało to z przygotowaniami do Rzeźnika, ale żeby oba cele zrealizować musiałem zrezygnować z działań o niższym priorytecie. Długie – 35-kilometrowe wybiegania musiałem robić w poniedziałek, a nie w weekend jak zazwyczaj się to planuje, musiałem odpuścić m.in. start w moim ukochanym Maratonie Lubelskim. Po prostu – jak mówi ludowa mądrość – nie da się łapać wszystkich srok za ogon.

Trzeci priorytet „A” to MCI Maratron Mazury. Przebiec go – na szczęście w bardzo spokojnym tempie, ale jednak 43km (był ciut dłuższy) 5 dni przed ultra – brzmi niczym szaleństwo. Tyle, że to była sprawa honoru. Najtrudniejsza do pogodzenia z Rzeźnikiem i dlatego wymagająca specjalnych środków. Dodatkowej regeneracji, odpowiedniej aklimatyzacji w Bieszczadach.

Jest takie powiedzenie:
„Jeśli masz więcej niż trzy priorytety działania, to znaczy, że nie masz żadnego” – Jim Collins
To zdanie przypomniałem sobie 30-go czerwca gdy zobaczyłem, że zrobiłem 242km. z założonych w tym miesiącu 250km. Poczułem żal, że nie zrealizowałem celu, ale przypomniałem sobie, że najważniejszy był Rzeźnik. Te kilka kilometrów mniej poświęciłem dla regeneracji, po to aby podczas najważniejszego startu tego półrocza nogi były lżejsze.
W swojej metodyce preferowałem podejście 3-5-8. Nie więcej niż 3 priorytety „A” – najważniejsze, kluczowe. Nie więcej niż 5 priorytetów „B” – ważnych, ale ustępujących miejsca jeśli będzie trzeba tym ważniejszcym. 8 rzeczy o priorytecie „C” – takich, które fajnie by było zrobić, ale jeśli trzeba – w każdej chwili można je poświęcić.
Nie wierzę w to, że można utrzymać motywację i koncentrację startową na 10 imprez długodystansowych w krótkim czasie. Wiem jak specyficzne i wymagające dla naszej głowy jest biegnięcie przez kilka, albo nawet kilkanaście godzin. Dlatego w sezonie warto postawić na 2-3 jasne cele. Skupić się na ich realizacji i eliminować wszystko, co może przeszkadzać.
Moja tabelka z pierwszej połowy roku wygląda tak:

Zadanie
Priorytet
Realizacja
Uwagi

BIEG RZEŹNIKA < 12h


A

TAK

11:55 J

Kurs Instruktora Sportu LA


A

TAK



MCI Maraton Mazury


A

TAK


Ultra Podkarpacie

B


TAK

8:25

Życiówka na 15km


B

TAK

1:06:44 Chomiczówka

Poprawienie 3:27 w maratonie

B

NIE

3:38 Paryż

Wynik poniżej 44min / 10km

B

TAK

42:12 Bieg Flagi (Personal Best)

Przebiec co najmniej 1500km

B

TAK

1601km

Wszystko pozostałe (w tym życiówka na milę i Maraton Lubelski, którego nie pobiegłem w tym roku) było niższym priorytetem.
Dla drugiej połowy roku przygotowałem taką tabelkę.  

Zadanie
Priorytet
Realizacja
Uwagi

Atak na 3:20 w maratonie


A


36. PZU Maraton Warszawski

Atak na 1:32 w półmaratonie

A


Półmaraton Praski lub ew. Półmaraton Królewski

Zwiększyć sprawność ogólną w tym siłę i gibkość

A




Chudy Wawrzyniec

B




Poprawić PB na 10km


B


Do Biegu Niepodległości włącznie

Przebiec co najmniej 1500km

B






B






B



Jak widać mam jeszcze miejsce na dwa cele o priorytecie B. Może coś się jeszcze wyklaruje, może Bieg Szlak Trafi przejdzie z priorytetu C, na B. Ale wiem już jakie najważniejsze zadania mam na najbliższy czas. Teraz pora dobrać środki.

Wielu biegaczy biega spontanicznie i nie planuje w dłuższym okresie. Dziś start tu, jutro tam. Za tydzień fajna połówka – biegnę! We środę trening z grupą X – przyjdę.. Mi jednak podejście bardziej uporządkowane i zaplanowane przynosi bardzo dobre rezultaty, ale też pozwala uniknąć wielu frustracji na starcie. Oczywiście – porażka może boleć dużo bardziej, ale wtedy wiem jak wyciągnąć wnioski.

Zachęcam Was do podejścia 3-5-8 nie tylko w bieganiu, nie tylko w biznesie. Kiedy skupimy się na tym co najważniejsze, reszta zaczyna się układać. Po prostu. Kiedy gonimy sprzeczne cele, wpadamy w chaos, przestajemy działać konsekwentnie. Krążymy, zbaczamy ze ścieżki, gubimy się. Ale jeśli wiemy co jest naszym najważniejszym celem – możemy iść prosto. Przez ostatnie pół roku śpiewałem sobie w najtrudniejszych momentach refren piosenki Kultu


„Idę prosto nie biorę jeńców żadnych…”

środa, 25 czerwca 2014

Rzeźnik, na którego czekałem

1. Skurcze na Smereku, 2. Ekipa na balkonie,
3. A tam pobiegniemy jutro 4. Na mecie 5. Ostatni podbieg
Justyna wyłoniła się z wysokich traw Połoniny Caryńskiej. Sunęła leciutko niczym sarenka, była kolorowa i czysta. Amarantowe skarpety kompresyjne lśniły w słońcu. Wyszło pierwszy raz tego dnia. Od rana kropiło, padało, a w najlepszym razie było szaro i mokro. Biegliśmy od 3:30 i byliśmy ubłoceni i sponiewierani. Justyna była aniołem zesłanym nam do naszego rzeźnickiego piekła. Krzyknęła że już tylko 3km. Spojrzałem na zegarek – była 15:02. To znaczyło, że jest o co walczyć. Nagle zapomniałem o bólu, o skurczach, które jeszcze 2 godziny temu odbierały mi nadzieję. Szaleńczo rzuciliśmy się w dół ku Ustrzykom, ku mecie, ku marzeniom. Po 11 godzinach, 55 minutach i 58 sekundach zameldowaliśmy się z moim partnerem – Łukaszem na mecie 11 Biegu Rzeźnika.

Marzenie

Zaczęło się dawno temu. Od chodzenia po górach. Bieszczady poznałem na wylot. Kiedy tylko zacząłem biegać – jasne dla mnie było, że kiedyś będę chciał pobiec te 80km czerwonym szlakiem z Komańczy do Ustrzyk. Marzyłem, ale i bałem się, pamiętałem to jak  sponiewierała mnie Chryszczata, ile kosztowało podejście pod Smerek, jak przemarzłem i upadłem na Caryńskiej. Pokonanie tej trasy w jeden dzień wydawało mi się niemożliwe. Ludzie, którzy tego dokonali wydawali mi się cyborgami. Mając ogromną pokorę wobec gór – wiedziałem, że jeśli chcę to zrobić – muszę być dobrze przygotowany. Nie przypuszczałem, że na realizację tego marzenia będę musiał poczekać aż 7 lat.
Budzik miał zadzwonić koło 2:00, ale o 1:15 już nie mogłem spać. Wstałem wypiłem ostatnią kawę, zacząłem się powoli pakować. Mój partner – Łukasz jeszcze spał. W kuchni gadałem więc z Karoliną – naszym logistykiem. Już dawno wstała żeby nam zrobić śniadanie, spakować plecaki i przygotować jedzenie na trasę. Trochę rozmawialiśmy, ale byłem tak spięty, że nie pamiętam nawet o czym. Na mundialu kończył się jeszcze ostatni mecz tego wieczoru, a ja zaczynałem kolejny dzień. O 2:00 wstali Łukasz i Paweł – nasz kierowca. Szybkie śniadanie, ubranie się i o 2:30 wyjechaliśmy spod Cisnej w kierunku Komańczy. Był środek nocy, a bieszczadzka szosa pełna była aut. Rozpoczynał się dla nas wszystkich bardzo długi dzień.

Oświadczyny

W Sylwestra oświadczyłem się, a Łukasz powiedział – „Tak”. Zgodził się pobiec ze mną w parze Bieg Rzeźnika. Ucieszyłem się bardzo, bo po pierwsze Łukasz był i jest dużo mocniejszym ode mnie biegaczem, po drugie, miał doświadczenie – ukończył Rzeźnika. A po trzecie jest bardzo fajnym i mądrym człowiekiem. Wie kiedy milczeć, wie kiedy mówić. Łukasz w parze dawał mi pewność i spokój. Pewność, że to ja będę słabszym ogniwem i spokój, że w razie czego Łukasz mnie wesprze. Trzecim ogniwem była Karolina. Mistrzyni logistyki i ogarniania wszystkiego w najbardziej napiętych momentach. Karolina zarządzała budżetem, planowała zakupy, skompletowała apteczkę, załatwiała noclegi i dbała o wszystkie drobiazgi.  Np. żeby na przepaku Łukasz dostał kanapkę z szynką, a ja tortillę z soczewicą i rukolą. Artur i Sport-guru zapewnili nam pomoc w doborze sprzętu do startu. Buty, koszulki, spodenki i skarpety kompresyjne.  Marudziłem i mierzyłem wszystkie chyba trailowe modele dostępne w sklepie aż dobrałem Brooks Cascadia. W ognistych kolorach – jak cały mój strój. Do tego czerwone kompresy i pomarańczowa koszulka. Ogień! Projekt Rzeźnik ruszył pełną parą.
Z Komańczy wylała się rzeka światełek. Czołówki trzęsły się w rytm kroków. Przed chwilą powietrze było kryształowo czyste, lekki deszcz zabrał resztki spalin. Ale teraz moje gardło rozrywały setki ostrych zapachów. Rozgrzewające maści, sprzęt, kosmetyki, tysiąc rodzajów potu...  Śniadanie podchodziło mi do góry, chwytałem tlen jak ryba. Zaczęło się źle. I choć ogólnie czułem się w dobrej formie, to brak oddechu i to, że na pierwszych kilometrach mijało nas mnóstwo osób waliło po głowie. Nie miałem woli walki, miałem tylko wolę przeżycia. Powoli biegliśmy ku Jeziorkom Duszatyńskim. 20 lat temu doszedłem do nich i niemal umarłem. Teraz dopiero się rozgrzewałem. Mięśnie były już ciepłe i elastyczne. Głowę trzeba było chłodzić. Wiedzieliśmy, że ten bieg zacznie się dopiero na podejściu pod Smerek. A może i później. Dlatego nie przyspieszaliśmy, trzymaliśmy spokojne tempo. Świtało. Ale ze mną było coraz gorzej. Mój układ trawienny wciąż pracował w trybie nocnym. Nie dobudził się i zaczął się buntować. Pierwszy raz wtedy pomyślałem, że mogę nie ukończyć. Za mną było dopiero kilkanaście kilometrów. To co mnie uratowało to ciągłe nawadnianie i naturalne żele. Odrobina konserwantów skręciłaby moje kiszki w ósemkę. Na szczęście miałem ze sobą domowej roboty (dziękuję Karolina) żele na bazie ryżu daktyli i banana. Leciutkie dla żołądka, ale dające mega power. Testowaliśmy je i ulepszaliśmy ich formułę na kilku maratonach, a przede wszystkim na Ultra Podkarpaciu. Na 70km wystarczyły mi trzy saszetki. Na Rzeźniku zjadłem 3,5. Kiedy dobiegaliśmy z Łukaszem do Cisnej – pierwszy poważny kryzys minął. Na zbiegu po bardzo śliskiej trasie wyciągu narciarskiego mijaliśmy jak szaleni. Za chwilę mknęliśmy w dół po 5:00 mając już w nogach ponad 30km w górach. Ale kiedy wpadliśmy na przepak w Cisnej mój żołądek po raz ostatni tego dnia dał o sobie znać gwałtownymi skurczami. Ulżyło…

Bieganie głową

Przez cały bieg Łukasz był dla mnie jak cień. Pół kroku za moim ramieniem kontrolował sytuację. Pozwalał żebym to ja dyktował tempo adekwatne do moich możliwości. Z wyrozumiałością znosił moje kryzysy. Kiedy zbiegaliśmy z Okrąglika skurcze mięśni już mnie nieźle wymęczyły. Przywodziciele spinały się za każdym razem kiedy stopa uciekała mi z płaszczyzny strzałkowej. A na biegu górskim działo się tak co kilka kroków. Walczyłem wtedy o równowagę, kilka koślawych kroków, podskoków i na chwilę mijało. Płaciłem bólem za Maraton Mazury, który pobiegłem 5 dni wcześniej. Wiedziałem, że tak będzie, ale po prostu musiałem tak zrobić. Zregenerowałem się na tyle na ile mogłem. Ale nie na 100%. Kiedy nogi nie niosą – zostaje głowa.
Najgorsze na maratonie czy biegu ultra, to zbyt wczesne odpalenie wszystkich pochowanych po kącikach świadomości automotywatorów. Jeśli jesteś na 20-tym kilometrze, to z perspektywy codziennego treningu – jest to bardzo daleko. Ale na biegu, który ma prawie 80km – to dopiero początek. Perspektywa „przede mną jeszcze 60km” potrafi dobić, odebrać motywację, nadzieję. Zawsze sobie wtedy dzielę dystans na mniejsze kawałki. Wtedy łatwiej znaleźć siły. Kiedy miałem za sobą już w nogach maraton – do mety było jeszcze ponad 35km. Ale do najbliższego przepaku już tylko 13km. I jeśli słynna Droga Mirka ma ok. 8km, to znaczyło, że do niej już tylko 5km. Czyli całkiem blisko. Podobnie dzieliłem sobie inne fragmenty. Często mierząc wysokość. Jeśli Caryńska ma 1297m n.p.m., a ja jestem już na tysiącu – to zostało tylko 300m. Co z tego, że w pionie. Trochę więcej niż Pałac Kultury. A on wcale nie jest taki wysoki jak się spokojnie idzie po schodach. 200m do szczytu? To tylko 8 razy po schodach na 10 piętro w bloku mojej mamy.

Drugie życie

Bieg Rzeźnika zaczął się dla mnie w Smereku. Przyszedł drugi kryzys. Skurcze trzęsły nogami tak, że nie byłem w stanie zmienić skarpet. Na przepaku spędziliśmy 15 długich minut patrząc jak na trasę ruszają Ci, których przed chwilą wyprzedzaliśmy. Na sztywnych nogach przeszedłem przez matę do pomiaru czasu i ruszyłem na połoniny. Tuż przed pierwszym podejściem siedział wiolonczelista i grał. Najpierw pomyślałem, że mam halucynacje, ale Łukasz też go widział. Scena była surrealistyczna, ale niezwykle miła. Ten sposób kibicowania był wyjątkowy, ale na całej trasie spotykaliśmy się tylko i wyłącznie z życzliwością i wsparciem. Turyści schodzili ze szlaku, robili nam miejsce żebyśmy mogli biec albo wyprzedzać. Z ogromną wyrozumiałością dodawali nam otuchy w najtrudniejszych chwilach. Z ich perspektywy robiliśmy w pół dnia wycieczkę, na którą oni potrzebowaliby co najmniej 4 dni dobrego marszu. Na Połoninie Wetlińskiej pomimo nienajlepszej pogody było sporo ludzi. Trzymałem się jeszcze na tych drewnianych kołkach, które kiedyś były moimi nogami. Ale zbieg od Chatki Puchatka ku Berehom był trzecim wielkim kryzysem na trasie. Czekałem kiedy tylko upadnę i wybiję sobie zęby, połamię kończyny albo po prostu rozwalę czaszkę. Na stromych kamiennych schodach mógłbym równie dobrze chodzić na szczudłach. Miałem podobną równowagę. W desperacji zacząłem schodzić tyłem. Rozciągnąłem łydki i nagle okazało się, że mogę biec dalej. Najpierw biegłem w dół dość asekuracyjnie, ale kiedy kolejne fale skurczów nie nadchodziły – pozwalałem sobie na trochę więcej. Na przepak w Berehach wbiegłem już w miarę normalnie. Przede mną było ostatnie duże podejście. Tylko jedno. 9km do mety. Dostałem drugie życie.

Pustka

Tak, jestem bardzo zadowolony. Tak, zrobiłem coś o czym większość ludzi nawet nie ma siły żeby zamarzyć. Zrealizowałem wszystkie założenia. Spędziłem kilka dni z fantastycznymi ludźmi. Wspaniałym partnerem, znakomitą ekipą. W najpiękniejszych polskich górach. I czuję pustkę. To o czym mówili mi kiedyś Ironmani. Pytanie – co dalej? Co jeszcze? Co bardziej? Skończył się pewien etap. Świat sportów wytrzymałościowych kusi setkami perspektyw. Ale nie wiem, w którą stronę pójść. Maraton na jesieni – mały cel, ale to tylko etap. Ironman – wcale tak mocno mnie nie kusi jak kiedyś… Wszedłem na swój szczyt i rozglądam się. Gdzie iść dalej? Którym szlakiem? Co będzie teraz MOIM celem. Na szczycie zawsze jesteś sam…

PS.
Wielkie podziękowania dla:
·         Łukasza – znakomitego biegacza, wspaniałego człowieka i idealnego partnera
·         Karoliny – mistrzyni logistyki, czarodziejki odżywek
·         Artura i ekipy Sport-guru – za wsparcie sprzętowe, bez Was to by nie było możliwe
·         Pawła i Marty – za pomoc na miejscu

·         Wszystkich, którzy mi dobrze życzyli po drodze

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Drugie życie - Brujita

Dwa życia Brujity. Nowe na medal i stare.
Lusterko zbiło się godzinę przed startem.
Po dwóch kilometrach już mocno dyszała. Tempo było spacerowe, warunki do biegania wymarzone, ale ona biegała pierwszy raz w życiu. Podbieg się skończył, a po prawej stronie otworzyła nam się piękna perspektywa na jezioro Bełdany. Oboje westchnęliśmy z zachwytu. Na ten widok będziemy potem czekać, wracać do niego. Minie równo rok.
Na luzie zrobiliśmy podbieg. Jezioro Bełdany zachwyciło nas tak samo jak rok wcześniej. Za nami było już 12 kilometrów. Do mety zostało jeszcze 30. Ale teraz to nie miało znaczenia. Wiedziałem, że da radę. Jeśli tylko się nie zagotuje. Pierwszy maraton potrafi wzbudzić niesamowite emocje. Ale biegła perfekcyjnie. Serce było gorące, ale głowa chłodna. Fizycznie była dokładnie w tym samym miejscu co rok temu. Sportowo, mentalnie – biegła obok mnie nowa osoba. Brujita, która narodziła się w błotach pod Lublińcem. Nowy człowiek, który nie musiał już niczego maskować histerycznym śmiechem, który tak dobrze pamiętałem sprzed roku.
O 6:30 w hotelowym holu stało dzikie zwierzę schowane w ciało dziewczyny. Widziałem jak jego oczy rozglądały się czujnie cały czas czekając na cios. Zwierzę zacisnęło dziewczynie usta, ścisnęło gardło. Kazało ciału wstać o świcie i biec. Zaczynał się właśnie drugi dzień szkolenia. Drugi dzień zawsze jest po pierwszym wieczorze. Ostatni wojownicy wracali właśnie do swoich pokoi. A zwierzę stało i czekało na bieganie. Truchtaliśmy po mazurskim lesie, w którym za kilka godzin miał się odbyć II MCI Maraton Mazury. To znaczy ja truchtałem, bo zwierzę walczyło o każdy oddech, o przetrwanie. Niewytrenowane ciało, nieodpowiednie buty, zmęczenie… Ale dziewczyna wlokła się czasem ze łzami w oczach, czasem chwytając tlen jak ryba. Cały czas tracąc mnóstwo sił na spięcie związane z brakiem bezpieczeństwa i drugie mnóstwo na maskowanie tego zdenerwowania. Pomimo tej niepewności widziałem wielką niezłomność. Zauważyłem też, że dziewczyna w tą swoją siłę nie wierzy, może nawet nie wie jak jest piekielnie mocna. Nie zdaje sobie sprawy, że może wszystko.
Nie wiedziałem jeszcze, że ten hart ducha wykuty był wieczną walką o przeżycie. O zaspokojenie podstawowych w hierarchii Maslowa potrzeb. Dopiero z czasem, oswajając to wewnętrzne dzikie zwierzę poznawałem jego historię. Powiedzieć, że życie się z nią nie pieściło, to dużo za mało. Kolejne rzeczy, których się dowiadywałem o tym co przeżyła wprawiały mnie w osłupienie, sprawiały, że czułem dziką bezsilność wobec tego co było. Zaczynałem rozumieć determinację, dostrzegałem blizny. Po dwóch miesiącach biegania zrobiłem coś, co z punktu widzenia fizjologii wysiłku nie miało większego sensu – wziąłem dziewczynę ze zwierzęciem na Bieg Katorżnika. Trudny, długi start ze stosunkowo małą ilością biegania. Przepracowaliśmy właściwie tylko podstawy. I rzuciłem ją na głęboką wodę jeziora Posmyk. Przez 3 i pół godziny była tam tylko ze sobą i demonami swojej przeszłości, które topiła w bagnach. Kiedy zobaczyłem jak wybiega na przedostatnią prostą wiedziałem już, że narodził się nowy człowiek – Brujita. Mała wiedźma – jak w Urodzonych Biegaczach. Zacięta, dokonująca cudów mała kobieta, która tylko dzięki swojej głowie wyprzedzała na trasie zawodowych żołnierzy. W gnijących bagnach, w brudzie kanałów melioracyjnych pojawiło się oczyszczenie.
Właśnie minął rok biegania. Brujita realizowała swoje marzenie – przebiec maraton. Nie byle jaki. Maraton Mazury. Ten sam czas, to samo miejsce. Czas zataczał koło. Od początku szliśmy w miarę równym, spokojnym tempem. W połowie dystansu uciekła nam jeszcze jedna dziewczyna, ale potem wyprzedzaliśmy tylko my. Na zbiegu, na płaskim, na podbiegu. Na drodze gruntowej i na asfalcie. Przy znaku 40 dogoniliśmy jeszcze jednego chłopaka. Poderwał się do walki i we trójkę biegliśmy prawie dwa kilometry. I wtedy stało się coś najpiękniejszego co może się zdarzyć na maratonie. Półtora kilometra przed metą Brujita włączyła trzeci bieg. Widziałem szok w oczach naszego współtowarzysza, któremu nagle zaczęliśmy odjeżdżać. Było trochę pod górę, a Garmin wskazywał, że to jeden z naszych najszybszych kilometrów. Wiedziałem, że ona wie, że to właśnie zrobiła. Że nie ma już żadnej wątpliwości. W wielkim stylu wbiegała na metę swojego pierwszego maratonu. Jednego z najtrudniejszych.

Za Brujitą jest rok pracy. Prawie 2000 kilometrów. Ani jednego treningu opuszczonego „bez usprawiedliwienia”. Praca organiczna. Od podstaw. Bez najmniejszego kredytu. Nie była to droga usłana płatkami róż, ale pełna kolców i cierni. Droga przemiany. Zaszczute zwierzę gdzieś zniknęło. Zamiast niego jest pewna swej wartości kobieta. Wie, że tego co zrobiła, nigdy nie odbierze jej żadne tsunami, które do tej pory regularnie niszczyło to, co chciała zbudować. Przebiegła coś więcej niż maraton…

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Nie przywykłem do biegania w czubie stawki

Szkoła, do której chodzą moi chłopcy co roku organizuje wielki piknik. Zawsze atrakcją były mecze siatkówki rodzice kontra nauczyciele. Kocham grać w siatkę, więc te mecze były dla mnie zawsze lekką frustracją. Nie chodzi o poziom, sam grywam już sporadycznie, więc robię koszmarne błędy. Ale siatkówka żeby miała sens wymaga minimum zgrania. Przebicia na 3. W grupie osób, które widzą się raz do roku i nie zawsze znają swoje imiona – jest z tym kłopot. W tym roku jednak jeden z rodziców namówił szkołę na minimaraton. Charytatywny bieg rozgrywany na dwóch dystansach – 2km i 4km. W imprezie wzięło udział ok. 100 rodziców.
Od Ultra minął dopiero tydzień, nogi wciąż miałem ciężkie, brak szybkości. Ale bez fałszywej skromności mogłem obstawiać, że będę w czubie. Przed startem trwał pokaz sił. Biegacze w koszulkach z różnych maratonów, dziewczyna w koszulce Ironmana… Ale też grupa rodziców w zwykłych strojach. Ludzi, którzy chcieli po prostu przejść te 2km w szczytnym celu.
Bez wyrzutów sumienia stanąłem w pierwszej linii. Wybiła 14:00. Upał sięgał 30 stopni. Ruszyliśmy. Pierwsze kilkaset metrów w tempie grubo poniżej 4:00. Choć trasa mocno krosowa i pełna dziur w drodze. Po 500m zostaje nas z przodu grupka koło 8 osób. To kluczowy moment wyścigu. Dwóch zawodników utrzymuje tempo po ok. 3:40, a ja i trzy kolejne osoby walczymy o utrzymanie tempa w granicach 4:10-4:15. Trasę znam doskonale – często robię na niej treningi. Obiegamy szkołę. Pierwszy kilometr wychodzi w 3:57. Wiadomo, że dalej będzie ciężej. Pierwsza dwójka odchodzi, jestem w 5-6 osobowej grupie pościgowej. Widać u nas kto ma siłę, a kto właśnie osiąga horyzont swojej wytrzymałości. Wyprzedza mnie jeszcze zawodnik w białej koszulce, ale wiem, że nie utrzyma tego tempa. Upał niemiłosierny. Nogi nie podają szybkości, więc staram się utrzymać to co mam. Dziury w drodze są wypełnione błotem. Rozchlapujemy je mocnymi krokami. Zostaje nas w grupie pościgowej trzech. Na drugim okrążeniu już nie słyszę za sobą sapania, odbiegliśmy tym, którzy nas ścigają. Kolejność ani drgnie. Mamy siebie na 5-10m. Biegnę piąty, ale nie mam już zapasu szybkości. To nie ten moment. Finisz jest leciutko pod górę. W świadomości robi się wąski tunel, na którego końcu jest meta. Pole widzenia zawężyło się. Wpadam na metę piąty. Zadowolony. Mija spora chwila nim przybiegną następni.

Rzadko bywam tak wysoko w biegach. Rzadko tak naprawdę się ścigam. Rzadko biegam w czubie. Jest inaczej, gdy mniej uwagi niż kontroli tempa muszę poświęcać rywalom. Rzadko czuję, że biegam jednak lepiej od przeciętnego „Kowalskiego”. Rzadko tak głęboko zanurzam się w kwasie mlekowym. Ale uwielbiam to mrowienie mięśni, gdy drżą nie tylko nogi. Teraz przede mną już tylko ultra.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Zostać Ultramaratończykiem

1. Najlepsze momenty. 2. Jeszcze nie Ultra. 3. 6:00 4. Tyczyn 5. Zarzecze 6. 50km za mną 7. Zgłobień 8. Meta. 9. Dziękuję

Biegniesz. Żeby nie zwariować wyznaczasz sobie jakiś punkt na horyzoncie. Miejsce, do którego chcesz dobiec. Wyłączasz myślenie i po prostu biegniesz. Wlepiasz wzrok w ziemię, patrzysz żeby nie zahaczyć o jakiś korzeń, kamień czy inną przeszkodę. Wzrok podnosisz dopiero jak osiągniesz cel. Wtedy, żeby nie zwariować wyznaczasz sobie jakiś punkt na horyzoncie. Miejsce, do którego…
Prawie równo 8 lat temu przebiegłem kilkanaście minut. To był pierwszy punkt na horyzoncie. Pobiec ciut więcej, pobiec ciut szybciej. Pierwsze 10km w rewelacyjnym wówczas czasie 55 minut. Pierwszy maraton. Złamać 4 godziny. Złamać 3:30. Wrócić po kontuzji…
Kiedy tylko wyjadę poza Warszawę w mediach zdarza się coś niesłychanego. Jestem w Łodzi – do głównych serwisów informacyjnych wchodzi informacja o czymś co się dzieje w Łodzi. Białystok? Jakiś news z Podlasia. Jadę do Koszalina – niesłychane… Zachodniopomorskie na fali. Nie wiem czy to kwestia szczęścia, obstawiałbym raczej ukierunkowaną percepcję. Podobnie było jesienią podczas szkoleń w Rzeszowie. Kiedy wróciłem do hotelu w internecie trafiłem na jedną informację z Podkarpacia. 31 maja wokół Rzeszowa odbędzie się I Ultramaraton Podkarpacki. Przeznaczenie?
W Zgłobieniu na 55kilometrze zdążyłem jeszcze napisać. Małe kryzysy już były. Czekam na ten duży. Kiedy wydawało się, że właśnie nadchodzi, okazywało się, że to jeszcze nie teraz. Wystarczyło ograniczyć zbędne funkcje życiowe takie jak gadanie, czasem dać sobie chwilę odpocząć i mogę napierać dalej. Rzeczywiście – było teraz ciężej, ale odcięcia mocy nie było. Włączyłem swoją liczbową mantrę. Mam swoje zaklęcia, swoje głowo-wypełniacze dzięki, którym krok za krokiem zbliżam się do mety. Przećwiczone, przeliczone na 17 maratonach, które są za mną. Na setkach treningów. Na ponad 3000km, które przebiegłem w ostatnich 12 miesiącach. Dyskomfort. Ból. Znużenie. To minie. Ultrasem będę już zawsze. Wbiegając na bulwary, które doskonale znałem z rzeszowskich treningów czuję niemal zapach mety. Na chwilę przytłumiony podpałką z grilla. Boże! Przecież jest koło południa. Niektórzy dopiero wstają, knajpy dopiero ustawiają krzesła, zaczynają piec te wszystkie kiełbasy i karkówki. Ja mam na liczniku prawie 70km i właśnie dobiegam do kolejnego punktu na moim horyzoncie. Z miejsca, w którym byłem maratończykiem staję się Ultra. Pause. Rewind.
Mam komfort, że mogę wstać nawet o 3:50. Mieszkam w hostelu przy samym rynku – 15 metrów od startu i mety. Wszystko mam przygotowane, już wieczorem poukładałem wszystko na piękne kupki, teraz tylko muszę wybrać wariant w zależności od pogody. Bułka z dżemem, krótka toaleta, szkła i o 4:17 jestem na dole. Do startu kilka minut. Powoli dociera do mnie, że właśnie zaczynam nowy rozdział w księdze mojego biegania. Przede mną 71 kilometrów. Maraton i długie wybieganie razem. Przede mną w tłumie biegaczy stoi dwóch młodych chłopaków w trampkach i skórzanych kurteczkach. Jeszcze nie wytrzeźwieli, jeszcze nie wrócili do domu z imprezy. Załapali się na start i postanowili z nami kawałek potruchtać. Bawimy się setnie, chłopaki mają dystans do siebie, zapraszają po drodze na śniadanie. Dzięki temu mam dużo mniejsze napięcie przedstartowe. Nie myślę za bardzo o tym co mnie czeka. Cieszę się chwilą i śmieję z absurdu sytuacji. Po kilometrze, po półtora chłopaki odpadną, jeden się mocno zmęczy tempem ok. 5:40/km. Na asfalcie tego tempa nie czuję. Dopiero na 7km skręcamy na łąkę i zwalniamy. Cały czas staram się wyłączyć lampkę z napisem „Rywalizacja”. Mam tylko ukończyć. Sprawdzić wszystko. Czuję się mocny, ale widzę, że zawodnicy przede mną na pierwszych większych podbiegach przechodzą w marsz. Robię tak samo. Nie spieszę się. Mam czas.
Poranek jest wilgotny, idealny do biegania. W lesie momentami czuję się jak w górach. Takie typowe łojenie. Mijają kilometry, minuty, godziny. Przed 7:00 wbiegam do Tyczyna. Jakość punktu żywieniowego zaskakuje bardzo na plus. Zaangażowanie wolontariuszy – jeszcze bardziej. To ten typ wschodniej życzliwości z jaką spotykasz się na np. Maratonie Lubelskim. Łapię orzeszki. Cudownie przełamują smak. Na mecie jeszcze będą na mnie czekały. Kierunek Zarzecze. Spory kawałek biegnę z Violą i jej seterem Piranią. Biegną dłuższą trasę na 115km. Są niesamowicie dzielni i waleczni. Na punkcie żywieniowym uciekną mi podczas gdy będę napełniał bukłak. W Zarzeczu znowu spotykam wspaniałych ludzi. Na widok arbuza moje ślinianki dostają euforii. Kawałek dalej najgorsze 400m biegu. Trasa wydzielona pachołkami na poboczu drogi krajowej nr 9 (Radom-Barwinek). Niestety – przy takiej długości biegu tą cenę trzeba zapłacić. Na szczęście zabezpieczenie przez policję jest perfekcyjne. Zbiegam z drogi i zaczyna się długi, ciężki podbieg. W nogach mam już niezły krossowy maraton. Na szczęście jest za chwilę jest las. Znowu łoimy góra, dół. Choć „łoimy” to za dużo powiedziane. Raczej „łoję”. Jestem w samym środku czegoś, co nazywa się samotnością długodystansowca. I jest mi z tym dobrze. Kiedy wybiegamy do jakiejś miejscowości spotykam biegacza – żołnierza z Rzeszowa. Ze 2-3 kilometry pokonujemy razem trochę rozmawiając. Niewiarygodne, ale to najdłuższa moja interakcja z innymi zawodnikami na tym biegu.
Do Zgłobienia prowadzi szutrowa droga między łąkami. Maki, chabry, kaczeńce. Kilka razy zatrzymuję się i zbieram kwiaty. To jedyny, symboliczny sposób w jaki będę mógł okazać moją wdzięczność dla dziesiątek wolontariuszy, dzięki którym mogę realizować swoją pasję. Zgłobień jest piękny o tej porze roku… Napełniam bukłak, wciskam żel i patrzę przed siebie i widzę na horyzoncie punkt, do którego muszę teraz dobiec.
Po 8 godzinach i 25 minutach wpadam na metę na rzeszowskim rynku. Lekko otumaniony. Zachwycony. Dobiegłem do miejsca, które wydawało się tak odległe, że nieosiągalne. Zostałem Ultramaratończykiem. Siedząc na studni przemywam twarz wodą. Zerkam na medal, z którego patrzy na mnie Piotr Kuryło. Podnoszę wzrok i szukam na horyzoncie następnego punktu, do którego teraz dobiegnę.

Podziękowania
Artur Chyła i Sport-Guru – za wsparcie
Brujita – za inspirację i logistykę
Rich Roll – za weganizm
Vi, Pirania i Robert – za wspólne chwile

Jan i Adam – za to, że byliście ze mną w najtrudniejszych, ale i najpiękniejszych momentach

poniedziałek, 5 maja 2014

Miliard w środę, miliard w sobotę

Tak mam, że czasem po głowie mi chodzą stare hasła reklamowe. „Ociec? Prać?” czy „Pędem nabędę”…  Bez Googla – kto pamięta co reklamowano taką piękną frazą? Teraz za mną chodzi „Miliard w środę, miliard w sobotę”. Hasło, którym na polski rynek weszło Lotto zastępując Totalizator Sportowy. Choć skoro już jesteśmy przy sporcie to powinno być „w piątek” i „w niedzielę”. I nie „miliard”, a „życiówka”.
Zacznijmy od tego – jestem przeciwnikiem biegania zawodów dzień po dniu. Przynajmniej na dużej intensywności. Organizm potrzebuje regeneracji po starcie. W zależności od dystansu i wieku przerwa pomiędzy startami powinna wynosić tydzień lub więcej. Ale od czego są zasady? Od tego żeby je czasem naginać. I skoro w piątek nabiegałem życióweczkę na dychę, a mięśniowo czułem się znakomicie, to postanowiłem wykorzystać, że w niedzielę są zawody niedaleko miejsca mojej zsyłki i pobiec kolejne zawody. W sumie to tylko 1609m. Mila mnie nie zabije. Pewnie – na świeżości mógłbym pobiec jeszcze szybciej. Ale uliczne mile biegam raz do roku. Pod warunkiem, że akurat jestem w okolicy. Być może więc za rok czy dwa znowu zaatakuję swój rekord na dystansie 1 mili. Ale teraz postanowiłem „po prostu pobiec najlepiej jak się da”.
Gdybym poprawił życiówkę o 33 sekundy na dystansie maratonu - byłbym szczęśliwy…
Gdybym tyle urwał w półmaratonie – ucieszyłbym się jeszcze bardziej…
Gdybym pobiegł 10km o 33 sekundy szybciej… Ups! W piątek zrobiłem coś takiego :)
Na 5km poprawienie życiówki o 33 sekundy, to różnica klas…
Ale na 1 milę? 33 sekundy na 1609 metrów??? To musi świadczyć tylko o jednym… Że moja poprzednia życiówka była do dupy.
Dziękuję. Dobranoc. Kurtyna.

(zaczynamy blok reklamowy: „Miliard w środę, miliard w sobotę…”)

Życiówka przez gapiostwo…

Są starty, na które się spinasz i takie, które biegniesz na luzie. Jako sprawdzian formy albo wręcz jako akcent w cyklu treningowym. Jeśli walczysz o wynik – ostatni tydzień lub dwa robisz wyostrzenie i luzujesz. W przeciwnym razie idziesz normalnym mikrocyklem treningowym.
Choć Dzień Flagi ma już 10 lat, Bieg Flagi organizowany był dopiero drugi raz. Wspaniałe jest to, że impreza organizowana na warszawskiej Cytadeli – otwiera niedostępne na co dzień dla cywilów tereny wojskowe. Trasa jest wymagająca – trzy pętle, a każda zakończona podbiegiem pod skarpę wiślaną. Najpierw kilkadziesiąt metrów po śliskiej kostce do Bramy Bielańskiej i kiedy wydaje się, że to już – kąt nachylenia jeszcze rośnie. Jasne więc dla mnie było, że II Bieg Flagi to tylko akcent w cyklu budowania wytrzymałości. Rok temu przebiegłem tę trasę dzierżąc flagę. W tym roku plan był podobny. Cały tydzień uczciwie pracowałem. W niedzielę zrobiłem najpierw trening płotkarski na AWF-ie, a potem 8 mocnych krosowych 2-minutówek. W poniedziałek wieczorem 21km tlenówki. We wtorek ponad godzina piłki nożnej z dzieciakami. Środa – znowu krosowe dwuminutówki. Lżejsze, ale za to 10 sztuk. Czwartek – lekkie roztruchtanie i piłka nożna… Nie oszczędzałem się zatem przed startem. No ale miało być rekreacyjnie – z flagą w dłoni.
W dniu startu ochłodziło się. Musiałem załatwić jeszcze przed wyjazdem zakupy dla domu, zawieźć dokumenty do NFZ-u. Pakowałem się w ostatniej chwili. Kiedy poszedłem do suszarni szukać flagi – okazało się, że jej tam nie ma. Byłem w lekkim niedoczasie, przejrzałem jeszcze kilka miejsc, w których mogła być, ale jej nie znalazłem. Plan żeby biec z flagą spalił na panewce. Na dłuższe poszukiwania zabrakło mi już czasu. Pojechałem bez.
Na Cytadeli byłęm pół godziny przed startem. Odebrałem numer, przebrałem się i ruszyłem na rozgrzewkę. Dogrzałem się w ten zimny dzień, ale gdy stanąłem na starcie zaczęło kropić. Wystrzał z armaty… i deszcz. Nagle zrobiło się ślisko. Postanowiłem biec „na samopoczucie”. W miarę mocno. Ale bez wielkich oczekiwań. Po prostu 10km to nie mój dystans. Zawsze się na nim strasznie męczyłem. Żenująca życiówka (42:41) miała aż 5 lat. Przez ten czas – szczerze mówiąc nawet się do niej nie zbliżyłem. Wiadomo – perypetie życiowe sprawiły, że 2 lata straciłem, ale zbliżenie się do 43 minut zdawało się być poza zasięgiem. Był nawet czas, kiedy przestawałem wierzyć w to, że kiedyś 10km pobiegnę szybciej.
A więc wystrzał z armaty... Ruszamy. Równym dobrym tempem wybiegam z Cytadeli na uliczki Żoliborza. Mijam tabliczkę n numerem „7”. Wyobraziłem sobie jaki będę szczęśliwy, jak zobaczę ją trzeci raz. Drugi kilometr jest trochęw dół. Trzeci też. Ale nie ma nic za darmo. Na czwartym – podbieg pod skarpę wiślaną. Dylemat – tracić sekundy zwalniając czy ryzykować większe zakwaszenie, które może ściąć mnie na kolejnych kilometrach? Mocno pracuję żeby nie stracić za wiele – nadrabiam na wypłaszczeniu. Dość dobrze biegnie mi się po 4:15. Sam jestem zaskoczony, bo nie biegałem ostatnio tak szybko. I jak pisałem – ten start był z mocnego treningu. Na drugiej pętli mam lekki kryzys. Klasyczny wmordewind wpycha mi powietrze do gardła. Charczę, pluję, ale na 50m opanowuję sytuację. Noga podaje i po połowie dystansu widzę, że szykuje się niezły wynik, a siła jest. Jak mantrę powtarzam definicję wytrzymałości…
Wytrzymałość jest to zdolność do znoszenia bólu
Tylko ból nie przychodzi. Jeszcze nie teraz. Brakuje mi trochę świeżości i szybkości żeby docisnąć szybciej, ale wytrzymałościowo jest dobrze. Drugi podbieg. GPS gubi się na chwilę w bramie i pod drzewami. Pokazuje jakieś dramatycznie niskie tempo. Znowu wyrównam na wypłaszczeniu. Ruszam na ostatnie kółko. Teraz koncentruję się na nowe zdaniu:
Tylko tego nie spieprz
Wiem, że jest dobrze. Wiem, że muszę teraz utrzymać tempo. Tylko tyle. Wiem, że nawet jak pobiegnę po 4:20 będzie dobrze. Ale każdy kolejny kilometr jest w okolicach 4:15. Lubię biegać równo jak maszyna. Mijam tabliczę numer "7". Zaczynają się dwa najtrudniejsze kilometry w biegu na 10km. Wciąż czekam na ból, ale ten się nie pojawia. Na ostatnim kilometrze trzeci raz podbieg. Troszkę zwalniam. Ślizgam się na mokrej kostce i nie chcę już ryzykować. Mijam jeszcze jedną czy dwie osoby i zaczyna się dobieg do finiszu. Nie bardzo wiem gdzie jest linia mety, ale na szczęście na tym poziomie zawsze ktoś biegnie szybciej. Wchodzę w ostatni zakręt. Słyszę doping i zrywam się do sprintu. Ostatnią setkę biegnę ok. 3:00/km. Sam jestem zaskoczony jak łatwo mi to przychodzi. Wpadam zasapany. Spiker czyta, że zająłem 100 miejsce. Równiutko. Patrzę na Forerunnera i nie wierzę. Zrobiłem życiówkę!!!
Ogarnąłem się, ubrałem w nieprzemakalny płaszczyk z maratonu w Paryżu i stanąłem kibicować tym, którzy jeszcze biegli. Choć wiem, że pobiegłem najlepiej jak mogłem, ciągle mi czegoś brakowało… Nie bolały mnie mięśnie.
Dwa dni później czekała mnie jeszcze jedna nagroda. Organizatorem biegu była Sztuka Kadru. Andrzej Chomczyk robi wspaniałe zdjęcia sportowe. Zawsze marzyłem żeby znaleźć się na jego fotografii. Po kilku latach biegania udało się. Wspaniała nagroda!


sobota, 26 kwietnia 2014

Jasne...

Dariusz Pender (Getty Images)
Jasne
Powiedziałem „Jasne!”, ale to nie był mój głos. Był jakiś przyduszony, piskliwy i wilgotny. Nie było sensu by próbować powiedzieć coś jeszcze. Odwróciłem się niby do ćwiczeń, obtarłem ukradkiem łzę, odchrząknąłem i pomyślałem: „jak mogłem w ogóle o tym nie pomyśleć”. I chociaż okazało się, że za siebie powinienem się wstydzić, to jednak dominowało u mnie poczucie dumy. Ojcowskiej.
Weekendy ostatnio spędzam na AWF-ie. Zakochałem się w bielańskiej uczelni, przestrzeni, atmosferze. Kuźni mistrzów. Zabrałem dziś ze sobą syna – pokazać mu jak to wszystko wygląda. Chciałem żeby przesiąkał tą atmosferą, żeby poznawał rzeczy, miejsca, ludzi, którzy mogą otwierać ścieżki, które ja odkryłem 30 lat za późno. Niesamowite jest to, że kiedy trenujesz na jednym sektorze hali – kilka metrów dalej rozgrzewa się choćby Mistrz Olimpijski. A po bieżni na pewno biega jakiś przyszły olimpijczyk.
Podekscytowany pokazałem Jasiowi Tomasza Majewskiego i Piotra Małachowskiego. Obok nas trenował podwójny Mistrz Olimpijski z Wicemistrzem. Dość niecodzienna sytuacja dla sportowca amatora. Cieszyłem się nie tylko swoim szczęściem, ale i tym, że mogę to młodemu pokazać. Tyle, że na Jasiu to nie zrobiło wielkiego wrażenia.
- Jasiu, zobacz to niecodzienna sytuacja zobaczyć takich znakomitych olimpijczyków z bliska. Pewnie nigdy w życiu nie widziałeś jeszcze takich mistrzów.
- Widziałem. Olimpijczycy byli u mnie w szkole.
- Ale kiedy? Była kiedyś u Was Monika Pyrek, ale wtedy jeszcze do tej szkoły nie chodziłeś
- A całkiem niedawno. Szermierze i inni, którzy zdobyli medale na Paraolimpiadzie…

Powiedziałem „Jasne!”, ale to nie był mój głos…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (4)

Au revoir Paris!

Język francuski okazał się nie taki straszny jak się wydawał. Udawało mi się zamówić nawet wegańskie jedzenie. Trochę się osłuchałem, trochę poćwiczyłem, no i bez dwóch zdań spisał się Google Translate. Nie tłumaczyłem całych zdań, ale poszczególne słowa. Wystarczyło.
Smartfon był głównym narzędziem tej wyprawy. Zastępował mi słownik, mapę, aparat fotograficzny i przewodnik turystyczny. Jak kiedyś ludzie mogli żyć bez internetu??? ;)
Paryż opuszczałem o świcie. Różnica kilku stopni długości geograficznej sprawiła, że o 7:00 Paryż dopiero powoli rozjaśniał czerń nocy. Powoli wchodził w coraz to jaśniejsze odcienie szarości. Poranne metro w dniu roboczym wyglądało już codziennie. Niedobudzone twarze, ziewanie i cisza. Najbardziej uderzał brak weekendowego zgiełku. Obserwowałem odbicia w szybie wagonu. Patrzyły na mnie oczy chłopca, któremu kończą się właśnie wakacje. Uśmiechałem się do niego, a on do mnie. Zawołaliśmy: Au revoir, Paris!
Turystycznie - ledwo liznąłem. Sportowo - nie udało się. Trudno. Nie zawsze się udaje. Nie mnie pierwszemu i nie ostatniemu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Ale tę porażkę przyjąłem na chłodno. Bez rozdzierania szat, za to z analizą. Minimum przyzwoitości. Ukoił mnie artykuł o Kurcie Cobainie czytany na szczycie Montemartre. Mówił  m.in. o zmianie podejścia do porażki na przestrzeni ostatnich 200 lat. Żyjemy w świecie presji sukcesu. Oczekujemy, że nasze życie będzie ciągłym marszem pod górę. Szefowie sprzedaży zakładają ciągłe wzrosty. Nie myślimy o tym czym naprawdę jest sukces, czy robimy to co chcemy. Ukończyłem swój 17-ty maraton. Przeżyłem, zobaczyłem świat, którego nie znałem. To mi wystarczyło.
Merci beacoup.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (3)

Au Grain de Folie
Stanisław Szozda zapytany co zapamiętał ze swojej kolarskiej kariery odpowiedział ponoć - "Przednie koło". Jeśli zapytacie mnie co zapamiętałem z maratonu w Paryżu odpowiem: "cienką niebieską linię atestu". Trzymałem się jej jak długo mogłem. Nawet jak odskoczyłem - wracałem do niej jak pies. Jeśli znikała odnajdywałem ja po kilkuset metrach.
Maraton musiał być piękny. Start spod Łuku Triumfalnego, ale ja czekałem na plac Concorde. Obelisk jest częstym gościem moich szkoleń. Plac zniknął szybko i zostało słońce. Ciepło, za ciepło, gorąco, a moja noga nie podawała. I chociaż czułem, że jestem zmęczony - to podjąłem ryzyko walki o życiowkę. Spróbowałem i przegrałem. Ale wolę spróbować i przegrać, niż nie próbować i na pewno nie wygrać. Do 15km szło nieźle - leciutki zapas, ale już wiedziałem, że musiałby się zdarzyć cud. Nie zagrało w sumie kilka elementów. Pamiętam tłumy i cienką błękitną linię. Walkę z bólem i zdecydowanie zbyt wolno zmieniające się kilometry na flagach. Od pewnego momentu karetki zaczęły jeździć co chwilę. Co kilometr, kilkaset metrów leżał jakiś biegacz. Nie chciałem tak skończyć. Przeżyłem.

Sam maraton podany saute - bez żadnych przypraw. Minimum. Niezła organizacja (choć toitoi mogłoby być 10xtyle), ale też wiele do poprawy. Na punktach woda, nieobrane banany, pomarańcze. Na mecie koszulka, medal i do widzenia.  Wracałem przemoczony Champs Elysees z 2 euro w kieszeni i czułem się niedopasowany, niedopieszczony, samotny. Kakofonia Ronda Charlesa de Gaulle i głównej ulicy handlowej Paryża brzmiały znajomo. Po chwili załapałem. Gershwin.
Paryż pokazał po maratonie swoje inne oblicze. Metro w niedzielę pełne było słynnych paryskich kieszonkowców. W ciągu jednego kursu uderzyli dwa razy. Drugi raz w chińską wycieczkę. Na mojej stacji Chińczycy schwytali na oko 14-letnia dziewczynę i przekazali ochronie. Ci nie pieprzyli się w tańcu. Z jednej strony surowość i bezwzględność. Z drugiej strony ogromne przyzwolenie na łamanie podstawowych przepisów jak przechodzenie na czerwonym świetle. W Wiedniu wszyscy piesi stali na czerwonym na pustej ulicy. Tutaj wszyscy z dezynowlturą wchodzą pod koła aut. Ale trzeba przyznać, że kierowcy zawsze przepuszczają bez względu na aktualnie palące się światła.
Po maratonie ogarnąłem się i poszedłem do Au Grain de Folie - wegetariańskiej knajpy na... wiadomo Montemartre. Zjadłem coś w stylu bigosu z seitanu i poszedłem się dalej szwendać po wzgórzu. Schodziłem wszystkie mniejsze uliczki pełne szyldów z dopiskiem "Autenthique", podziwiałem kelnerów poprzebieranych w berety i apaszki. I tłumy łapiące się na chwyty pacykarzy. Żałowałem, że nie zdążyłem tak naprawdę zobaczyć nic poza tym miejscem. Dzielnica Łacińska, muzea...
Tydzień to za mało. Ale już przynajmniej wiem czego szukać...
Merci beacoup, Paris!

sobota, 5 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (2)

Tu wieczorem wyrośnie knajpka.
Wczoraj walnąłem literówkę w tytule i niech tak zostanie. Szwendania po Paryżu dzień drugi. Intensywny. Dzień z narastającym wkurwem.

Kiedy wczoraj zanurzyłem się w miasto z radarów moich uszu zniknął język polski. Lubię bardzo to uczucie. Przechodzę automatycznie w stan większej czujności, większej uwagi na wszystko dookoła. Wchodzę mocno w role obserwatora. I czekam, słucham, patrzę...
Rano przy śniadaniu usłyszałem jednak kilka polskich słów. Okazało się, że jedna z dziewczyn z obsługi jest Polką. Zamieniliśmy kilka miłych zdań i zebrałem się do wczesnego wyjścia w miasto.
Kocham zwiedzać metropolie chwilę po przebudzeniu. Kiedy sklepikarze dopiero rozkładają swoje kramy, kelnerzy rozstawiają kawiarniane stoliki, a turystyczna masa jeszcze śpi po ostrych melanżach. W takiej atmosferze bocznymi uliczkami wspinałem się na Montemartre. Podnóże bazyliki zachwyciło mnie. Wszystko było takie jak z najlepszych wyobrażeń o Paryżu. Szedłem powoli rozkoszując się ciepłem wiosny. Ale im bliżej szczytu, tym bardziej waliło Krupówkami. Tani romantyzm za grube pieniądze. Nieznośny chiński kicz i landszafciki ze wszystkimi zabytkami Paryża na jednym kartonie A4. Podkoszulki "I <3 Paris" i miniaturowe Wieże Eiffela świecące niczym figurki z Lichenia. Pasza, po którą przyjeżdża głodna "prawdziwego Paryża" wycieczka Rosjan czy Chińczyków. A prawdziwy Paryż był kilka ulic dalej.
Male skwerki z kawiarenkami, otwarta przestrzeń, placyki i małe sklepiki ze wszystkim. Miejsca, które opierają się gentryfikacji. Miejsca dla zwykłych Paryżan. W Warszawie ostatnio rozwalił mnie zakład fryzjersko-optyczny na ulicy Grajewskiej, w sercu Szmulek, pośrodku niczego. Tu na każdej ulicy jest pełno małych punktów handlowych i usługowych. Obok mojego hostelu jest chyba 20 sklepów z gitarami. Takie zagłębie. Nadmiar centrów handlowych i dyskontów niestety wysysa z miasta życie.
Na Pigalle wsiadłem w metro. Wycieczka na drugi koniec miasta aby odebrać pakiet startowy. Poranne metro zawsze jest pełne ciekawych ludzi. Niedobitków wracających z imprez, ale i matek-imigrantek, które utrzymują to miasto w ruchu. To one sprzątają po nas toalety, zmywają talerze, zbierają śmieci. Bez nich system miejski runąłby jak domek z kart. To ich synowie siedzą bezrobotni i sfrustrowani na przedmieściach, czekają na lepsze zżycie korzystając z socjalu Republiki. Tak Republika spłaca swój dług wobec matek-imigrantek.
Targi przedmaratońskie potężne, ale nieźle zorganizowane. Dzikie tłumy ludzi i stoisko Maratonu Warszawskiego. Drugi raz dziś usłyszałem język polski.
Najgłupszym pomysłem było teraz pojechać pod Wieżę Eiffela. Kolejka po bilety ogromna, a cale Pola Marsowe i okolice, to Krupówki i Monciak razem wzięte. Do kwadratu. Gra w trzy kubki, pamiątki po zawyżonych cenach, zgiełk i znowu "pasza dla turystów". Uciekłem na kolejny indyjski obiad. Ciekawe jak się biega maraton nie na makaronie, a na ryżu :) Podwójnym. Obskoczyłem drzemkę w hostelu i ruszyłem na podbój Parc des Princes. Jako wspaniały wypełniacz głowy przed maratonem kupiłem sobie bilet na mecz PSG-Reims. Fajne widowisko. Zderzenie gry jednej z najlepszych drużyn tegorocznej Ligi Mistrzów z codzienną IV-ligową rzeczywistością nawet nie boli. Nawet nie jest zabawne. To dwa inne sporty po prostu. PSG wygrało 3:0 i ruszyłem z powrotem na Montemartre zacząć już się ogarniać do jutrzejszego maratonu. Na spotkanie Polaków w pizzerii wpadłem już za późno - wszyscy wychodzili, więc pozostało mi zorganizować kolację we własnym zakresie. Kiedy wielki czarny ochroniarz w sklepie życzył mi z uśmiechem miłego weekendu zrozumiałem co mi się tu podoba. Po prostu mało tu krzykliwych niepewnych siebie maczo ze spiętymi pośladami. Nie ma tu prawie w ogóle cwaniaków, którzy znaczą swój teren głośnymi "kurwami". Nikt tu nie musi nikomu niczego udowadniać. Zwykła codzienna uprzejmość nie jest oznaka słabości. Po prostu tak się żyje milej i łatwiej wszystkim.
Przede mną ostatnie przygotowania do jutrzejszego maratonu. Naprawdę nie wiem jak pobiegnę. Po dzisiejszym dniu jestem zmęczony. Pocieszam się, że równie zmęczony byłem łażeniem po Berlinie przed maratonem w Dębnie, a zrobiłem wtedy życiówkę. Wszystko będzie wiadomo jutro. W sumie w maratonie najtrudniejszych jest ostatnich 40 kilometrów.

piątek, 4 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (1)

No i wylądowałem. Paryż przywitał mnie chłodem. Ale od początku...
Pierwszy raz leciałem z Modlina i uczucia mam mieszane. Na bramkach przetrzepali mnie dokumentnie. Wsadzali palce w majtki i wąchali kosmetyki. Nie znaleźli przypadkowo zaplątanych w bluzie nożyczek do paznokci. Na hali sporo zamieszania, w ostatniej chwili ruszamy do Ryanaira. Oprócz mnie jest jeszcze Karol i Tatiana. Ale mają miejsca w innej części samolotu. Przed startem okazuje się, że w niemal pełnym samolocie mam dla siebie 3 fotele. Mogę się położyć. Korzystam i śpię dobra godzinę. Z cieplej Warszawy po 2,5 godzinach znajdujemy się na zachmurzonym lotnisku – 80km od Paryża. Szybko ogarniamy bus. Kolejna dobra godzina w drodze. Powoli droga zaczyna mnie męczyć. Kiedy wysiadam mam ochotę iść. Gdziekolwiek, byle rozprostować nogi. Szukamy miejsca żeby coś zjeść. Też dobrze.
Pod kątem diety wegańskiej dobrze rokuje restauracja indyjska. Ale zanim usiądę, muszę spytać kelnera. Na szczęście mówi po angielsku. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, że z całych sił pomagał. W Polsce weganizm jest traktowany jako fanaberia, nie jesz - to masz problem. Tutaj - czułem się zupełnie naturalnie. Wyszukaliśmy ryż z soczewicą i do tego sosy... Powiem szczerze - butelka tabasko starcza mi na 2 dni. Tu dostałem takiego diabła, że zjadłem tylko łyżeczkę. Dostałem czkawki, popłakałem się i poleciał mi katar. Przeżyłem. I chyba tam wrócę po maratonie.
Po kolacji rozstaliśmy się z Karolem i Tatiana. Zanurzyłem się w zgiełk metropolii. W multikulti. W potęgę imperium. Wieżę Eiffela i Luk Triumfalny widziałem tylko z daleka na razie. Ale przepych, bogactwo kamienic, tkanka miejska - to robi wrażenie. Wrażenie robią samochody poparkowane zderzak w zderzak na każdym wolnym skrawku miejsc parkingowych. Myślę, że nasi strażnicy miejscy musza cierpieć niesłychanie czując swą bezsilność w innym kraju.
Ulice metropolii tętnią zżyciem. Zafundowałem sobie dłuższy spacer. Chciałem poczuć specyfikę miasta. Choć kawałka. I tak od Champs Elysees poszedłem na Montmartre. Tu śpię. Wdychałem spaliny wieczornego korka, zapachy narożnych kebabiarni, perfumy Paryżanek. Każda z nich ma jakiś estetyczny pomysł na siebie. Chłonąłem atmosferę houellbecqowskiej dekadencji. Z przyjemnością patrzyłem na to zepsute zachodnie społeczeństwo. Zepsute, ale jakże piękne. Posągowa uroda Murzynek. Artystowska nonszalancja młodych hipsterek. Apaszki na szyjach małych dam.
Mieszkam na Montmarcie. Blisko Pigalle i Moulin Rouge. Gdybym przyjechał imprezować, a nie na maraton - byłbym najszczęśliwszy na świecie. A tak - spodziewam się nocnych atrakcji w wyluzowanym hipisowskim hostelu. Zresztą recepcjonista przywitał mnie zachwytem nad Warlikowskim i Lupą. Przed chwila puszczał Led Zeppelin.
Nie wiem jak się skończy w niedzielę. Z tarczą czy na tarczy. Nie wiem nawet co to znaczy ta „tarcza”. Ale póki co korzystam. Cieszę się miastem, w którym do tej pory nie byłem. Bienvenue Paris!

poniedziałek, 31 marca 2014

Paryż na 80%

Optymalne przygotowanie się do maratonu wymaga pełnego poświęcenia i odrobiny szczęścia. Na to poświęcenie składa się ciężka praca, rezygnacja z tego co rozprasza w osiągnięciu celu. Szczęście, to bardziej unikanie wypadków, chorób, niespodzianek, które potrafią rozbić plan. Banał, ale o jego prawdziwości przekonuję się raz za razem.
Do końca stycznia wszystko szło pięknie. Nowa życiówka na 15km – może nie oszałamiająca, ale pierwsza od sierpnia 2011. Dobre, mocne treningi, rekordowe objętości. Aż przyszedł luty…
Kluczowy moment budowania wytrzymałości na maraton w Paryżu, który miał być szybkim startem tej wiosny. Zakurzona życiówka w maratonie wydawała się bardzo realna. Ale prosta kombinacja dwóch czynników rozwaliła system przygotowań. Praca i zdrowie. Na bieganie trzeba zarobić. Długi intensywny czas wyjazdów szkoleniowych przypłaciłem niestety przeziębieniem. Wypadł tydzień, podczas którego powinienem trzaskać objętości. Leżałem w łóżku i nie mogłem się ruszyć. Obejrzałem cały trzeci sezon „Gry o Tron” i liczyłem srtacone kilometry. Dwa kolejne tygodnie były powrotem do jakiejkolwiek sprawności biegowej. Krótki terenowy trening podczas Ortorehowych warsztatów przygotowujących do Biegu Rzeźnika robiłem na niesłychanie wysokim tętnie. Serce mocno poczuło przerwę. Rozpoczęła się walka z czasem o nadrobienie tego czego nadrobić się nie da. Długie wybieganie z narastającą prędkością skończyło się nokdaunem. Kluczowy trening nie wyszedł tak jak powinien.
W marcu dużo czasu poświęciłem moim synom. Korzystając z pięknej pogody ganialiśmy za piłką. W każdą sobotę rano jechaliśmy na halę lub orlika pokopać. Pobudować nasze męskie relacje. Jakkolwiek głupie to było od strony sportowej – miałem ogromną potrzebę podjęcia tego ryzyka w imię naszej bliskości. Potrzebowałem tego dużo bardziej niż wyniku w Paryżu. I skończyło się tak jak się musiało skończyć – upadkiem. Ratując nogi grzmotnąłem twarzą w murawę. Przejechałem językiem po zębach. Chyba wszystkie. W tej chwili poczułem nos. Promieniujący ból, krew i lekkie zamroczenie. Zwlokłem się z boiska, chwilę poleżałem zanim doszedłem do siebie. Do maratonu zostały 2 tygodnie… Wypadł kolejny trening…

Jadę do Paryża bez wielkich nadziei. Jadę powalczyć, ale bez spinki. Poprawka mogłaby być 27-go kwietnia – jest maraton w Hannoverze. Ale czysto po ludzku – nie mam z kim zostawić dzieci. Trudno. Czasem są rzeczy ważniejsze niż maraton.

czwartek, 20 marca 2014

Wagary

Pierwszy dzień wiosny, a ja nie idę na wagary. Mam do zrobienia trening. Lekki dosyć – tylko 12kilometrów, ale jednak. W tej religii nie ma wakacji.  

czwartek, 13 marca 2014

Jeśli nie spróbujesz...

Dziś krótko. Bo było ciężko. 5x2km. Wytrzymałość tempowa. Po czwartej serii chciałem odpuścić. Ale powiedziałem sobie, że jeszcze muszę spróbować. Zrobiłem do końca.
Jeśli nie spróbujesz - poddajesz się na starcie.
Spróbowałem.

środa, 12 marca 2014

Nie ma dróg na skróty

Samochód. Radio. Reklama. Pani nie chce iść na basen, bo ma nadwagę po zimie. Przyjaciółka jej poleca suplement diety. I plan na smartfona. Jakie to proste.
Siłownia. Marzec. Do wakacji 3 miesiące. Uśmiechnięta ładna dziewczyna. Kilka kilogramów za dużo. I mały foszek na instruktora. „Nie chce mi się robić tych ćwiczeń, one mnie męczą. A przede wszystkim nudzą.” Robi ćwiczenia na odwal się, bez entuzjazmu. Uśmiech pojawia się dopiero jak instruktor wraca z pudełkiem. Obca nazwa i nowa formuła. Super-hiper-ekstra-fat-burner-calorries-smasher-fit-pumper-etc. Ten na pewno jest mocniejszy niż ten poprzedni. Tamten też dobrze działał, tylko podjadałam…
Efekt ma być na już. Za mały biceps – wpompuj synthol (obejrzyjcie na Youtube – nie dla wrażliwców). Nie masz siły – energy-drink. Masa? – wiaderko białka. Tu i teraz bierzesz kredyt na swoje zdrowie. Oprocentowany znacznie wyżej niż w Providencie. Tyle, że nie przeliczalny na złotówki w krótkim terminie. Spłacimy go kiedyś. Kolejnymi pigułkami, które będą zmniejszać skutki uboczne tych poprzednich.

A tak naprawdę jest tylko jeden sposób. Systematyczność i cierpliwość. Pokora i praca. Podporządkowanie. Drogi na skróty nie ma. Tylko codzienne pokonywanie swojej słabości. 

czwartek, 27 lutego 2014

Godzina dla siebie

Wychodzę na trening. Nie biorę telefonu. Nie biorę odtwarzacza mp3. Jest ciemno, jest cicho. Zostaję sam na sam z moimi myślami.
Jakie to niepopularne. Wyłączyć na chwilę szum, który nas otacza. Wsłuchać się w siebie. Jakież to niebezpieczne. Można odkryć coś czego nie chcielibyśmy usłyszeć. Wyciągnąć o jeden wniosek za daleko. Pomyśleć to co tak bardzo staramy się zagłuszyć.
Wychodzę na trening. Mam tą jedyną godzinę w ciągu dnia, w której nikt niczego ode mnie nie będzie chciał. W której ja sam będę wymagał od siebie. Przez 60 minut będę próbował uciec. I będę się doganiał. Będę tylko ja. Świat wokół będzie nieznaczącym tłem. Przez chwilę zapomnę o dziś, pozwolę problemom żeby się zmagały same ze sobą. Wrócę czystszy. Spokojniejszy.

Za te trzy i pół tysiąca sekund rzeczywistość powróci. Odmierzam czas metronomem własnych kroków.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Krok do tyłu

Czasem trzeba zrobić krok w tył żeby móc pójść do przodu. Tak sobie powtarzam przez ostanie dni. Nie lubię chorować. Nie lubię własnej słabości. Czasem jednak trzeba słuchać co chce nam powiedzieć własne ciało.
Luty jest ciężki w tym roku. Dwa tygodnie w trasie. Treningi o świcie i praca w dużym napięciu. Do tego zmiany temperatury, klimatu. I obniżona odporność – czułem, że jestem w formie. No i rumakowanie skończyło się we czwartek. Wyraźnie osłabiony odpuściłem. Krok w tył. Łóżko, herbata, książka i film zamiast wymarzonej 16km trasy po Warszawie. Byłem na siebie zły, ale kolejne dwa dni też przeleżałem. Tak trochę w pół drogi pomiędzy chorobą, a zdrowiem. No może ciut bliżej choroby. Wiem, że pewnie dałbym radę pobiegać, ale jednak wolałem odpuścić. Są priorytety. Jest ambicja – zrobić 300km w lutym. Ale i cele nadrzędne – Maraton Paryż i Bieg Rzeźnika. Trudno – nie wyjdzie w tym miesiącu ambitny plan. Pierwszy raz od 8 miesięcy nie zrealizuję założeń co do objętości. Ale lepiej poświęcić te 3 dni niż się rozłożyć na dobre.

Pokora. Znowu organizm przypomniał mi co ona znaczy. Ale krok do tyłu jest po to żeby się mocniej odbić do przodu.