poniedziałek, 5 maja 2014

Miliard w środę, miliard w sobotę

Tak mam, że czasem po głowie mi chodzą stare hasła reklamowe. „Ociec? Prać?” czy „Pędem nabędę”…  Bez Googla – kto pamięta co reklamowano taką piękną frazą? Teraz za mną chodzi „Miliard w środę, miliard w sobotę”. Hasło, którym na polski rynek weszło Lotto zastępując Totalizator Sportowy. Choć skoro już jesteśmy przy sporcie to powinno być „w piątek” i „w niedzielę”. I nie „miliard”, a „życiówka”.
Zacznijmy od tego – jestem przeciwnikiem biegania zawodów dzień po dniu. Przynajmniej na dużej intensywności. Organizm potrzebuje regeneracji po starcie. W zależności od dystansu i wieku przerwa pomiędzy startami powinna wynosić tydzień lub więcej. Ale od czego są zasady? Od tego żeby je czasem naginać. I skoro w piątek nabiegałem życióweczkę na dychę, a mięśniowo czułem się znakomicie, to postanowiłem wykorzystać, że w niedzielę są zawody niedaleko miejsca mojej zsyłki i pobiec kolejne zawody. W sumie to tylko 1609m. Mila mnie nie zabije. Pewnie – na świeżości mógłbym pobiec jeszcze szybciej. Ale uliczne mile biegam raz do roku. Pod warunkiem, że akurat jestem w okolicy. Być może więc za rok czy dwa znowu zaatakuję swój rekord na dystansie 1 mili. Ale teraz postanowiłem „po prostu pobiec najlepiej jak się da”.
Gdybym poprawił życiówkę o 33 sekundy na dystansie maratonu - byłbym szczęśliwy…
Gdybym tyle urwał w półmaratonie – ucieszyłbym się jeszcze bardziej…
Gdybym pobiegł 10km o 33 sekundy szybciej… Ups! W piątek zrobiłem coś takiego :)
Na 5km poprawienie życiówki o 33 sekundy, to różnica klas…
Ale na 1 milę? 33 sekundy na 1609 metrów??? To musi świadczyć tylko o jednym… Że moja poprzednia życiówka była do dupy.
Dziękuję. Dobranoc. Kurtyna.

(zaczynamy blok reklamowy: „Miliard w środę, miliard w sobotę…”)

Życiówka przez gapiostwo…

Są starty, na które się spinasz i takie, które biegniesz na luzie. Jako sprawdzian formy albo wręcz jako akcent w cyklu treningowym. Jeśli walczysz o wynik – ostatni tydzień lub dwa robisz wyostrzenie i luzujesz. W przeciwnym razie idziesz normalnym mikrocyklem treningowym.
Choć Dzień Flagi ma już 10 lat, Bieg Flagi organizowany był dopiero drugi raz. Wspaniałe jest to, że impreza organizowana na warszawskiej Cytadeli – otwiera niedostępne na co dzień dla cywilów tereny wojskowe. Trasa jest wymagająca – trzy pętle, a każda zakończona podbiegiem pod skarpę wiślaną. Najpierw kilkadziesiąt metrów po śliskiej kostce do Bramy Bielańskiej i kiedy wydaje się, że to już – kąt nachylenia jeszcze rośnie. Jasne więc dla mnie było, że II Bieg Flagi to tylko akcent w cyklu budowania wytrzymałości. Rok temu przebiegłem tę trasę dzierżąc flagę. W tym roku plan był podobny. Cały tydzień uczciwie pracowałem. W niedzielę zrobiłem najpierw trening płotkarski na AWF-ie, a potem 8 mocnych krosowych 2-minutówek. W poniedziałek wieczorem 21km tlenówki. We wtorek ponad godzina piłki nożnej z dzieciakami. Środa – znowu krosowe dwuminutówki. Lżejsze, ale za to 10 sztuk. Czwartek – lekkie roztruchtanie i piłka nożna… Nie oszczędzałem się zatem przed startem. No ale miało być rekreacyjnie – z flagą w dłoni.
W dniu startu ochłodziło się. Musiałem załatwić jeszcze przed wyjazdem zakupy dla domu, zawieźć dokumenty do NFZ-u. Pakowałem się w ostatniej chwili. Kiedy poszedłem do suszarni szukać flagi – okazało się, że jej tam nie ma. Byłem w lekkim niedoczasie, przejrzałem jeszcze kilka miejsc, w których mogła być, ale jej nie znalazłem. Plan żeby biec z flagą spalił na panewce. Na dłuższe poszukiwania zabrakło mi już czasu. Pojechałem bez.
Na Cytadeli byłęm pół godziny przed startem. Odebrałem numer, przebrałem się i ruszyłem na rozgrzewkę. Dogrzałem się w ten zimny dzień, ale gdy stanąłem na starcie zaczęło kropić. Wystrzał z armaty… i deszcz. Nagle zrobiło się ślisko. Postanowiłem biec „na samopoczucie”. W miarę mocno. Ale bez wielkich oczekiwań. Po prostu 10km to nie mój dystans. Zawsze się na nim strasznie męczyłem. Żenująca życiówka (42:41) miała aż 5 lat. Przez ten czas – szczerze mówiąc nawet się do niej nie zbliżyłem. Wiadomo – perypetie życiowe sprawiły, że 2 lata straciłem, ale zbliżenie się do 43 minut zdawało się być poza zasięgiem. Był nawet czas, kiedy przestawałem wierzyć w to, że kiedyś 10km pobiegnę szybciej.
A więc wystrzał z armaty... Ruszamy. Równym dobrym tempem wybiegam z Cytadeli na uliczki Żoliborza. Mijam tabliczkę n numerem „7”. Wyobraziłem sobie jaki będę szczęśliwy, jak zobaczę ją trzeci raz. Drugi kilometr jest trochęw dół. Trzeci też. Ale nie ma nic za darmo. Na czwartym – podbieg pod skarpę wiślaną. Dylemat – tracić sekundy zwalniając czy ryzykować większe zakwaszenie, które może ściąć mnie na kolejnych kilometrach? Mocno pracuję żeby nie stracić za wiele – nadrabiam na wypłaszczeniu. Dość dobrze biegnie mi się po 4:15. Sam jestem zaskoczony, bo nie biegałem ostatnio tak szybko. I jak pisałem – ten start był z mocnego treningu. Na drugiej pętli mam lekki kryzys. Klasyczny wmordewind wpycha mi powietrze do gardła. Charczę, pluję, ale na 50m opanowuję sytuację. Noga podaje i po połowie dystansu widzę, że szykuje się niezły wynik, a siła jest. Jak mantrę powtarzam definicję wytrzymałości…
Wytrzymałość jest to zdolność do znoszenia bólu
Tylko ból nie przychodzi. Jeszcze nie teraz. Brakuje mi trochę świeżości i szybkości żeby docisnąć szybciej, ale wytrzymałościowo jest dobrze. Drugi podbieg. GPS gubi się na chwilę w bramie i pod drzewami. Pokazuje jakieś dramatycznie niskie tempo. Znowu wyrównam na wypłaszczeniu. Ruszam na ostatnie kółko. Teraz koncentruję się na nowe zdaniu:
Tylko tego nie spieprz
Wiem, że jest dobrze. Wiem, że muszę teraz utrzymać tempo. Tylko tyle. Wiem, że nawet jak pobiegnę po 4:20 będzie dobrze. Ale każdy kolejny kilometr jest w okolicach 4:15. Lubię biegać równo jak maszyna. Mijam tabliczę numer "7". Zaczynają się dwa najtrudniejsze kilometry w biegu na 10km. Wciąż czekam na ból, ale ten się nie pojawia. Na ostatnim kilometrze trzeci raz podbieg. Troszkę zwalniam. Ślizgam się na mokrej kostce i nie chcę już ryzykować. Mijam jeszcze jedną czy dwie osoby i zaczyna się dobieg do finiszu. Nie bardzo wiem gdzie jest linia mety, ale na szczęście na tym poziomie zawsze ktoś biegnie szybciej. Wchodzę w ostatni zakręt. Słyszę doping i zrywam się do sprintu. Ostatnią setkę biegnę ok. 3:00/km. Sam jestem zaskoczony jak łatwo mi to przychodzi. Wpadam zasapany. Spiker czyta, że zająłem 100 miejsce. Równiutko. Patrzę na Forerunnera i nie wierzę. Zrobiłem życiówkę!!!
Ogarnąłem się, ubrałem w nieprzemakalny płaszczyk z maratonu w Paryżu i stanąłem kibicować tym, którzy jeszcze biegli. Choć wiem, że pobiegłem najlepiej jak mogłem, ciągle mi czegoś brakowało… Nie bolały mnie mięśnie.
Dwa dni później czekała mnie jeszcze jedna nagroda. Organizatorem biegu była Sztuka Kadru. Andrzej Chomczyk robi wspaniałe zdjęcia sportowe. Zawsze marzyłem żeby znaleźć się na jego fotografii. Po kilku latach biegania udało się. Wspaniała nagroda!


sobota, 26 kwietnia 2014

Jasne...

Dariusz Pender (Getty Images)
Jasne
Powiedziałem „Jasne!”, ale to nie był mój głos. Był jakiś przyduszony, piskliwy i wilgotny. Nie było sensu by próbować powiedzieć coś jeszcze. Odwróciłem się niby do ćwiczeń, obtarłem ukradkiem łzę, odchrząknąłem i pomyślałem: „jak mogłem w ogóle o tym nie pomyśleć”. I chociaż okazało się, że za siebie powinienem się wstydzić, to jednak dominowało u mnie poczucie dumy. Ojcowskiej.
Weekendy ostatnio spędzam na AWF-ie. Zakochałem się w bielańskiej uczelni, przestrzeni, atmosferze. Kuźni mistrzów. Zabrałem dziś ze sobą syna – pokazać mu jak to wszystko wygląda. Chciałem żeby przesiąkał tą atmosferą, żeby poznawał rzeczy, miejsca, ludzi, którzy mogą otwierać ścieżki, które ja odkryłem 30 lat za późno. Niesamowite jest to, że kiedy trenujesz na jednym sektorze hali – kilka metrów dalej rozgrzewa się choćby Mistrz Olimpijski. A po bieżni na pewno biega jakiś przyszły olimpijczyk.
Podekscytowany pokazałem Jasiowi Tomasza Majewskiego i Piotra Małachowskiego. Obok nas trenował podwójny Mistrz Olimpijski z Wicemistrzem. Dość niecodzienna sytuacja dla sportowca amatora. Cieszyłem się nie tylko swoim szczęściem, ale i tym, że mogę to młodemu pokazać. Tyle, że na Jasiu to nie zrobiło wielkiego wrażenia.
- Jasiu, zobacz to niecodzienna sytuacja zobaczyć takich znakomitych olimpijczyków z bliska. Pewnie nigdy w życiu nie widziałeś jeszcze takich mistrzów.
- Widziałem. Olimpijczycy byli u mnie w szkole.
- Ale kiedy? Była kiedyś u Was Monika Pyrek, ale wtedy jeszcze do tej szkoły nie chodziłeś
- A całkiem niedawno. Szermierze i inni, którzy zdobyli medale na Paraolimpiadzie…

Powiedziałem „Jasne!”, ale to nie był mój głos…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (4)

Au revoir Paris!

Język francuski okazał się nie taki straszny jak się wydawał. Udawało mi się zamówić nawet wegańskie jedzenie. Trochę się osłuchałem, trochę poćwiczyłem, no i bez dwóch zdań spisał się Google Translate. Nie tłumaczyłem całych zdań, ale poszczególne słowa. Wystarczyło.
Smartfon był głównym narzędziem tej wyprawy. Zastępował mi słownik, mapę, aparat fotograficzny i przewodnik turystyczny. Jak kiedyś ludzie mogli żyć bez internetu??? ;)
Paryż opuszczałem o świcie. Różnica kilku stopni długości geograficznej sprawiła, że o 7:00 Paryż dopiero powoli rozjaśniał czerń nocy. Powoli wchodził w coraz to jaśniejsze odcienie szarości. Poranne metro w dniu roboczym wyglądało już codziennie. Niedobudzone twarze, ziewanie i cisza. Najbardziej uderzał brak weekendowego zgiełku. Obserwowałem odbicia w szybie wagonu. Patrzyły na mnie oczy chłopca, któremu kończą się właśnie wakacje. Uśmiechałem się do niego, a on do mnie. Zawołaliśmy: Au revoir, Paris!
Turystycznie - ledwo liznąłem. Sportowo - nie udało się. Trudno. Nie zawsze się udaje. Nie mnie pierwszemu i nie ostatniemu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Ale tę porażkę przyjąłem na chłodno. Bez rozdzierania szat, za to z analizą. Minimum przyzwoitości. Ukoił mnie artykuł o Kurcie Cobainie czytany na szczycie Montemartre. Mówił  m.in. o zmianie podejścia do porażki na przestrzeni ostatnich 200 lat. Żyjemy w świecie presji sukcesu. Oczekujemy, że nasze życie będzie ciągłym marszem pod górę. Szefowie sprzedaży zakładają ciągłe wzrosty. Nie myślimy o tym czym naprawdę jest sukces, czy robimy to co chcemy. Ukończyłem swój 17-ty maraton. Przeżyłem, zobaczyłem świat, którego nie znałem. To mi wystarczyło.
Merci beacoup.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (3)

Au Grain de Folie
Stanisław Szozda zapytany co zapamiętał ze swojej kolarskiej kariery odpowiedział ponoć - "Przednie koło". Jeśli zapytacie mnie co zapamiętałem z maratonu w Paryżu odpowiem: "cienką niebieską linię atestu". Trzymałem się jej jak długo mogłem. Nawet jak odskoczyłem - wracałem do niej jak pies. Jeśli znikała odnajdywałem ja po kilkuset metrach.
Maraton musiał być piękny. Start spod Łuku Triumfalnego, ale ja czekałem na plac Concorde. Obelisk jest częstym gościem moich szkoleń. Plac zniknął szybko i zostało słońce. Ciepło, za ciepło, gorąco, a moja noga nie podawała. I chociaż czułem, że jestem zmęczony - to podjąłem ryzyko walki o życiowkę. Spróbowałem i przegrałem. Ale wolę spróbować i przegrać, niż nie próbować i na pewno nie wygrać. Do 15km szło nieźle - leciutki zapas, ale już wiedziałem, że musiałby się zdarzyć cud. Nie zagrało w sumie kilka elementów. Pamiętam tłumy i cienką błękitną linię. Walkę z bólem i zdecydowanie zbyt wolno zmieniające się kilometry na flagach. Od pewnego momentu karetki zaczęły jeździć co chwilę. Co kilometr, kilkaset metrów leżał jakiś biegacz. Nie chciałem tak skończyć. Przeżyłem.

Sam maraton podany saute - bez żadnych przypraw. Minimum. Niezła organizacja (choć toitoi mogłoby być 10xtyle), ale też wiele do poprawy. Na punktach woda, nieobrane banany, pomarańcze. Na mecie koszulka, medal i do widzenia.  Wracałem przemoczony Champs Elysees z 2 euro w kieszeni i czułem się niedopasowany, niedopieszczony, samotny. Kakofonia Ronda Charlesa de Gaulle i głównej ulicy handlowej Paryża brzmiały znajomo. Po chwili załapałem. Gershwin.
Paryż pokazał po maratonie swoje inne oblicze. Metro w niedzielę pełne było słynnych paryskich kieszonkowców. W ciągu jednego kursu uderzyli dwa razy. Drugi raz w chińską wycieczkę. Na mojej stacji Chińczycy schwytali na oko 14-letnia dziewczynę i przekazali ochronie. Ci nie pieprzyli się w tańcu. Z jednej strony surowość i bezwzględność. Z drugiej strony ogromne przyzwolenie na łamanie podstawowych przepisów jak przechodzenie na czerwonym świetle. W Wiedniu wszyscy piesi stali na czerwonym na pustej ulicy. Tutaj wszyscy z dezynowlturą wchodzą pod koła aut. Ale trzeba przyznać, że kierowcy zawsze przepuszczają bez względu na aktualnie palące się światła.
Po maratonie ogarnąłem się i poszedłem do Au Grain de Folie - wegetariańskiej knajpy na... wiadomo Montemartre. Zjadłem coś w stylu bigosu z seitanu i poszedłem się dalej szwendać po wzgórzu. Schodziłem wszystkie mniejsze uliczki pełne szyldów z dopiskiem "Autenthique", podziwiałem kelnerów poprzebieranych w berety i apaszki. I tłumy łapiące się na chwyty pacykarzy. Żałowałem, że nie zdążyłem tak naprawdę zobaczyć nic poza tym miejscem. Dzielnica Łacińska, muzea...
Tydzień to za mało. Ale już przynajmniej wiem czego szukać...
Merci beacoup, Paris!

sobota, 5 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (2)

Tu wieczorem wyrośnie knajpka.
Wczoraj walnąłem literówkę w tytule i niech tak zostanie. Szwendania po Paryżu dzień drugi. Intensywny. Dzień z narastającym wkurwem.

Kiedy wczoraj zanurzyłem się w miasto z radarów moich uszu zniknął język polski. Lubię bardzo to uczucie. Przechodzę automatycznie w stan większej czujności, większej uwagi na wszystko dookoła. Wchodzę mocno w role obserwatora. I czekam, słucham, patrzę...
Rano przy śniadaniu usłyszałem jednak kilka polskich słów. Okazało się, że jedna z dziewczyn z obsługi jest Polką. Zamieniliśmy kilka miłych zdań i zebrałem się do wczesnego wyjścia w miasto.
Kocham zwiedzać metropolie chwilę po przebudzeniu. Kiedy sklepikarze dopiero rozkładają swoje kramy, kelnerzy rozstawiają kawiarniane stoliki, a turystyczna masa jeszcze śpi po ostrych melanżach. W takiej atmosferze bocznymi uliczkami wspinałem się na Montemartre. Podnóże bazyliki zachwyciło mnie. Wszystko było takie jak z najlepszych wyobrażeń o Paryżu. Szedłem powoli rozkoszując się ciepłem wiosny. Ale im bliżej szczytu, tym bardziej waliło Krupówkami. Tani romantyzm za grube pieniądze. Nieznośny chiński kicz i landszafciki ze wszystkimi zabytkami Paryża na jednym kartonie A4. Podkoszulki "I <3 Paris" i miniaturowe Wieże Eiffela świecące niczym figurki z Lichenia. Pasza, po którą przyjeżdża głodna "prawdziwego Paryża" wycieczka Rosjan czy Chińczyków. A prawdziwy Paryż był kilka ulic dalej.
Male skwerki z kawiarenkami, otwarta przestrzeń, placyki i małe sklepiki ze wszystkim. Miejsca, które opierają się gentryfikacji. Miejsca dla zwykłych Paryżan. W Warszawie ostatnio rozwalił mnie zakład fryzjersko-optyczny na ulicy Grajewskiej, w sercu Szmulek, pośrodku niczego. Tu na każdej ulicy jest pełno małych punktów handlowych i usługowych. Obok mojego hostelu jest chyba 20 sklepów z gitarami. Takie zagłębie. Nadmiar centrów handlowych i dyskontów niestety wysysa z miasta życie.
Na Pigalle wsiadłem w metro. Wycieczka na drugi koniec miasta aby odebrać pakiet startowy. Poranne metro zawsze jest pełne ciekawych ludzi. Niedobitków wracających z imprez, ale i matek-imigrantek, które utrzymują to miasto w ruchu. To one sprzątają po nas toalety, zmywają talerze, zbierają śmieci. Bez nich system miejski runąłby jak domek z kart. To ich synowie siedzą bezrobotni i sfrustrowani na przedmieściach, czekają na lepsze zżycie korzystając z socjalu Republiki. Tak Republika spłaca swój dług wobec matek-imigrantek.
Targi przedmaratońskie potężne, ale nieźle zorganizowane. Dzikie tłumy ludzi i stoisko Maratonu Warszawskiego. Drugi raz dziś usłyszałem język polski.
Najgłupszym pomysłem było teraz pojechać pod Wieżę Eiffela. Kolejka po bilety ogromna, a cale Pola Marsowe i okolice, to Krupówki i Monciak razem wzięte. Do kwadratu. Gra w trzy kubki, pamiątki po zawyżonych cenach, zgiełk i znowu "pasza dla turystów". Uciekłem na kolejny indyjski obiad. Ciekawe jak się biega maraton nie na makaronie, a na ryżu :) Podwójnym. Obskoczyłem drzemkę w hostelu i ruszyłem na podbój Parc des Princes. Jako wspaniały wypełniacz głowy przed maratonem kupiłem sobie bilet na mecz PSG-Reims. Fajne widowisko. Zderzenie gry jednej z najlepszych drużyn tegorocznej Ligi Mistrzów z codzienną IV-ligową rzeczywistością nawet nie boli. Nawet nie jest zabawne. To dwa inne sporty po prostu. PSG wygrało 3:0 i ruszyłem z powrotem na Montemartre zacząć już się ogarniać do jutrzejszego maratonu. Na spotkanie Polaków w pizzerii wpadłem już za późno - wszyscy wychodzili, więc pozostało mi zorganizować kolację we własnym zakresie. Kiedy wielki czarny ochroniarz w sklepie życzył mi z uśmiechem miłego weekendu zrozumiałem co mi się tu podoba. Po prostu mało tu krzykliwych niepewnych siebie maczo ze spiętymi pośladami. Nie ma tu prawie w ogóle cwaniaków, którzy znaczą swój teren głośnymi "kurwami". Nikt tu nie musi nikomu niczego udowadniać. Zwykła codzienna uprzejmość nie jest oznaka słabości. Po prostu tak się żyje milej i łatwiej wszystkim.
Przede mną ostatnie przygotowania do jutrzejszego maratonu. Naprawdę nie wiem jak pobiegnę. Po dzisiejszym dniu jestem zmęczony. Pocieszam się, że równie zmęczony byłem łażeniem po Berlinie przed maratonem w Dębnie, a zrobiłem wtedy życiówkę. Wszystko będzie wiadomo jutro. W sumie w maratonie najtrudniejszych jest ostatnich 40 kilometrów.

piątek, 4 kwietnia 2014

Dziennik paryyski (1)

No i wylądowałem. Paryż przywitał mnie chłodem. Ale od początku...
Pierwszy raz leciałem z Modlina i uczucia mam mieszane. Na bramkach przetrzepali mnie dokumentnie. Wsadzali palce w majtki i wąchali kosmetyki. Nie znaleźli przypadkowo zaplątanych w bluzie nożyczek do paznokci. Na hali sporo zamieszania, w ostatniej chwili ruszamy do Ryanaira. Oprócz mnie jest jeszcze Karol i Tatiana. Ale mają miejsca w innej części samolotu. Przed startem okazuje się, że w niemal pełnym samolocie mam dla siebie 3 fotele. Mogę się położyć. Korzystam i śpię dobra godzinę. Z cieplej Warszawy po 2,5 godzinach znajdujemy się na zachmurzonym lotnisku – 80km od Paryża. Szybko ogarniamy bus. Kolejna dobra godzina w drodze. Powoli droga zaczyna mnie męczyć. Kiedy wysiadam mam ochotę iść. Gdziekolwiek, byle rozprostować nogi. Szukamy miejsca żeby coś zjeść. Też dobrze.
Pod kątem diety wegańskiej dobrze rokuje restauracja indyjska. Ale zanim usiądę, muszę spytać kelnera. Na szczęście mówi po angielsku. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, że z całych sił pomagał. W Polsce weganizm jest traktowany jako fanaberia, nie jesz - to masz problem. Tutaj - czułem się zupełnie naturalnie. Wyszukaliśmy ryż z soczewicą i do tego sosy... Powiem szczerze - butelka tabasko starcza mi na 2 dni. Tu dostałem takiego diabła, że zjadłem tylko łyżeczkę. Dostałem czkawki, popłakałem się i poleciał mi katar. Przeżyłem. I chyba tam wrócę po maratonie.
Po kolacji rozstaliśmy się z Karolem i Tatiana. Zanurzyłem się w zgiełk metropolii. W multikulti. W potęgę imperium. Wieżę Eiffela i Luk Triumfalny widziałem tylko z daleka na razie. Ale przepych, bogactwo kamienic, tkanka miejska - to robi wrażenie. Wrażenie robią samochody poparkowane zderzak w zderzak na każdym wolnym skrawku miejsc parkingowych. Myślę, że nasi strażnicy miejscy musza cierpieć niesłychanie czując swą bezsilność w innym kraju.
Ulice metropolii tętnią zżyciem. Zafundowałem sobie dłuższy spacer. Chciałem poczuć specyfikę miasta. Choć kawałka. I tak od Champs Elysees poszedłem na Montmartre. Tu śpię. Wdychałem spaliny wieczornego korka, zapachy narożnych kebabiarni, perfumy Paryżanek. Każda z nich ma jakiś estetyczny pomysł na siebie. Chłonąłem atmosferę houellbecqowskiej dekadencji. Z przyjemnością patrzyłem na to zepsute zachodnie społeczeństwo. Zepsute, ale jakże piękne. Posągowa uroda Murzynek. Artystowska nonszalancja młodych hipsterek. Apaszki na szyjach małych dam.
Mieszkam na Montmarcie. Blisko Pigalle i Moulin Rouge. Gdybym przyjechał imprezować, a nie na maraton - byłbym najszczęśliwszy na świecie. A tak - spodziewam się nocnych atrakcji w wyluzowanym hipisowskim hostelu. Zresztą recepcjonista przywitał mnie zachwytem nad Warlikowskim i Lupą. Przed chwila puszczał Led Zeppelin.
Nie wiem jak się skończy w niedzielę. Z tarczą czy na tarczy. Nie wiem nawet co to znaczy ta „tarcza”. Ale póki co korzystam. Cieszę się miastem, w którym do tej pory nie byłem. Bienvenue Paris!

poniedziałek, 31 marca 2014

Paryż na 80%

Optymalne przygotowanie się do maratonu wymaga pełnego poświęcenia i odrobiny szczęścia. Na to poświęcenie składa się ciężka praca, rezygnacja z tego co rozprasza w osiągnięciu celu. Szczęście, to bardziej unikanie wypadków, chorób, niespodzianek, które potrafią rozbić plan. Banał, ale o jego prawdziwości przekonuję się raz za razem.
Do końca stycznia wszystko szło pięknie. Nowa życiówka na 15km – może nie oszałamiająca, ale pierwsza od sierpnia 2011. Dobre, mocne treningi, rekordowe objętości. Aż przyszedł luty…
Kluczowy moment budowania wytrzymałości na maraton w Paryżu, który miał być szybkim startem tej wiosny. Zakurzona życiówka w maratonie wydawała się bardzo realna. Ale prosta kombinacja dwóch czynników rozwaliła system przygotowań. Praca i zdrowie. Na bieganie trzeba zarobić. Długi intensywny czas wyjazdów szkoleniowych przypłaciłem niestety przeziębieniem. Wypadł tydzień, podczas którego powinienem trzaskać objętości. Leżałem w łóżku i nie mogłem się ruszyć. Obejrzałem cały trzeci sezon „Gry o Tron” i liczyłem srtacone kilometry. Dwa kolejne tygodnie były powrotem do jakiejkolwiek sprawności biegowej. Krótki terenowy trening podczas Ortorehowych warsztatów przygotowujących do Biegu Rzeźnika robiłem na niesłychanie wysokim tętnie. Serce mocno poczuło przerwę. Rozpoczęła się walka z czasem o nadrobienie tego czego nadrobić się nie da. Długie wybieganie z narastającą prędkością skończyło się nokdaunem. Kluczowy trening nie wyszedł tak jak powinien.
W marcu dużo czasu poświęciłem moim synom. Korzystając z pięknej pogody ganialiśmy za piłką. W każdą sobotę rano jechaliśmy na halę lub orlika pokopać. Pobudować nasze męskie relacje. Jakkolwiek głupie to było od strony sportowej – miałem ogromną potrzebę podjęcia tego ryzyka w imię naszej bliskości. Potrzebowałem tego dużo bardziej niż wyniku w Paryżu. I skończyło się tak jak się musiało skończyć – upadkiem. Ratując nogi grzmotnąłem twarzą w murawę. Przejechałem językiem po zębach. Chyba wszystkie. W tej chwili poczułem nos. Promieniujący ból, krew i lekkie zamroczenie. Zwlokłem się z boiska, chwilę poleżałem zanim doszedłem do siebie. Do maratonu zostały 2 tygodnie… Wypadł kolejny trening…

Jadę do Paryża bez wielkich nadziei. Jadę powalczyć, ale bez spinki. Poprawka mogłaby być 27-go kwietnia – jest maraton w Hannoverze. Ale czysto po ludzku – nie mam z kim zostawić dzieci. Trudno. Czasem są rzeczy ważniejsze niż maraton.

czwartek, 20 marca 2014

Wagary

Pierwszy dzień wiosny, a ja nie idę na wagary. Mam do zrobienia trening. Lekki dosyć – tylko 12kilometrów, ale jednak. W tej religii nie ma wakacji.  

czwartek, 13 marca 2014

Jeśli nie spróbujesz...

Dziś krótko. Bo było ciężko. 5x2km. Wytrzymałość tempowa. Po czwartej serii chciałem odpuścić. Ale powiedziałem sobie, że jeszcze muszę spróbować. Zrobiłem do końca.
Jeśli nie spróbujesz - poddajesz się na starcie.
Spróbowałem.

środa, 12 marca 2014

Nie ma dróg na skróty

Samochód. Radio. Reklama. Pani nie chce iść na basen, bo ma nadwagę po zimie. Przyjaciółka jej poleca suplement diety. I plan na smartfona. Jakie to proste.
Siłownia. Marzec. Do wakacji 3 miesiące. Uśmiechnięta ładna dziewczyna. Kilka kilogramów za dużo. I mały foszek na instruktora. „Nie chce mi się robić tych ćwiczeń, one mnie męczą. A przede wszystkim nudzą.” Robi ćwiczenia na odwal się, bez entuzjazmu. Uśmiech pojawia się dopiero jak instruktor wraca z pudełkiem. Obca nazwa i nowa formuła. Super-hiper-ekstra-fat-burner-calorries-smasher-fit-pumper-etc. Ten na pewno jest mocniejszy niż ten poprzedni. Tamten też dobrze działał, tylko podjadałam…
Efekt ma być na już. Za mały biceps – wpompuj synthol (obejrzyjcie na Youtube – nie dla wrażliwców). Nie masz siły – energy-drink. Masa? – wiaderko białka. Tu i teraz bierzesz kredyt na swoje zdrowie. Oprocentowany znacznie wyżej niż w Providencie. Tyle, że nie przeliczalny na złotówki w krótkim terminie. Spłacimy go kiedyś. Kolejnymi pigułkami, które będą zmniejszać skutki uboczne tych poprzednich.

A tak naprawdę jest tylko jeden sposób. Systematyczność i cierpliwość. Pokora i praca. Podporządkowanie. Drogi na skróty nie ma. Tylko codzienne pokonywanie swojej słabości. 

czwartek, 27 lutego 2014

Godzina dla siebie

Wychodzę na trening. Nie biorę telefonu. Nie biorę odtwarzacza mp3. Jest ciemno, jest cicho. Zostaję sam na sam z moimi myślami.
Jakie to niepopularne. Wyłączyć na chwilę szum, który nas otacza. Wsłuchać się w siebie. Jakież to niebezpieczne. Można odkryć coś czego nie chcielibyśmy usłyszeć. Wyciągnąć o jeden wniosek za daleko. Pomyśleć to co tak bardzo staramy się zagłuszyć.
Wychodzę na trening. Mam tą jedyną godzinę w ciągu dnia, w której nikt niczego ode mnie nie będzie chciał. W której ja sam będę wymagał od siebie. Przez 60 minut będę próbował uciec. I będę się doganiał. Będę tylko ja. Świat wokół będzie nieznaczącym tłem. Przez chwilę zapomnę o dziś, pozwolę problemom żeby się zmagały same ze sobą. Wrócę czystszy. Spokojniejszy.

Za te trzy i pół tysiąca sekund rzeczywistość powróci. Odmierzam czas metronomem własnych kroków.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Krok do tyłu

Czasem trzeba zrobić krok w tył żeby móc pójść do przodu. Tak sobie powtarzam przez ostanie dni. Nie lubię chorować. Nie lubię własnej słabości. Czasem jednak trzeba słuchać co chce nam powiedzieć własne ciało.
Luty jest ciężki w tym roku. Dwa tygodnie w trasie. Treningi o świcie i praca w dużym napięciu. Do tego zmiany temperatury, klimatu. I obniżona odporność – czułem, że jestem w formie. No i rumakowanie skończyło się we czwartek. Wyraźnie osłabiony odpuściłem. Krok w tył. Łóżko, herbata, książka i film zamiast wymarzonej 16km trasy po Warszawie. Byłem na siebie zły, ale kolejne dwa dni też przeleżałem. Tak trochę w pół drogi pomiędzy chorobą, a zdrowiem. No może ciut bliżej choroby. Wiem, że pewnie dałbym radę pobiegać, ale jednak wolałem odpuścić. Są priorytety. Jest ambicja – zrobić 300km w lutym. Ale i cele nadrzędne – Maraton Paryż i Bieg Rzeźnika. Trudno – nie wyjdzie w tym miesiącu ambitny plan. Pierwszy raz od 8 miesięcy nie zrealizuję założeń co do objętości. Ale lepiej poświęcić te 3 dni niż się rozłożyć na dobre.

Pokora. Znowu organizm przypomniał mi co ona znaczy. Ale krok do tyłu jest po to żeby się mocniej odbić do przodu. 

piątek, 24 stycznia 2014

Progres, czyli na co stać człowieka

Luty 2008. Zimowy Bieg 3 Jezior w Trzemesznie.
5:00 Punkt wyjścia
23 września 2007 roku wydawało mi się, że dokonałem największego sportowego osiągnięcia w moim życiu – pokonałem (bo nie przebiegłem) swój pierwszy maraton – 29. Flora Maraton Warszawski. Poobcierany, obolały, wyczerpany, czułem się jak bokser po nokaucie. Czas 5:00:00 netto. Dałem z siebie wszystko. Kiedy opadła euforia – pojawiło się pytanie – jak to jest, że inni pobiegli ten dystans szybciej, a przybiegli mniej zmęczeni? Że mogli się cieszyć, podczas gdy ja walczyłem o przetrwanie?

4:30 Podporządkowanie
Podejmuję decyzję – niech ktoś mądrzejszy ustawi mi trening. Rozpisze, poprowadzi. Ja będę realizować te założenia krok po kroku. W pełni zdając się na wiedzę drugiej strony – podporządkuję się, zagryzę zęby, odstąpię od własnych pomysłów. Może uda się dzięki temu pobiec na wiosnę maraton w 4:30? Może uda się pobiec 10km poniżej 50 minut (dotychczasowy rekord 55:08)?
W internecie poznaję Bogusia, który podejmuje się tego nierealnego zdawałoby się zadania – urwać pół godziny w kolejnym maratonie. Zaczyna się wspólna praca. Jesienna szaruga za oknem nie zachęca do biegania, ale plan, zewnętrzny trener – trzyma dyscyplinę. Trenując dla samego siebie – odpuściłbym wiele razy, wiedząc, że ktoś poświęcił mi swój czas – nie mogę go zawieść moim lenistwem. Zmieniam nieco dietę, uczę się podstaw. Skipy biegałem ostatnio w szkole podstawowej. Teraz poznaję dodatkowo co to są tempówki, OWB…
Nastawiam się na spokojną realizację założeń treningowych. Wierzę, że efekt przyjdzie.

4:00 Kształtowanie
Jesienna plucha, zima, śnieg, śnieg z deszczem. A ja tłukę skipy, przebieżki i kilometraż. Czasem muszę wyjść na trening po 22.00, czasem muszę wstać o 5:40. Regularne treningi godzę z pracą, ale spora część opieki nad dziećmi spada na żonę. Tydzień planuję pod kątem rozmieszczenia treningów. Szczęśliwie omijają mnie kontuzje. Uczę się pracy nad sobą. Czasem trudniej niż biegać szybko jest zwolnić do założonego tętna. Czasem chciałoby się pobiec, wyrwać do przodu…
Motywuję się małymi kroczkami. Robię wszystko według planu. Objętość treningu zwiększa się do ok. 70km tygodniowo. Pojawiają się małe sukcesy – 46.30 na 10km. 1:12 na 15km. Wyniki, o których na jesieni bym nawet nie śnił. Powoli czuję, że realne staje się złamanie 4 godzin w wiosennym maratonie. Wiem, że nie jestem wyjątkowym talentem, ale nadrabiam regularną pracą. Przez całe pół roku opuszczam tylko 2 treningi. O ten sylwestrowy mam żal do samego siebie – odpuściłem. W lutym oszczędzam bolące kolano.
Zbieram piękne momenty – księżyc nad stawami, mgła na białostockiej wsi, pierwsze odgłosy i zapachy wiosny. To one dają nadzieję w codziennym znoju, gdy czasem pot zamarza mi na twarzy.
Poprawiam 15km na 1:09, 10km na 43:55. Półmaraton Warszawski biegnę w 1:38:26. Czuję się mocny psychicznie, jestem w życiowej formie fizycznej. W wieku 33 lat ważę najmniej od wczesnych czasów licealnych. Odmłodniałem kilka lat.

3:45 Szlifowanie
Pewnego dnia okazuje się, że już jest wiosna. Nagle na porannym treningu słyszę ptaki, których dawno nie słyszałem, zauważam, że drzewa nie są już takie łyse. Czterystumetrówki na krakowskich Błoniach wychodzą dobrze. Zgodnie z założeniami. Zaczyna się wielkie odliczanie i planowanie samego startu. Diabeł tkwi w szczegółach. Jak się ubrać, jak się przygotować. Tygodniowo biegam po 70-80 kilometrów. W sumie przebiegłem ich ponad 1600 przez 6 miesięcy. Jestem gotowy na dobry wynik.

3.39 Start
Na sprawdzian wybrałem Vienna City Maraton. Melduję się na starcie ok. godziny przed startem. Udało mi się zdobyć miejsce w dobrej strefie startowej. Rozgrzewka, rozciaganie. Poranek jest bardzo rześki, ale dzień zapowiada się ciepły. Kiedy na starcie słyszę walca „Nad pięknym modrym Dunajem” wiem już, że startujemy za moment. W tłumie kilkunastu tysięcy biegaczy (równocześnie jest półmaraton i sztafeta maratońska) ruszam na Reichsbruke. Dalej uliczki parku przy Praterze i wbiegamy na Ring. Pierwsze kilometry w tempie ok. 4:55. Zaczyna być bardzo ciepło. Na każdym punkcie łapię izotonik i wodę. Pilnuję tempa. Na 14-ym kilometrze zauważam żonę i synów – kibicują mi w tym upale. Łzy napływają do oczu. Przejechali ze mną ponad 700km żeby zobaczyć na co tata pracował przez ostatnie pół roku. Będą jeszcze na 42-im, ale wtedy już nie będę w stanie ich zauważyć skupiony na ostatniej walce ze słabościami. Tymczasem wspinamy się powoli pod Schonbrunn, niewidoczne z pozoru nachylenie odbija się jednak na tempie. Żeby utrzymać właściwą prędkość trzeba mocniej pracować. Kilometry mijają nawet, boli przeciążone udo, upał daje się we znaki. Ale walczę, trzymam się. Odżywki dodają nieco energii. Ale najwięcej daje świadomość dobrego przygotowania. Przypominam sobie te wszystkie śniegi, błota, piaski przez które biegałem w okresie przygotowawczym. Te interwały, ćwiczenia, całe poświęcenie, które pozwoliło mi stanąć dziś na starcie. Stanąć z podniesioną przyłbicą. Śmiało spojrzeć na królewski dystans.

Za słupkiem „34” nagle coś się zacina. Wiem, że nie mam szans na wymarzone 3:30, bieg przechodzi w szybszy chód. 2 minuty i dalej biegnę, i tak kilka razy. Za 40 kilometrem widzę, że i o 3:40 będę musiał powalczyć. Spinam się w sobie. Ostatnie 2 kilometry biegnę znowu w tempie ok. 5 min/km. Widzę wąski szpaler kibiców, nie rozpoznaję twarzy. Słyszę zgiełk, znowu mijam biegaczy. Heroicznym zrywem wbiegam na HeldenPlatz, mam jeszcze siłę na ostry finisz. Wpadam na metę 3:39:54. W stosunku do pierwszego maratou urwałem ponad 80 minut. 

maj 2008

czwartek, 23 stycznia 2014

Diesel

Na dworze -15 stopni Celsjusza. Wiadomo, nie każdy trening się da zrobić. Ale dziś najważniejsze było samo wyjście. Pokonanie lenia, podjęcie wyzwania jakie rzuciła nam natura. Dziś ćwiczymy silną wolę.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

A łyżka na to? Niemożliwe

Zdjęcie w serwisie maratonczyk.pl - wspaniała robota!
- Hej, chciałem namówić Cię na fajny bieg…
- Super! Chętnie biorę udział w różnych fajnych imprezach. Opowiedz mi coś, zachęć mnie…
- Zacznijmy od tego, że jest to bieg zimowy. W połowie stycznia w Polsce zazwyczaj już jest mróz. Na odsłoniętych częściach trasy wieje Arktyką. Niektóre chodniki są jeszcze nie do końca odśnieżone.
- A dystans?
- Trochę nietypowy – 15km. Więcej niż dycha, ale mniej niż półmaraton.
- Hmmm… Na pewno w jakimś fajnym miejscu.
- No jakby Ci to powiedzieć… Biegamy po osiedlach, Chomiczówka, Wawrzyszew. W większości blokowiska. Trochę jakichś działek.
- Ale 15km? To chyba przebiega się przez całą dzielnicę!!!
- Też nie bardzo… Robimy 3 pętle.
- Po blokowiskach? Osiedlowymi uliczkami pomiędzy zaparkowanymi autami?
- Dokładnie tak! Co więcej, dwa razy przebiegamy przez większą ulicę, na szczęście przez pasy i przy asyście policjanta. No i zaraz po starcie skręcamy na ścieżkę rowerową…
- To chyba jakaś skromna impreza, mało osób musi startować.
- Ostatnią edycję ukończyło ponad 1200 biegaczy. A godzinę wcześniej był jeszcze bieg na 5km – też na pona 800 osób.
- Wiesz… jak tak piszesz, to myślę, że jeśli jest tylu ludzi, to musiał być jakiś wypasiony pakiet.
- W sumie porównując do ubiegłych lat, to było nieźle. Koszulka bawełniana albo polarowy komin, ale nie dla wszystkich starczyło kominów.
- No weź nie mów. Przecież taka impreza nie ma prawa się utrzymać na rynku. Ile razy można coś takiego zaserwować ludziom?

- To była XXXI edycja. Słownie: trzydziesta pierwsza! I dopóki sam nie wystartujesz, to nie zrozumiesz. Bo racjonalnie to się nie składa. Ale Bieg Chomiczówki to najfajniejsza zimowa impreza w Warszawie.

środa, 15 stycznia 2014

Drugi stopień podium

Fot. 123RF
Pewien sportowiec od młodych lat chciał wygrywać. W pierwszych swoich juniorskich zawodach – w województwie zajął drugie miejsce. Choć nie wygrał, zakwalifikował się na zawody makroregionu. Przyłożył się do treningu i na zawodach pokonał tego, z którym przegrał w województwie. Ale znowu ktoś inny był szybszy i nasz zawodnik zajął drugie miejsce. Na Mistrzostwach Polski Juniorów… tak, znowu był drugi. Ale dzięki dobremu wynikowi dostał się na Mistrzostwa Europy. Trenował, trenował… Ale w Europie też zajął drugi stopień podium. Tak było zawsze. I jako junior i jako senior niczego nie wygrywał. Zawsze ktoś był od niego lepszy. Często o włos, rzadko więcej. Kończył karierę mając ogromną półkę pucharów i medali za drugie miejsce. Nigdy nie był najlepszy.
Na łożu śmierci pomyślał: 
Mój Boże, tyle razy drugi. Wreszcie jestem najlepszy – mam najwięcej na świecie drugich miejsc! Umarł szczęśliwy.

Pewien dziennikarz pisząc wspomnieniową notkę o naszym bohaterze odkrył jednak, że 30 lat wcześniej na Węgrzech był pływak, który miał więcej drugich miejsc.


A Ty? Za czym gonisz? Umrzesz spełniony?

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rzeźnik!

Marzenia się spełniają…
Były wakacje 1990 i pierwszy raz pojechałem na obóz wędrowny zorganizowany przez moje liceum. Nocny pociąg do Zagórza, stamtąd osobowy do stacji Komańcza-Letnisko. Nocleg w schronisku i pierwsza w życiu wędrówka z plecakiem po górach. 20-go czerwca o godzinie 3:30 – przed świtem znów z Komańczy ruszę w mój pierwszy raz…
Jak ja marzyłem o Rzeźniku i jakoś zawsze się nie składało. Może po prostu nie był mi pisany wcześniej ten bieg. Albo byłem bez formy, albo wygrywał triathlon. Raz byłem tylko obecny na trasie podczas samej imprezy. Trochę kibicowałem, trochę pomagałem, a przede wszystkim przesiąkałem atmosferą. Czułem, że to moje miejsce na ziemi. Że muszę.
Bieszczady znam niemal na pamięć. Schodziłem je wzdłuż i wszerz. Jeździłem tam w czasach dobrych i złych. W lecie, jesienią, zimą, wiosną. Góry były trochę niedostępne, brak luksusów był raczej zaletą.  Trochę niedostępne. Modne nie we wszystkich kręgach. I ciągle jeszcze trochę jakby na przełomie epok.
W tym roku wiedziałem, że ten Rzeźnik musi być mój. Znalazłem świetnego partnera – Łukasza. Zaplanowałem pół roku treningu. Profilaktycznie odwiedziłem Ortoreh, żeby sprawdzili mi podwozie. Pozostał tylko jeden problem. Zdążyć się zapisać.
W zasadzie niedziela 12 stycznia dzieliła się na czas „przed zapisami” i „po zapisach”. Odliczałem minuty do 15:00 – wtedy ruszała internetowa rejestracja. Byłem skoncentrowany, zdesperowany, pewny swego i zabezpieczony. Z drugiej strony łącza siedziała B., miała wszystkie niezbędne dane i próbowała. Komuś z nas się musiało udać. Za pięć trzecia serwery padły. Zaczęła się wielka loteria. Ctrl+F5. Za którymś razem formularz się pojawił. Wypełniam. Klikam dalej i dupa. Serwer padł. Robota od początku. Klik, klik, klik… Znów się pojawia formularz zapisu. Wypełniam, teraz idzie już szybciej. Serwer znowu pada. Jeszcze raz. Minuty pędzą jak szalone, a ja jestem skoncentrowany jak Kubica na wirażu. No dobra, nie zawsze jest to dobra metafora. Więc tak jak Kubica w najlepszych wyścigach. Odśwież. Wypełnij. Odśwież. Wypełnij. Odśwież… Jest! 15:10 widzę, że system nadał nam jakiś numer. Listy zgłoszonych oczywiście nie można wczytać. Masakra na serwerach wciąż trwa. Ale ja jestem. Wybuch radości. Natychmiastowa płatność. Nikt mi tego nie zabierze! PrintScreen! I wybuch radości po drugiej stronie łączy. Jest 15:12 i system zapisów informuje o wyczerpaniu się limitu miejsc… 400 miejsc na NAJTRUDNIEJSZY JEDNOETAPOWY BIEG W POLSCE rozeszło się w 12 minut. Będą jeszcze weryfikacje, ale na kilkadziesiąt miejsc czeka jeszcze ponad 300 par. Ja już myślą jestem w Komańczy.
To będzie mój rok! To będzie rok dobrego biegania. To będzie rok, w którym znowu będę realizował moje marzenia… Wreszcie! Biegu Rzeźnika, czekałem na Ciebie 6 lat. Widzimy się – 20 czerwca o świcie!

PS.

Jeśli ktoś z Was chciałby wspomóc projekt naszego startu w XI Biegu Rzeźnika zajrzyjcie proszę do oferty sponsorskiej. Z góry dziękujemy!

niedziela, 12 stycznia 2014

Przeżyć

Kiedy teraz się zastanawiam – naprawdę nie wiem jak to przeżyliśmy. Ja nie jestem wymagający. Ale wydaje się niemożliwe, że takie rzeczy w XXI wieku w Unii Europejskiej. Półtora miesiąca na podłodze w dusznej salce na poddaszu. Pod pięcioma łóżkami spało pięcioro rodziców. Tym, którym nie przeszkadzały rurki i kabelki podłączone do małego ciałka pielęgniarki pozwalały czasem przycupnąć na łóżku. Oddział był na piątym piętrze, jedyna toaleta dostępna dla rodziców – na parterze. Toaleta. Kibelek i umywalka. Czasem zamykana na weekend. Przyszpitalny hotel, który zaczął nam przysługiwać chyba po dwóch tygodniach był trzypokojowym mieszkaniem z wstawionymi łóżkami. W każdym pokoju mieszkały ze sobą dwie obce osoby.
Przetrwać pomagali ludzie. Wspaniały chirurg doktor Przemysław Gałązka. Znakomite w swej pracy i po ludzku dobre pielęgniarki. Kamil od biegania. Tomek z Magdą, którzy przeżywali swój dramat w salce obok…
W dniu, w którym Jaś miał ratującą życie operację – musiałem pracować kilkaset kilometrów dalej. Znowu czarna dziura w pamięci. Jedynie co zostało we mnie z tego dnia, to wybieganie z L. i cholernie ważna rozmowa. Nie wiem na czym polega fenomen wspólnego truchtania, ale czasem wtedy dociera się do takich miejsc, do których nie dotarlibyśmy rozmawiając np. przy stole. Choć mało kto o tym wie, L. ma niepełnosprawne od urodzenia dziecko. Walkę, którą ja właśnie toczyłem oni toczyli już wiele razy. Nie mówiąc o codzienności – trudnej, żmudnej, na zawsze i od zawsze. Oni przeżywali swoje piekło każdego dnia. Ja zostałem tu strącony z raju. Ich ból był monotonny i wieczny. Mój – przez kontrast z tym co miałem – wydawał mi się wyjątkowo intensywny. W medycznym żargonie ich przypadek był stanem przewlekłym, nasz – stanem ostrym. Piekielnie trudne było zrozumienie tego. Może nawet nie tyle zrozumienie, co dopuszczenie do siebie. Jeszcze mocniej zrozumiałem to podczas kolejnych tygodni w Centrum Zdrowia Dziecka.
Warunki w Międzylesiu w porównaniu do Bydgoszczy, to był luksus. A do biegania – wspaniałe ścieżki Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Poznawałem czerwony szlak. Zasnute mgłą torfowe jeziora, górki, wszystko to było odklejone od rzeczywistości. Dobra metafora dla naszego życia wtedy. Po trzech miesiącach i dwukrotnie wygranej przez lekarzy walce o życie – trzeba było poskładać to życie na nowo.

Wypadek nigdy nie jest wypadkiem jednej osoby. Uderza w jeden punkt, ale porusza cały system. Wysoką cenę zapłacili wszyscy bliscy. Sznurki, którymi jesteśmy połączeni naprężyły się i każdy musiał przyjąć swoją porcję tego nieszczęścia. Przez 3 miesiące pełne skupienie było na Jasiu. Ale bardzo całą sytuację przeżył też młodszy – Adaś. Niestety nie mogliśmy przez ten czas poświęcić mu tyle uwagi ile powinniśmy. Rower, na którym jechaliśmy mocno wychylił się w jedną stronę i żeby nie upaść jeszcze przez jakiś czas musieliśmy szukać równowagi. Przez pierwszy tydzień po powrocie do domu chłopcy nieustannie śmieli się do siebie. A ja nie byłem w stanie biegać na poważnie. Przez 2 miesiące w domu zrobiłem tylko 170 kilometrów. Nie odnajdywałem się w samotności. Dużo więcej grałem w piłkę. Na boisku byłem pośród innych ludzi. Moje bieganie też musiałem ułożyć na nowo. Uwierzyć, że znowu się da. Ponownie odnaleźć w tym radość. Bilans był taki sobie… Mijały 3 lata od ostatniego przyzwoitego wyniku w maratonie. Przybyło kilogramów i lat. O entuzjazm i radość z biegania łatwo jest kiedy jesteśmy na szczycie. Sportowo od dłuższego czasu opadałem na dno. W dzienniczku treningowym przy dacie 2013 napisałem: „Nie wiem co będzie. To ma być rok ciężkiej pracy. I tyle”.

sobota, 11 stycznia 2014

Bydgoszcz, Katorżnik, Kamil

Fot. Fotomaraton
Wypadek dziecka z samej swej natury jest zdarzeniem nieprzewidywalnym. Nie można się na niego przygotować. Polegamy wtedy tylko i wyłącznie na tym co już mamy w sobie. Nagle w ciągu jednej chwili trzeba wejść na poziom maksymalnej koncentracji. Rozpacz nie pomaga. Emocje tylko rozwalają. W ciągu kilku godzin musiałem stać się maszyną. Podczas mojego dyżuru w szpitalu byłem twardym, optymistycznym, pełnym sił do walki i wiary w zwycięstwo ojcem. Nie było miejsca na słabość, zwątpienie. Rozhisteryzowany rodzic przy szpitalnym łóżku równa się rozhisteryzowane dziecko.
Kiedy biegniesz nawet maraton wiesz ile kilometrów zostało do końca. Wiesz jaki jest profil trasy, gdzie czeka Cię jeszcze górka, a gdzie odpoczniesz. W Biegu Katorżnika biegniesz w ciemno. Tak naprawdę nie wiesz nawet ile będzie kilometrów. Nie wiesz ile czasu spędzisz na trasie. Nie wiesz jakie przeszkody czekają na Ciebie za najbliższym zakrętem. Żeby nie zwariować musisz być tu i teraz. Skupić się na pokonaniu kolejnego rowu z błotem, gnijących trzcin czy potężnych korzeni. Reszta będzie czekać później. Nie ma tu dobrej strategii odliczania do mety. Dystans w błocie i tak jest abstrakcyjny, nieprzekładalny na odległość na asfalcie czy bieżni. Dopiero jak usłyszysz odgłosy mety, to możesz spodziewać się, że zostało już niewiele. Informacje o tym ile zajęło to innym niekoniecznie muszą być dobrym punktem odniesienia dla nas.
O tym, że sprawa jest poważna było wiadomo już dosyć szybko. Badania krwi pokazywały wciąż rosnący ku niebu poziom stężenia amylazy – enzymu trzustkowego. Podczas kiedy ten wynik bił kolejne rekordy, Jaś leżał niemal bez ruchu odurzony silnymi lekami przeciwbólowymi. Król boiska leżał w obcym mieście i walczył o powrót do życia. Nie wiedziałem ile to potrwa, nie wiedziałem co w ogóle będzie dalej. Zaczynałem rozumieć, że tamto życie się kończy. Że zaczyna się zupełnie nowe. Dla niego i dla mnie.
W trójkowej audycji „Godzina Prawdy” był kiedyś gościem Włodzimierz Zientarski. Rozmowa dotyczyła między innymi tragicznego w skutkach wypadku jego syna – Macieja. Pośród mnóstwa mądrych rzeczy padło tam kilka zdań, które zapadły mi wyjątkowo w pamięć.
Michał Olszański: - Powiedz mi, bałeś się w tym momencie kiedy doszło do wypadku, że Maciek nie żyje, że zginął?
Włodzimierz Zientarski:  - Byłem pewien, że nie żyje. Byłem pewien, że nie żyje. Ale powiem Ci więcej… On nie żyje. Dlatego, że jeśli w życiu człowieka kończy się jakieś życie, to coś umiera, wiesz… Potem może rodzi się inny człowiek. Nawet wykreśl słowo „może”.  Rodzi się nowy człowiek. Inny.
W dusznej salce na piątym piętrze bydgoskiego szpitala Jurasza rodzili się właśnie nowi ludzie. Inni. Noce spędzone na krzesełku przy łóżku, próby wyrwania kilkudziesięciu minut snu na pachnącej lizolem podłodze z PCV i niekończąca się niepewność. Na początku myśleliśmy, że to może tydzień, góra dwa. Wyszliśmy po sześciu z papierami przeprowadzkowymi do Centrum Zdrowia Dziecka na kolejne "niewiadomoile". Przez półtora miesiąca koczowałem w obcym mieście. Jedyną odskocznią było bieganie.

Kamila poznałem miesiąc wcześniej, przypadkiem na Świętojańskim Biegu Po Prawdziwej Warszawie. Wiedziałem tylko, że jest akurat z Bydgoszczy. Zbieg okoliczności. I desperacja. Telefon do obcego człowieka: „Hej, mógłbyś ze mną pobiegać?”. Kamil zabierał mnie do lasu, do Myślęcinka, na dalsze wypady. Jednego poranka zrobiliśmy 26km. Po prostu biegliśmy razem. Wypłakiwałem ból przez pory skóry. Gadaliśmy – czasem o głupotach. Ale przede wszystkim nie byłem sam w tej Bydgoszczy. Z żoną mijaliśmy się zmieniając na dyżurach. Dzięki Kamilowi przez tą godzinę, dwie – wychodziłem do świata żywych. Dyskretnie, z wyczuciem wspierał mnie w najtrudniejszych chwilach w moim prawie 40-letnim życiu. Mam niesamowite szczęście do ludzi. 
Ciąg dalszy